Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Niewidzialny. O Jarku Maszewskim, kreatorze cudzych snów

Prawie się nie zdarza, albo nawet wcale, żeby artysta, który pozostawił po sobie tak niewiele, pozostawił tak wiele. Jarek Maszewski tworzył, inspirując. Poznań zawdzięcza mu "Nierozpoznanych" Magdaleny Abakanowicz na Cytadeli, skrzydlate Pegazy na ulicznych paradach i niezapomniane scenografie. Jeżeli pamięć o nim stanie się legendą, przetrwa, jeżeli nie - zgaśnie z końcem jego pokolenia. Gdyby żył, 21 sierpnia 2026 roku skończyłby 75 lat.

Rzeźby Abakanowicz ustawione obok siebie w parku, mają ciemny kolor, wyglądają jak zbiór kroczących nóg oderwanych od reszty ciała. - grafika artykułu
"Nierozpoznani" Magdaleny Abakanowicz w parku Cytadela, fot. Poznań Film Commission

Rodzinny dom Jarka Maszewskiego przy ul. Wrońskiego 7 na Górczynie, dom instytucja, to historia jego dziadków, Franciszka i Stefanii Maszewskich. Pochodzili z dwóch różnych zaborów, babcia z Kongresówki, dziadek spod Torunia. W 1921 roku przenieśli się do Poznania i zamieszkali na Jeżycach. W latach 20. Franciszek kupił ziemię w Górczynie, wsi pod Poznaniem. Zbudowali szachulcowy domek i tam spędzali wakacje, a potem postawili dom murowany i pod koniec lat 30. zamieszkali w nim z dziećmi. Po wybuchu II wojny światowej Niemcy wyrzucili Maszewskich z ich domu. Po wojnie wrócili, ale wtedy dom był już pełen ludzi z kwaterunku. Wyjechali więc z młodszą córką do Zielonej Góry, starsza córka wstąpiła do klasztoru, a ojciec Jarka, Tadeusz, pozostał. W 1950 roku wziął ślub z Haliną, w 1951 roku urodził się Jarek, w 1959 roku Andrzej. Dom był zimny, nieotynkowany, bez kanalizacji, ale bracia uważali, że żyją w najszczęśliwszym miejscu na świecie.

W 1969 roku Jarek skończył I Liceum Ogólnokształcące, Marcinka, i rozpoczął studia na Wydziale Projektowania Plastycznego ze specjalnością architektura wnętrz w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu (dziś Uniwersytet Artystyczny), początkowo warunkowo, bo na uczelnię dostał się z odwołania. Już na początku studiów wyremontował z kolegami opuszczony magazyn w podwórzu kamienicy przy ul. Wielkiej i współtworzył słynną potem Galerię Wielka 19, w której przez pewien czas pełnił funkcję kierownika. Tam w 1974 roku odbyła się jedna z jego pierwszych akcji plastycznych, zorganizowana w rocznicę zamachu w Chile dokonanego przez juntę wojskową pod wodzą Augusta Pinocheta. Równocześnie współprowadził klub studencki plastyków DNO i powoli zaczynał współpracować z opozycją demokratyczną.

W 1974 roku został magistrem sztuki. Specjalizował się w adaptacji obiektów historycznych, dworków przejmowanych przez pegeery i pałaców. Po studiach zatrudnił się w Pracowni Konserwacji Zabytków, ale po roku to rzucił i zabrał się do zarabiania pieniędzy na wyprawę do Indii. Z kolegami malowali reklamy na ścianach budynków. Do Indii wyjechał w 1975 roku z grupą pracowników naukowych i studentów PWSSP. Przez pół roku 11 osób podróżowało i mieszkało w Starze Osinobusie. Ta wyprawa była dla Maszewskiego przygodą życia. Wrócił z przeświadczeniem, że wcale nie jest tak łatwo na świecie zginąć, czyli bądźmy odważni, i że na pewno spędzi życie w podróży. Spędził, ale była to zupełnie inna podróż. I dramatycznie krótka.

Od jesieni 1978 roku pracował już w PWSSP jako asystent w Katedrze Bioniki na macierzystym wydziale. W stanie wojennym Jarek Maszewski zabrał się do roboty w strukturach opozycyjnych i był jednym z nielicznych, którzy konsekwentnie trwali w tym jeszcze w końcówce lat 80. Wiosną 1982 roku z Wojciechem Pawlakiem zaczęli redagować, powielać i kolportować podziemne pismo "Veto" drukowane podobno nawet w kostnicy szpitala w Puszczykowie. Prócz komunikatów struktur Solidarności publikowano w nim duże artykuły społeczno-polityczne i historyczne Leszka Kołakowskiego, Adama Michnika, Stefana Bratkowskiego, Stefana Kisielewskiego i wielu, wielu innych. Po latach Maszewski pisał, że starannie zaprojektowaną okładkę "Veta" chętnie pokazywała Służba Bezpieczeństwa w telewizyjnych relacjach z rewizji.

