Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

ZAPISKI Z LAMUSA. Poznański entuzjazm

Jeśli ktokolwiek sądzi, że szaleństwo towarzyszące publicznym wystąpieniom osób związanych z szeroko pojętą kulturą i rozrywką sięga dziś zenitu i przechodzi wszelkie granice, niekiedy nawet dobrego smaku - musiałby przeżyć niemałe zaskoczenie na widok gwiazdy estrady niesionej na ramionach rozentuzjazmowanych studentów, a następnie bezpiecznie umieszczonej na dachu samochodu i dającej spontaniczny koncert przed zapatrzoną w niego widownią. Niemożliwe? A właśnie, że tak bardzo możliwe, że nawet się zdarzyło!

. - grafika artykułu
Spontaniczny występ Jana Kiepury przed poznańskim dworcem, 1938, ze zb. Narodowego Archiwum Cyfrowego

"Poznań nie potrafi się entuzjazmować - takie jest powszechne mniemanie, któremu również sami częstokroć dawaliśmy wyraz. To, co się jednak dzieje od wczorajszego południa, t.j. od chwili przyjazdu naszego znakomitego śpiewaka Jana Kiepury, mniemaniu temu zadaje kłam w sposób najbardziej zdecydowany. Oto okazało się bowiem, że Poznaniacy nie tylko potrafią wykrzesać z siebie szczery entuzjazm i nazewnątrz go demonstrować, lecz posiadają również w sobie dużo swobodnego poczucia beztroski i humoru*" - informowano w "Nowym Kurierze" (nr 148/1938) w artykule zatytułowanym "Chłopak z Sosnowca" podbił serca Poznaniaków, który ukazał się 2 lipca 1938 roku i dotyczył wydarzeń, jakie rozegrały się dzień wcześniej.

Tak oto dowiadujemy się, że poznaniacy powszechnie uchodzili za ludzi raczej chłodnych i zdystansowanych, którym trudność sprawiało okazywanie radości nawet w sytuacjach, które radość tę powinny generować w stopniu najwyższym. Mówiąc bez ogródek: poznaniaków uznawano po prostu za sztywniaków. Równocześnie jednak artykuł obala od razu tę teorię - oto okazuje się bowiem, że zdarzały się sytuacje, kiedy nieco uśpieni w okazywaniu emocji mieszkańcy Poznania przebudzali się i niczym nieskrępowani pokazywali siłę swojego entuzjazmu. Taka sytuacja to chociażby bliskie spotkanie z gwiazdą najwyższego formatu. Bo że Jan Kiepura nią był, nikt chyba nie śmiałby poddać w wątpliwość?

Entuzjazm oczekujących przybycia artysty tłumów okazany został już na dworcu i rósł z każdą minutą, przybierając formę nieposkromionej i bezpośrednio okazywanej radości. "Studenci porwali Kiepurę na ramiona i wynieśli przed dworzec, gdzie usadowili go na dachu samochodu, a tłum zmusił mistrza do śpiewania. Żadne opory nie pomogły. "Chłopak z Sosnowca" musiał stanąć na uginającym się pod nim dachu samochodu i śpiewać swym potężnym głosem, który docierał aż hen za Most Dworcowy" - czytamy dalej, przecierając zapewne oczy ze zdziwienia. Gdyby nie zachowane z tego wydarzenia fotografie, zapewne trudno byłoby uwierzyć, że opisana sytuacja naprawdę miała miejsce. Równie trudno dać wiarę, że ktokolwiek mógł w ogóle podejrzewać poznaniaków o brak entuzjazmu! Mieszkańcy Poznania, będący inicjatorami tego nieoczekiwanego występu Kiepury, nie mieli żadnych hamulców, by zapewne zaskoczonego artystę wynieść ponad tłum i do koncertu w tak niestandardowym otoczeniu zwyczajnie przymusić. Artysta po zakończonym owacjami występie miał zwrócić uwagę, że drzemiące w mieszkańcach Poznania pokłady energii i radości doprowadziły do zniszczenia auta, a z niego samego uczyniły "wariata".

