Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

ZAPISKI Z LAMUSA. Nowe kobiety

Jej sprawa odbiła się szerokim echem. Monika, tak brzmiało jej imię. Trzeba przyznać, że dość jak na ówczesne czasy - nowoczesne. Do życia powołała ją Maria Morozowicz-Szczepkowska. Zrobiła to na kartach swojego napisanego w 1932 roku i wystawianego później po wielekroć zarówno w Polsce, m.in. w  poznańskim Teatrze Nowym, jak i zagranicą - dramatu.

. - grafika artykułu
Maria Morozowicz-Szczepkowska (z lewej) podczas rozmowy z Zofią Modrzewską i Wiktorem Biegańskim w trakcie pracy nad spektaklem "Typ A" w Teatrze Ateneum w Warszwie, 1934, ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

Dramatu, o którym w jednej z recenzji w "Orędowniku Wielkopolskim" (nr 67/1933) pisano, że jest raczej "udramatyzowaną rozprawą na temat małżeństwa"*. Trudno chyba było recenzentom - w przeważającej jednak liczbie mężczyznom, co warto podkreślić, gdyż z całą pewnością fakt tak nie pozostawał bez znaczenia wobec sformułowań, których w swoich recenzjach niejednokrotnie używali - przełknąć zafundowaną im Sprawą Moniki łyżkę dziegciu. Panowie lawirowali, szukali plusów, ale chyba tylko po to, aby nikt nie ośmielił się sugerować, że w swoich opiniach są za mało obiektywni, a słowa ich dyktowane są przez urażoną, męską dumę. Tak oto tajemniczy "wu", który we wspomnianym poznańskim dzienniku referował swoje wrażenie po spektaklu w Teatrze Nowym pisał chociażby: "Zagadnienie małżeństwa w Sprawie Moniki oświetlone jest dość jaskrawo, przytem jednostronnie ujemnie. Argumenty z a są słabe i możnaby powiedzieć nieszczere, natomiast argumenty p r z e c i w mają druzgocącą przewagę oczywistości. Rozprawa na temat małżeństwa staje się w ten sposób polemiką przeciwko niemu, po kobiecemu żarliwą".

Możemy podejrzewać, co autor miał na myśli, używając tego określenia. Zapewne chodziło o to stereotypowe, kobiece rozemocjonowanie, które w opiniach panów niewiele ma wspólnego z rozsądkiem, ale za to niemało z jego zupełnym brakiem. Czytajmy jednak dalej. "Wobec dramatycznej formy swej rozprawy autorka nie mogła oświetlić zagadnienia wyczerpująco i wszechstronnie. Argumenty użyte tu z taką przekonującą mocą przeciwko małżeństwu mogą jednak mieć wagę tylko wyłącznie w tym jedynym wypadku Moniki, a nie znaczenie ogólne, o które autorce zdaje się bardzo chodziło" - pisał "wu", twierdząc dalej, że gdyby Maria Morozowicz-Szczepkowska powołała się w swoim utworze na historie 333 kobiet byłaby nieco bliższa prawdy, aniżeli korzystając z zaledwie 3 przypadków, które jak należy rozumieć z tego wywodu - nie dawały wymiernego, sprawiedliwego obrazu sytuacji. Co więcej, jak tłumaczy dalej wady sztuki nasz drogi recenzent - Monika, o której pisze już nie jak o bohaterce spektaklu, ale kobiecie z krwi i kości, ot - chociażby sąsiadce z kamienicy, sama sobie niejako była winna sytuacji, w jakiej się znalazła! A wszystko dlatego, że przy wyborze życiowego partnera nie zwróciła "więcej uwagi na sprawę doboru nie tylko płciowego, lecz i duchowego".

Czy recenzent dostrzegał jakiekolwiek plusy tego dzieła? Owszem, ale tu już znacznie mniej wylewnie, z niemałą dozą rezerwy i manifestowaną pobłażliwością uwzględniał, że "rozprawa autorki udała się tylko o tyle o ile miała wykazać czem mężczyzna nie powinien być w życiu kobiety (nawet zamężnej), a czem kobieta powinna być dla samej siebie w swem życiu". Ponadto uznał sztukę pod względem scenicznym "za udatną" i nie odmówił autorce pisarskiego talentu.

Pomimo tych na koniec względnie ciepłych lub też zwyczajnie letnich słów, ciężko przedstawiciele płci męskiej, a wśród nich recenzenci właśnie, musieli przeżyć Sprawę Moniki. Autorka sztuki poszła jednak za ciosem i zanim głosy o temacie poruszonym w tym dramacie całkiem ucichły, napisała kolejne dzieło, w swoim wydźwięku podobne do poprzedniego. "Uderz w stół, a nożyce się odezwą" - mawiają i chyba coś jest na rzeczy, ponieważ gdy rok później w Teatrze Nowym wystawiano tę kolejną sztukę Morozowicz-Szczepkowskiej zatytułowaną Nowa kobieta znów podnosiły się głosy. Niektórym zapewne podniosło się także i ciśnienie.

Oto bowiem swoje oburzenie na łamach "Nowego Kuriera" (nr 73/1934) wyraził Jerzy Barwicz. Z pewnością jego słowa motywowane były chęcią wykpienia autorki i jej najnowszego dramatu, który miał szansę powtórzyć sukces wcześniejszego utworu, ale w gruncie rzeczy Barwicz napisał recenzję desperacko wręcz zabawną. Po pierwsze, uznał, że autorka "uwzięła się na mężczyzn; usiłuje ich ośmieszyć, domalować z najgorszej strony, odsądzić od czci i wiary", a tworzy przy tym postaci kobiece "dzielne, przedsiębiorcze, silne, niezależne". Recenzent wzniósł się też na wyżyny kunsztu, jeśli o tworzenia porównań obrazowych i barwnych, pisząc rzecz następującą: "Pani Szczepkowska rozpędziła się nie na żarty, galopuje jak furja na swoim bucefale emancypacji, zawzięcie jak Don Kiszot atakuje męskie wiatraki!... Oby tylko - jak Don Kiszot - nie utkwiła na którymś z tych wiatraków". Dalej wypominał również, że obok momentów "w pełni groteskowych, wystrzelają ze sztuki co chwilę jakieś moralizatorskie tyrady, jakieś płomienne manifesty wojującego feminizmu, jakieś aluzje pod adresem mężczyzn tyranów".

Nawet jednak i Barwicz musiał przyznać, że Nowa kobieta przyciągnęła do teatru złaknionych wrażeń widzów i że nie wydarzyło się to całkiem bez powodu czy też tylko ze względu na kontrowersje. Recenzent docenił bowiem "świetną galerję typków, trafnie podpatrzonych i skarykaturowanych przez autorkę" oraz dowcip. Gra aktorów zasługiwała w pełni na gromkie brawa i wybuchy śmiechu rozbawionej publiczności. A na scenie wystąpili: Janina Porębska, Stanisław Jaworski, Halina Taborska, Roma Andrzejewska, Antoni Krasiński oraz odtwórczyni głównej roli, Sabina Sawicka.

Tak toczyły się losy scenicznych, feministycznych manifestów tamtych lat, które wyszły spod pióra Marii Morozowicz-Szczepkowskiej. Ciąg dalszy jeszcze jednak nastąpił. Autorka nie poprzestała na tym niezwykłym sukcesie, realizując swoje następne, równie głośne pomysły. Ciąg dalszy nastąpi także i na łamach "Zapisków z lamusa".

Justyna Żarczyńska

* We wszystkich cytowanych fragmentach zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021