Rodzinny dom Jarka Maszewskiego przy ul. Wrońskiego 7 na Górczynie, dom instytucja, to historia jego dziadków, Franciszka i Stefanii Maszewskich. Pochodzili z dwóch różnych zaborów, babcia z Kongresówki, dziadek spod Torunia. W 1921 roku przenieśli się do Poznania i zamieszkali na Jeżycach. W latach 20. Franciszek kupił ziemię w Górczynie, wsi pod Poznaniem. Zbudowali szachulcowy domek i tam spędzali wakacje, a potem postawili dom murowany i pod koniec lat 30. zamieszkali w nim z dziećmi. Po wybuchu II wojny światowej Niemcy wyrzucili Maszewskich z ich domu. Po wojnie wrócili, ale wtedy dom był już pełen ludzi z kwaterunku. Wyjechali więc z młodszą córką do Zielonej Góry, starsza córka wstąpiła do klasztoru, a ojciec Jarka, Tadeusz, pozostał. W 1950 roku wziął ślub z Haliną, w 1951 roku urodził się Jarek, w 1959 roku Andrzej. Dom był zimny, nieotynkowany, bez kanalizacji, ale bracia uważali, że żyją w najszczęśliwszym miejscu na świecie.
W 1969 roku Jarek skończył I Liceum Ogólnokształcące, Marcinka, i rozpoczął studia na Wydziale Projektowania Plastycznego ze specjalnością architektura wnętrz w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu (dziś Uniwersytet Artystyczny), początkowo warunkowo, bo na uczelnię dostał się z odwołania. Już na początku studiów wyremontował z kolegami opuszczony magazyn w podwórzu kamienicy przy ul. Wielkiej i współtworzył słynną potem Galerię Wielka 19, w której przez pewien czas pełnił funkcję kierownika. Tam w 1974 roku odbyła się jedna z jego pierwszych akcji plastycznych, zorganizowana w rocznicę zamachu w Chile dokonanego przez juntę wojskową pod wodzą Augusta Pinocheta. Równocześnie współprowadził klub studencki plastyków DNO i powoli zaczynał współpracować z opozycją demokratyczną.
W 1974 roku został magistrem sztuki. Specjalizował się w adaptacji obiektów historycznych, dworków przejmowanych przez pegeery i pałaców. Po studiach zatrudnił się w Pracowni Konserwacji Zabytków, ale po roku to rzucił i zabrał się do zarabiania pieniędzy na wyprawę do Indii. Z kolegami malowali reklamy na ścianach budynków. Do Indii wyjechał w 1975 roku z grupą pracowników naukowych i studentów PWSSP. Przez pół roku 11 osób podróżowało i mieszkało w Starze Osinobusie. Ta wyprawa była dla Maszewskiego przygodą życia. Wrócił z przeświadczeniem, że wcale nie jest tak łatwo na świecie zginąć, czyli bądźmy odważni, i że na pewno spędzi życie w podróży. Spędził, ale była to zupełnie inna podróż. I dramatycznie krótka.
Od jesieni 1978 roku pracował już w PWSSP jako asystent w Katedrze Bioniki na macierzystym wydziale. W stanie wojennym Jarek Maszewski zabrał się do roboty w strukturach opozycyjnych i był jednym z nielicznych, którzy konsekwentnie trwali w tym jeszcze w końcówce lat 80. Wiosną 1982 roku z Wojciechem Pawlakiem zaczęli redagować, powielać i kolportować podziemne pismo "Veto" drukowane podobno nawet w kostnicy szpitala w Puszczykowie. Prócz komunikatów struktur Solidarności publikowano w nim duże artykuły społeczno-polityczne i historyczne Leszka Kołakowskiego, Adama Michnika, Stefana Bratkowskiego, Stefana Kisielewskiego i wielu, wielu innych. Po latach Maszewski pisał, że starannie zaprojektowaną okładkę "Veta" chętnie pokazywała Służba Bezpieczeństwa w telewizyjnych relacjach z rewizji.
