Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

ZAPISKI Z LAMUSA. Niezły cyrk

Dzisiejsze "Zapiski z lamusa" będą refleksyjne, dosadne, zabawne i życiowe, czyli jak niemalże zawsze. I z pewnością każdy odnajdzie w nich siebie. Z uprzejmości nie pytamy, która z ról wydaje się szczególnie bliska Czytelniczce lub Czytelnikowi.

. - grafika artykułu
Widok z góry na fragment ulicy Mickiewicza z widocznym w głębi cyrkiem "Olimpia" i halą sterowców na horyzoncie, 1934, fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

"Jak w cyrku, tak i w życiu jest arena, na którą patrzą bliźni, i są kulisy znane tylko wtajemniczonym. W cyrku jednak jak w życiu są klowni, są tresowane zwierzęta, są akrobaci i humoryści, są ludzie - węże i fakirzy. Wszyscy grają swoje role mniej lub więcej dobrze. W cyrku dobrze to rozumiemy, w życiu czasem nie potrafimy rozróżnić człowieka - węża od klowna, a klowna od dyrektora cyrku. Bo w życiu sami występujemy w jakiejś roli i jesteśmy nią mocno przejęci, aby nie zlecieć z trapezu i nie złamać karku"* - pisał w "Nowym Kurierze" (nr 276/1932) nasz nieoceniony "Iks.", którego na łamach "Zapisków" cytowaliśmy po wielekroć. Ten obserwacyjny zmysł, ta umiejętność ujmowania w słowa rzeczy niełatwych, niekiedy zakamuflowanych, sprawia, że nie sposób odwrócić spojrzenie od tekstów jego autorstwa. Już powyższy cytat pochodzący z artykułu "Śmiej się, pajacu!" świadczy o tym doskonale. Należałoby tu jeszcze zauważyć przy okazji, że "Iks." posiadał także niepodważalną zdolność nadawania swoim tekstom odpowiednich tytułów - rzeczy należy przecież nazywać po imieniu, czyż nie?

Zapewne każdy, czytając wspomniany fragment, kiwał głową w akcie zrozumienia i zgody - w zamyśleniu właściwym dla człowieka doświadczonego życiowo, który z niejednego pieca jadł chleb i niejedną małpę na scenie już oglądał. Wróćmy jednak do meritum, a więc do artykułu będącego niezwykłym reportażem zza kulis cyrku "Olimpia", mieszczącego się niegdyś na Jeżycach przy ul. Poznańskiej. Tekst pozwala bowiem lepiej przyjrzeć się wszystkiemu temu, co w zwykłych okolicznościach dla oczu widza nie jest dostępne, a co bywa nawet zakazane.

Swoją wędrówkę po zakamarkach cyrku dziennikarz zaczyna jednak od spotkania z klaunem Din-Donem, który "w cywilu" siedział akurat w pierwszym rzędzie w trakcie występu dwóch innych klaunów: Palulisa i Stefla. "Iks." zdradził czytelnikom gazety pewien sekret: "Din-Don odgrywa wśród publiczności tego naiwniaczka (zdradzę to niedyskretnie), który oddaje swój kapelusz, a w ten kapelusz naprawdę wbijają jaja. Na szczęście nie jest to ten sam kapelusz. Publiczność bawi się wyśmienicie, bo myśli, że rzeczywiście komuś z publiczności zrobiono kawał. Na tem właśnie polega dowcip". Oto więc wypływa pewna prawda na temat ludzkiej naiwności. I złośliwości także. A może i jeszcze czegoś innego, czego określać z grzeczności nie będziemy.

W końcu reporter wchodzi za kulisy, gdzie "wśród różnych cyrkowych rekwizytów, kół, kółek, lin, trapezów, drążków, rowerów i t. p. stoi piękny koń <<Arras>>, który właśnie podlega toalecie. Obsługa czesze mu ogon. Na stopniach wśród rupieci siedzą klowni z misternie pomalowanymi twarzami w przedziwnych ubraniach. Siedzą i ziewają". Kontrastów w tym obrazie zakulisowego życia cyrku nie brakuje. Spokój to jedno. Obok tego "ruch panuje niezwykły" - pojawiają się nagle i równie szybko znikają postaci w kolorowych, świecących kostiumach. Spotkać tu można także ludzi w świecie wielkich widowisk znanych, np. A. K. Wernera de Reuroffa - "króla światowej tresury koni".

Nagle za kulisy wchodzi "maleńki zapowiadacz", z którym "Iks." postanawia nawiązać konwersację:

"- Skąd to pacholę w cyrku?

- Niech pan go nie obraża - odpowiadają.

- To 23-letni kawaler - p. Pietkiewicz z pod Wilna".

Po chwili, nim padną kolejne niezręczne słowa, dziennikarz dostaje ostrzeżenie - oto zaraz strzelać będzie Teddy Sutth, a "wszyscy chowają się po bokach". Teddy Sutth był wcześniej akrobatą, ale uległ wypadkowi - spadł z trapezu. "Odtąd strzela. Nie zawsze szczęśliwie".

Czas na zwiedzanie garderoby Blumskich. Dalej reporter mija groteskowych Lorandos, czyli dwóch Niemców i Anglika, wita się z Sobskim i jego dwunastoma psami, odwiedza garderobę Bretinich, gdzie ucina sobie przyjemną pogawędkę z prowadzącą cygańskie życie i sympatyczną panią Bretini, a w końcu trafia ponownie na rudego klauna Palulisa, który występował niegdyś w warszawskim Cyrku Staniewskich, jednak po zatrudnieniu obcokrajowców został zwolniony. Jak pisze dziennikarz: "Jest rozżalony. (...) Nie jest wcale wesoły. Wyszedł na arenę i wśród publiczności rozlega się śmiech".

Nim reporter skieruje się ku wyjściu, rozmawia jeszcze z dyrygentem orkiestry, p. L. Gbiorczykiem, któremu w poznańskim cyrku pracuje się bardzo dobrze, praca jest "urozmaicona, ciekawa". Oto powiew optymizmu. Niestety zaraz przytłumiony smutną konstatacją p. Szwagerta, który z przekąsem mówi: "Chciałem dać Poznaniowi poznać, co to prawdziwy cyrk. (...) Zawiodłem się, niestety. Publiczność nie dopisuje".

Wszystko się kiedyś jednak kończy. Kończmy i my, cytując autora tego niezwykłego reportażu: "Orkiestra gra marsza pożegnalnego. Publiczność wychodzi. Opuszczam cyrk - idę w życie".

Justyna Żarczyńska

* We wszystkich cytowanych fragmentach zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021