W latach 90. Jarek Maszewski miał ogromną potrzebę aktywności i obecności w świecie performatywnym oraz zaistnienia na polu scenografii, która była naturalnym obszarem jego działalności. Do tych prac angażował bardzo wiele osób, bo przeciwstawiał się idei artysty samotnie pokonującego własne demony. W 1991 roku miał już na uczelni własną Pracownię Skojarzeń Elementarnych. Rok później założył Kółko Graniaste, nieformalną grupę studentów wyraźnie Jarkiem zafascynowanych i z nim zaprzyjaźnionych. Kółko powstało jako potrzeba nazwania nie do końca dookreślonej działalności - wydarzeń parateatralnych, sesji fotograficznych, korowodów, imprez, happeningów i akcji ulicznych, wokół których ludzie się spotkali i coś wspólnie tworzyli.

W 1996 roku z kolejnym "pospolitym ruszeniem artystów", Asocjacją Kółka Graniastego, zrealizował autorski scenariusz pierwszej parady, która przeszła przez miasto w dniu imienin patronów Poznania śś. Piotra i Pawła pod hasłem "Miłość i Morze Śródziemne". Zaangażował prawie 300 osób, artystów, uczniów i studentów. Na warsztatach poprzedzających paradę młodzi przygotowywali tekturowe zbroje i kostiumy rzymskich legionistów, w których później wystąpili. Elementy monumentalnej, ruchomej scenografii były dziełem jego studentów.

W 1997 roku zdiagnozowano u niego białaczkę. Zaczął leczenie, ale się nie zatrzymał. Opracował scenografię i wyreżyserował wielkie widowisko plenerowe zaprezentowane w czasie Dnia Polskiego na Światowej Wystawie EXPO w Hanowerze w 2000 roku. W "Orszaku dla Ottona III" galopowały cztery Pegazy, które do dziś są symbolem miejskich korowodów rocznicowych. To pomysł Maszewskiego, by ściągnąć Pegaza, którego uważał za absolutnie doskonałą formę, z dachu Opery na ziemię. Ale to nie znaczy, że on je zespawał i nitował. Budował je wspólnie ze studentami z Asocjacji w ogrodzie na Górczynie. Specjalnie w tym celu powstał rodzaj drewnianej wiaty "japońskiej" przykrytej folią zamiast tkaniny. Piotr Tetlak, student Maszewskiego, a potem jego asystent, wspomina, że Jarek chował im młotki, bo sobie te konstrukcje wyobrażał bardziej kubistycznie, a oni chcieli, żeby były bardziej rzeźbiarskie. Później Maszewski przekornie ustawił Pegazy na dachu Teatru Polskiego z okazji obchodów 125-lecia sceny.

Tymczasem rodzina powoli odzyskiwała kolejne pokoje w domu przy Wrońskiego. Lokatorów było coraz mniej, ale ludzi coraz więcej. Jarek z ogrodu na Górczynie zrobił żywe miejsce nieustającej pracy twórczej. Organizował w nim plenery swoich studentów i spektakularne wydarzenia. Ogród nazwał Ogrodem Smoka, ukochanego, wielkiego, czarnego owczarka, niezwykle łagodnej suki. Pierwszym wielkim wydarzeniem w ogrodzie było pożegnanie jezuity Wacława Oszajcy, który w 1992 roku został przez zgromadzenie przeniesiony do Torunia. Ta impreza przeszła do historii, ponieważ była absolutnym ewenementem ze względu na liczbę ludzi, nastrój i oprawę. Maszewski w całym ogrodzie porozwieszał portrety Oszajcy i poustawiał nieoczywiste dekoracje, nazywał je gadżetami, które kompletnie odrealniły przestrzeń. Zaprosił 200 osób, ale dopiero się rozkręcał. Od 1994 roku na Górczynie organizował tłumne spotkania artystów biorących udział w Festiwalu Malta. Inauguracyjne spotkanie zgromadziło już ponad 300 osób. Dwa tygodnie trwały przygotowania do tej imprezy. Maszewski i jego studenci zbudowali piece ceramiczne, a między drzewami rozwiesili obrazy Piotra C. Kowalskiego i poustawiali "gadżety". Wykreowali magiczną przestrzeń, w której goście poruszali się jak w spektaklu.

