Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

ZAPISKI Z LAMUSA. Romanse erotycznie komiczne

Jak czują się autorzy powieści, na podstawie których powstają później kinowe ekranizacje? Czy czują dumę, że stali się inspiracją i mają współudział w rozwoju kinematografii? A może odczuwają wstyd, patrząc na oparte na ich twórczości efekty pracy realizatorów filmów? Do tej drugiej grupy zdaniem Jerzego Barwicza zaliczał się Kazimierz Przerwa-Tetmajer, który w obliczu kinowej wersji Romansu panny Opolskiej musiał odczuwać niekomfortowe zażenowanie.

. - grafika artykułu
Helena Bożewska, jedna z aktorek filmu "Romans panny Opolskiej", 1927, fot. ze zb. Narodowego Archiwum Cyfrowego

"Nie wątpimy w to, że autor na widok tego «kryminału» na ekranie poczuł, prócz goryczy, litość i współczucie. Nie przejmował się też zapewne nieudaną próbą i - niestety - realizacją tego tak zwanego filmu. Prawdopodobnie skinął żałośnie głową, szepcząc: «Panie, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią»"* - dramatyzował Barwicz w "Nowym Kurierze" (nr 209/1930) w rubryce Ze świata filmu. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że dalsza część tekstu poświęcona będzie szczegółowej analizie tego dzieła i wskazaniu jego różnic i uchybień względem literackiego pierwowzoru. Dla dziennikarza Romans panny Opolskiej był bowiem nade wszystko pretekstem do tego, by pochylić się nad kondycją filmów określonych przez niego mianem "psychologicznych".

"Reżyserzy, autorzy i aktorzy filmowi polscy czują niezwykłą słabość do filmów «psychologicznych», w których główny pierwiastek stanowi grzeszna miłość. Nie wiadomo czemu to właśnie zagadnienie zaprząta tak bardzo umysły autorów i reżyserów - i czemu aktorzy tak skwapliwie biorą się do odtwarzania ról kokot z towarzystwa czy ognistych i bohaterskich uwodzicieli..." - zastanawiał się na łamach gazety, wskazując równocześnie, że problem ten drążył rodzimą kinematografię "od zarania" i "przez niedołężne Tajemnice przystanków, Magdaleny, Z ramion w ramiona, Grzeszną miłość, Szlakiem hańby i t. p. obrzydliwe filmidła, których realizacji i puszczania w świat nie podjęłaby się najgorsza wytwórnia zagraniczna". Wnioskować można na podstawie tego fragmentu, że recenzent widzi rodzimy przemysł filmowy jako coś niestety zbyt często zdecydowanie odstającego od światowych trendów. Choć dodajmy też, że nie jest ślepy na błędy popełniane przez zagranicznych twórców. Wśród nich należałoby wymienić słabe niekiedy scenariusze oraz "głupawe pomysły". W odróżnieniu od polskich filmów posiadają one wówczas jednak inne przymioty i zalety, które ratują całość i nie pozwalają zupełnie spisać jej na straty. Tu wskazać wypada grę aktorów oraz "efekty synchronizacji" w przypadku filmów dźwiękowych.

Polskie realizacje, które nie są oparte na dobrym scenariuszu, opierają się - rzecz logiczna - na scenariuszach słabych, których w dodatku nie ratuje dobra gra aktorów. A to wszystko z tak prozaicznego powodu jak ten, że zwyczajnie poczynań odtwórców ról takowymi nazwać nie można. Podsumowując: jeśli się coś wali, to na całego. Co nie oznacza oczywiście, że wszystko w polskim kinie zasługuje na krytykę. Po prostu niemało jest filmów, które nie spełniały standardów krytyków podobnych Barwiczowi.

"Polscy aktorzy filmowi czują się nieswojo w filmach erotycznych; przynajmniej nieswojo wyglądają na ekranie. Aktorki polskie nie umieją być towarzyskiemi półdziewicami czy mężatkami, zdradzającemi małżonków bez zmrużenia oka. Aktorzy zaś nie potrafią być lwami salonowymi, wampirami, donżuanami i innego rodzaju zdobywcami łatwo dostępnych serc niewieścich, robiącymi wstrząsające wrażenie. Sceny np. uniesień erotycznych wyglądają na naszych filmach niezwykle komicznie" - argumentuje swoje zarzuty. Nieumiejętnie odgrywane są sceny miłosnych wyznań i towarzyszących im uniesień, czego oznaką są: smętnie wywracane gałki oczu i ciężkie westchnienia. Kiedy dojść ma do momentu dla romansu kulminacyjnego wszystko "plącze się" i "rwie", a aktorzy sprawiają wrażenie, jakby tego rodzaju aktorskie wyzwania były ponad ich siły lub po prostu godziły w system ich moralnych wartości, co Barwicz odczytuje zresztą na ich korzyść. Ma to być oczywiste świadectwo, że "zerwaćby chcieli z tym brudem i tą ohydą, która zarówno im, jak i widzom ciąży na duszy i w każdym razie nie znajduje aplauzu".

Pokrętna wkrada się tu logika, ale wynika z tego, że Barwicz dostrzega co prawda nieporadność aktorów, ale czyta ją jako właściwą z pewnego określonego punktu widzenia. Winą za nieudane i nieporywające obrazy obarcza nade wszystko scenarzystów - to przez nich aktorzy "brną w bagnie" i to ich wykrzywiona "genialność" powoduje, że "wszystko to wygląda sztucznie, jest naciągane i bezsensowne".

Dopiero pod koniec swojego wywodu dziennikarz odnosi się bezpośrednio do Romansu panny Opolskiej, jakby przed zakomunikowaniem swojej diagnozy i oceny filmu, musiał stworzyć wcześniej odpowiedni wstęp. Do rzeczy jednak. W czym krytyk upatruje fiaska dzieła? W tym mianowicie, że "scenarzysta i reżyser wysunęli na pierwszy plan wszystkie drastyczne momenty powieści". Stało się to na niekorzyść wątków społecznych, które zostały osłabione lub też ośmieszone, co u widza miało spowodować mechanizm koncentracji uwagi na nieudolnych scenach erotycznych, co "w konsekwencji przyprowadza go do ponurych i nie najserdeczniejszych rozmyślań i życzeń".

"Kiedyż na naszym podwórku filmowej pojawi się Atylla - bicz Boży?!" - pyta na koniec zdesperowany i sfrustrowany Barwicz. A my? Cóż, możemy przyznać, że w polskim kinie wciąż zdarzają się rzeczy nie tylko erotycznie komiczne.

Justyna Żarczyńska

* We wszystkich cytowanych fragmentach zachowano oryginalna pisownię.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021