Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

ZAPISKI Z LAMUSA. Fe-no-men!

"Pierwszy mój w ścisłem tego słowa znaczeniu wywiad z kobietą... Bodaj pierwszy dotąd wogóle w polskiej prasie radjowej, a już z pewnością pierwszy na łamach "Tygodnia Radjowego"..."* - pisze w zapowiedzi rozmowy Bolesław Busiakiewicz, który ją prowadził. Kim była kobieta, z którą wywiad zaszczycił łamy szacownego pisma?

. - grafika artykułu
Włodzimierz Łoziński jako Mietek i Stanisława Wysocka jako Mossakowska w jednej ze scen filmu "Dziewczęta z Nowolipek" w reżyserii Józefa Lejtesa, 1937, fot. ze zb. Narodowego Archiwum Cyfrowego

"Znana nietylko Poznaniowi i Wielkopolsce, ale całemu krajowi i szeroko - poza jego granicami - na obczyźnie" - pisał o niej dalej Busiakiewicz w dziale "Nasze wywiady" ("Tydzień Radiowy", nr 32/1929). Komplementów - zasłużonych - w tekście nie brakowało. "Artystka nasza jest indywidualnością par exellence i to indywidualnością niezwykle oryginalną. Rozległe jej wykształcenie ogólne, dalej głęboko talent aktorski oraz wszechstronne studja artystyczne, wreszcie coraz to nowe tereny badania zjawisk nieznanych, zwłaszcza tereny t. zw. nauk tajemnych, czoterycznych, biorących swe praźródło w nieogarniętej dotąd i niezgłębionej jeszcze wiedzy Wschodu, nie mówiąc już o ustawicznem interesowaniu się problemami stanu i zagadnieniami rozwoju kultury ludzkiej - czynią z tej przedziwnej i niezwykłej kobiety - fenomen... Wrażenie to nie opuszcza mnie ani na chwilę przez cały, dość długi czas trwania rozmowy z wielką artystką. Powtarzam wyraźnie: fe-no-men!" - pisał jeszcze. Wyjawmy więc już to wielkie nazwisko wielkiej damy sceny polskiej, która i z Poznaniem przez lata była związana jako aktorka i reżyserka. Oto Stanisława Wysocka!

Busiakiewicz był pod ogromnym wrażeniem Wysockiej. Do tego stopnia, że zanim przeszedł do meritum i "oddał" jej głos, opisywał jej niezwykłe zdolności do prowadzenia rozmowy, argumentacji, wysuwania tez i hipotez, tego, "jak artystka ustosunkowuje się do zagadnień: czy to społecznych lub narodowych, czy też artystycznych lub... religijnych, a nawet incredibile dictu (nie do uwierzenia!) - technicznych". Gdybyśmy byli złośliwi (wobec dziennikarza, nie artystki!), powiedzielibyśmy, że wydawał się zszokowany, że z kobietą można tak rozmawiać i że kobieta jako rozmówca przejawia takie umiejętności. Postarajmy się jednak pohamować te cyniczne uwagi i doceńmy fakt, że w tych komplementach tym większa czai się szczerość, im większe zdziwienie wywołało w dziennikarzu zachowanie tej oryginalnej kobiety.

Bo że Wysocka do takich się zaliczała nie sposób zaprzeczyć. Rozmowa prowadzona w saloniku w niemej obecności płócien Jana Stanisławskiego, nosić miała znamiona dostojeństwa i pełnego skupienia. Artystka na wszystkie pytania - w co nie wątpimy - odpowiadała z namysłem, ale spontanicznie, a po wyczerpaniu się pytań ze strony swego rozmówcy pozwoliła sobie na arcyciekawy monolog. "Od wielu lat żyję jakby w innym świecie. Mam zupełnie inny, swój własny świat, w którym żyję. Dlatego z jednej strony ja wydaję się niektórym niezrozumiałą, z drugiej strony niektórzy mnie się wydają takimi... Zaczęło się wszystko od tego, że zapragnęłam sobie zbudować gmach własnego na świat poglądu. Badałam teorje społeczne i filozoficzne, wchłaniałam "pewniki" naukowe, które nierzadko rozwiewały się jak mgła i pył... Chciałam się doszukać czegoś trwalszego, coby zarazem mogło odpowiadać moim osobistym pragnieniom..." - zaczęła. Czy udało jej się znaleźć credo swego życia? Owszem: to wiara "w jakąś większą Tajemnicę Świata, jakąś absolutną potęgę rozlaną we wszechświecie, która jest wszędzie i we wszystkim obecna". Pięknie Wysocka mówiła o swoim widzeniu świata, gdzie jest miejsce i dla mistycyzmu, którym przesiąknięte jest wszystko, i dla wynalazczości człowieka, która wcale z tym mistycyzmem nie stoi w żadnym konflikcie.