Do historii przeszły spektakularne aranżacje wystaw Jarka Maszewskiego. Konstruował doskonale przemyślane i dopracowane monumentalne formy - wielkie bloki (wystawa plakatu japońskiego w 1993 r.), kolumny (malarstwo Henryka Rodakowskiego), rusztowania ("Odwilż" w 1996 r.) - które tworzyły niepowtarzalne oprawy dla prezentowanych dzieł. W 1999 roku z prof. Eugeniuszem Matejko przygotował projekt wystawy grafik Salvadora Dalego. Każdy, kto widział tę wystawę, pamięta wspaniały, intensywnie czerwony świat stworzony w Sali Wielkiej CK Zamek. Niewielu natomiast pamięta grafiki Dalego, bo scenografia Maszewskiego stała się dominującą, samodzielną realizacją. To dość absurdalna sytuacja, ale się wydarzyła. W dniu otwarcia wystawy przed wejściem do Zamku płonęła metalowa żyrafa inspirowana słynnym obrazem Dalego, praca dyplomowa Piotra Tetlaka.

1 grudnia 1996 roku Jarek Maszewski napisał list do Magdaleny Abakanowicz, wtedy już światowej sławy artystki, a dawniej profesorki PWSSP w Poznaniu. Przesłanie tego listu zamykało się mniej więcej w zdaniu: pragniemy, aby pani praca znalazła się w Poznaniu. Abakanowicz odpisała, a sens jej odpowiedzi brzmiał najogólniej tak: mam mnóstwo wątpliwości, ale nie mówię nie. Maszewski nie odpuszczał, szukał pieniędzy. Minęło kilka lat i znalazł - w 2000 roku udało mu się przekonać do sfinansowania części projektu poznańskiego biznesmena i kolekcjonera sztuki Piotra Voelkela. Resztę dołożyła powołana w tym roku Fundacja 750-lecia Lokacji Poznania. Abakanowicz przyjechała do Poznania, wybrała miejsce na Cytadeli, dała się przekonać do wykonania rzeźb w żeliwie i przystała na współpracę z odlewnią w Śremie, której potęga ją zachwyciła. 19 października 2002 roku na Cytadeli odsłonięto największą na świecie instalację Magdaleny Abakanowicz, grupę 112 kroczących, rdzewiejących, wydrążonych korpusów bez głów i rąk. Jarek Maszewski był już wtedy bardzo słaby, ale uciekał ze szpitala i towarzyszył artystce w kolejnych etapach powstawania dzieła. Razem ze studentami wykonali naturalnej wielkości tekturowe modele kilku rzeźb, żeby zamarkować ich układ, a potem był z Abakanowicz, kiedy rozstawiała żeliwny tłum na łące wśród drzew. Każdy korpus jest inny, bo mimo że modele były tylko dwa, za każdym razem wykładano je moczoną w gipsie tkaniną, żeby nadać im różną strukturę. Jedna z rzeźb, za zgodą artystki, wyszła spod ręki Maszewskiego. Która, wiedział chyba tylko on.

Własne dzieła Jarek Maszewski tworzył nienałogowo i nienachalnie. Jest autorem plakatu na 25-lecie Czerwca 56 (zrealizowanego), projektu Pomnika Jana Pawła II, rewelacyjnego, strzelistego, świetlistego obelisku, który miał stanąć na Placu Wolności (niezrealizowanego) i domu dla aktorów Ósemek (do dzisiaj w nim mieszkają). Cała reszta jego bogatej działalności jest ulotna - to wizje, inspiracje, nawarstwiające się przeżycia, wystawy ubrane w szczególną scenografię, bale z wyjątkową oprawą plastyczną, które wcielali w życie jego uczniowie i przyjaciele. Aktywność miał niezwykle szeroką, trudno nawet powiedzieć, kim właściwie był - kuratorem, aranżerem, mecenasem? Jego siła, wielkość i wyjątkowość polegała na tym, że wciągał ludzi w wir własnych wyobrażeń i miał w tym niebywałe sukcesy. Ale był też manipulatorem cudzych pomysłów, sam tak o sobie mówił. Brał je i układał z nich sens wypowiedzi przestrzennej. Był wizjonerem, a przy tym cechował go niesłychanie pozytywny stosunek do świata i człowieka. Mawiał: ludzie są fajni. I nie przeszkadzały mu liczne dowody na to, że nie zawsze tacy są.

W grudniu 2002 został profesorem, wiosną 2003 roku jego choroba gwałtownie postępowała,  zmarł 5 czerwca tego roku. - Nigdy nie eksponował swojej osoby. A nawet stawał się jakby "niewidzialny". To z pewnością jedna z najważniejszych cech prawdziwie wielkich ludzi - mówił w czasie Żałobnego Senatu jego przyjaciel i rektor ASP prof. Wojciech Müller.

Danuta Książkiewicz-Bartkowiak

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026