Ledwo skończył się pierwszy "koncert" i Kiepura dojechał do Bazaru, gdzie miał przygotowany nocleg, a tłum czekający przez budynkiem zaczął domagać się kolejnego występu. Tym razem jednak artysta czmychnął do Ludwikowa na posiłek, pozostawiając wielbicieli swego talentu bez rozśpiewanej odpowiedzi.

Po obiedzie Kiepura wrócił do Bazaru, gdzie umówiony był na godzinę 17 z dziennikarzami. Konferencja prasowa trwała ponad dwie godziny, przerywana telefonami do artysty oraz "koniecznością ukazywania się Kiepury na balkonie, czego gwałtownie domagała się zebrana pod Bazarem publiczność". Śpiewak podczas rozmowy z reporterami zrobił również przerwę na spotkanie z dwunastoletnią Łucją Głowińską, która wręczyła mu kwiaty, wyrecytowała wierszyk i miała okazję uciąć sobie z artystą krótką, ale sympatyczną pogawędkę.

Po tym miłym przerywniku Kiepura wrócił do rozmowy na tematy dotyczące jego planów i kariery. I tu powiedzmy szczerze - zrobiło się światowo. Sukces osiągnięty przez Jana Kiepurę w Metropolitan Opera w Nowym Jorku, pozytywne recenzje jego występów opublikowane w amerykańskiej prasie, liczne kontakty nawiązane dzięki nim - wszystko to sprawiało, że przed twórcą otwierały się kolejne drzwi pozwalające na realizowanie kolejnych artystycznych marzeń o międzynarodowym zasięgu, a sam artysta przez różowe okulary patrzył w przyszłość.

Jakie plany snuł? Tu przede wszystkim wymienić należy produkcję polskich filmów, jednego lub nawet dwóch rocznie, które oglądaliby ludzie na całym świecie. Wówczas w perspektywie był kontrakt z Vittorio Mussolinim, synem włoskiego dyktatora, na zrealizowanie filmu Tosca oraz umowa z niemiecką wytwórnią Terra-Filmkunst, z którą nakręcony miał zostać film o walkach Polski o Wilno w 1920 roku. Dyskusję na temat obu obrazów przerywały liczne telefony, m.in. z Berlina w wyżej wspomnianej sprawie. Potem rozmowa zeszła na tematy polityczne. "Czy jest więcej ludzi czy partyj w Polsce?" - miał żartobliwie pytać artysta swoich rozmówców, wyrażając nadzieję, że interes wspólny i dobro Polski ostatecznie przełożone będą nad interesy partyjne.

Gdy w Bazarze toczyły się te wszystkie poważne i interesujące rozmowy, tłum wciąż czekał na swojego idola, skandując gromko i po wielekroć: "Kie-pu-ra! Kie-pu-ra!", czym wreszcie wywabił go na balkon. Żądania widowni były oczywiste - kolejny publiczny koncert. Wywiązała się wówczas tak relacjonowana rozmowa:

"Kiepura: - Bójta się Boga ludzie, co robita!?

Głos z tłumu: - Dobre wrażenie!

Kiepura: - Czego chceta odemnie?

Mały chłopczyk w pierwszym rzędzie publiczności: - Zaśpiewajta!

Kiepura: - Nie mogę, bo za dużo ruchu, tramwaje jadą!

Chór publiczności: - Zatrzymamy tramwaje!"

Jak powiedzieli - tak zrobili: "Tramwaje i samochody musiały stanąć. Nad Placem Wolności zaległa cisza. Kiepura chcąc nie chcąc rozpościera ramiona i śpiewa. Ludzie w najodleglejszym kącie placu przystają, wyciągają głowy i z zachwytem słuchają zawsze pięknej melodii: "O sole mio".

Kto dziś tramwaje zatrzymuje, by posłuchać artysty? Kto rozmawia z publicznością jak swój ze swoim? Kto w końcu na balkonie staje i na życzenie publiczności niezakontraktowane daje koncerty? Pozostaje, zamiast odpowiedzi, życzyć tak odbiorcom, jak i twórcom takiego entuzjazmu, jak ten poznański z roku 1938.

* We wszystkich cytowanych fragmentach zachowano oryginalną pisownię.

Justyna Żarczyńska

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020