Nie zabrakło w tym kontekście i jej zachwytu nad radiem, które - jak opowiadała - wzruszało ją niezmiernie. Nie jako przedmiot materialny rzecz jasna, ale jako namacalny cud. "Mówią ludzie: niema na świecie cudów, tymczasem na każdym kroku cudów jest pełno..." - mówiła. Jako artystka dramatyczna Stanisława Wysocka szczególne znaczenie widziała w słowach, traktując je - jakżeby inaczej - jako wyraz mistycyzmu. "Chodzi więc o to, aby ową tajemniczą zawartość słowa - jego życie i rdzeń - można udostępnić rzeszom słuchaczy - wszystko jedno: w kościele czy teatrze, na wiecu politycznym, czy przez mikrofon" - tłumaczyła. Głoszenie słów było w jej opinii jak kapłaństwo. "Wogóle każdy zawód powinien być traktowany jak swego rodzaju kapłaństwo - wówczas byłby świat i piękniejszy, i radośniejszy" - kończyła ten wywód, by dalej dać upust swojej krytyce nad stanem polskiej kultury.

"Cała np. wielka kraina współczesnej sztuki - dramatycznej także - namnożyła snobów, niedouków i t.p. balastu prawdziwą sztukę czyniąc zaledwie przedmiotem tęsknoty dusz głębszych" - nie przebierała w słowach. Dalej jednak skupiła się już na swojej filozofii, odnoszącej się do tego, jak mówić do ludzi, szczególnie pod względem techniki. Bez nauki, jak dowodziła, się tu nie obędzie - kształcić należy słuch i mówienie, emisję głosu i muzykalność. Wszystko to musi iść obok siebie by słowa, natężenie ich emocji, wyrazistości, trafiały do słuchaczy i wywoływały w nich pożądane wrażenia. Ubolewała jednak przy tym nad słuchowiskami, które jej zdaniem były wówczas niedopracowane, co wynikało przede wszystkim z faktu, iż nikt nie nakreślił i nie doprecyzował granic tego specyficznego artystyczno-literackiego tworu. Wciąż w fazie eksperymentalnej miały dopiero doczekać pełnego, świadomego zaangażowania twórców w ich powstawanie.

"Kiedy dzisiejsze kino, którego zmierzch już nadchodzi, zmieni się na film mówiony; kiedy radjo udoskonali się, otrzymawszy postać aparatów telewizyjnych, wówczas dopiero będzie można pomyśleć na serjo o słuchowiskach. Czyli że dla mnie słuchowisko nie ma prawie nic wspólnego z dzisiejszym teatrem, przeciwnie raczej z nadciągającą "nowiną" mówionego filmu. Tu też w tej mojej projekcji leży geneza powołania przy "Radjo Poznańskiem" pierwszej szkoły radjowo-filmowej" - wspominała na koniec, deklarując przy tym, że swoje siły wkładała w tworzenie właśnie tego dzieła.

Jeśli wcześniej powstrzymaliśmy się przed uwagami w stronę dziennikarza, jego podsumowanie wywiadu nakazuje jednak przynajmniej spojrzeć z niesmakiem i dezaprobatą, oto bowiem Busiakiewicz pisze: "Siła słów wielkiej artystki i ogromna Jej energja życiowa nasunęły mi na myśl znaną tezę biologów: że są pewne typy męskie, które posiadają w swojej psychice przewagę, nieledwie nadmiar pierwiastków kobiecych; są też odwrotnie kobiece typy, które wydają się być organizacjami prawie męskiemi". Takie słowa wynikające z przesłanek "biologicznych" zamiast podziwu dla człowieka jako takiego, dla kobiety... Podkreślmy może lepiej inne komplementy, te wcześniejsze, aniżeli takie, co do których należałoby mieć wyraźne wątpliwości i pozostańmy przy jednym, uzasadnionym, zamkniętym w pięknym słowie: fenomen!

Justyna Żarczyńska

* We wszystkich cytowanych fragmentach zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020