W latach 90. Jarek Maszewski miał ogromną potrzebę aktywności i obecności w świecie performatywnym oraz zaistnienia na polu scenografii, która była naturalnym obszarem jego działalności. Do tych prac angażował bardzo wiele osób, bo przeciwstawiał się idei artysty samotnie pokonującego własne demony. W 1991 roku miał już na uczelni własną Pracownię Skojarzeń Elementarnych. Rok później założył Kółko Graniaste, nieformalną grupę studentów wyraźnie Jarkiem zafascynowanych i z nim zaprzyjaźnionych. Kółko powstało jako potrzeba nazwania nie do końca dookreślonej działalności - wydarzeń parateatralnych, sesji fotograficznych, korowodów, imprez, happeningów i akcji ulicznych, wokół których ludzie się spotkali i coś wspólnie tworzyli.
W 1996 roku z kolejnym "pospolitym ruszeniem artystów", Asocjacją Kółka Graniastego, zrealizował autorski scenariusz pierwszej parady, która przeszła przez miasto w dniu imienin patronów Poznania śś. Piotra i Pawła pod hasłem "Miłość i Morze Śródziemne". Zaangażował prawie 300 osób, artystów, uczniów i studentów. Na warsztatach poprzedzających paradę młodzi przygotowywali tekturowe zbroje i kostiumy rzymskich legionistów, w których później wystąpili. Elementy monumentalnej, ruchomej scenografii były dziełem jego studentów.
W 1997 roku zdiagnozowano u niego białaczkę. Zaczął leczenie, ale się nie zatrzymał. Opracował scenografię i wyreżyserował wielkie widowisko plenerowe zaprezentowane w czasie Dnia Polskiego na Światowej Wystawie EXPO w Hanowerze w 2000 roku. W "Orszaku dla Ottona III" galopowały cztery Pegazy, które do dziś są symbolem miejskich korowodów rocznicowych. To pomysł Maszewskiego, by ściągnąć Pegaza, którego uważał za absolutnie doskonałą formę, z dachu Opery na ziemię. Ale to nie znaczy, że on je zespawał i nitował. Budował je wspólnie ze studentami z Asocjacji w ogrodzie na Górczynie. Specjalnie w tym celu powstał rodzaj drewnianej wiaty "japońskiej" przykrytej folią zamiast tkaniny. Piotr Tetlak, student Maszewskiego, a potem jego asystent, wspomina, że Jarek chował im młotki, bo sobie te konstrukcje wyobrażał bardziej kubistycznie, a oni chcieli, żeby były bardziej rzeźbiarskie. Później Maszewski przekornie ustawił Pegazy na dachu Teatru Polskiego z okazji obchodów 125-lecia sceny.
Tymczasem rodzina powoli odzyskiwała kolejne pokoje w domu przy Wrońskiego. Lokatorów było coraz mniej, ale ludzi coraz więcej. Jarek z ogrodu na Górczynie zrobił żywe miejsce nieustającej pracy twórczej. Organizował w nim plenery swoich studentów i spektakularne wydarzenia. Ogród nazwał Ogrodem Smoka, ukochanego, wielkiego, czarnego owczarka, niezwykle łagodnej suki. Pierwszym wielkim wydarzeniem w ogrodzie było pożegnanie jezuity Wacława Oszajcy, który w 1992 roku został przez zgromadzenie przeniesiony do Torunia. Ta impreza przeszła do historii, ponieważ była absolutnym ewenementem ze względu na liczbę ludzi, nastrój i oprawę. Maszewski w całym ogrodzie porozwieszał portrety Oszajcy i poustawiał nieoczywiste dekoracje, nazywał je gadżetami, które kompletnie odrealniły przestrzeń. Zaprosił 200 osób, ale dopiero się rozkręcał. Od 1994 roku na Górczynie organizował tłumne spotkania artystów biorących udział w Festiwalu Malta. Inauguracyjne spotkanie zgromadziło już ponad 300 osób. Dwa tygodnie trwały przygotowania do tej imprezy. Maszewski i jego studenci zbudowali piece ceramiczne, a między drzewami rozwiesili obrazy Piotra C. Kowalskiego i poustawiali "gadżety". Wykreowali magiczną przestrzeń, w której goście poruszali się jak w spektaklu.
Do historii przeszły spektakularne aranżacje wystaw Jarka Maszewskiego. Konstruował doskonale przemyślane i dopracowane monumentalne formy - wielkie bloki (wystawa plakatu japońskiego w 1993 r.), kolumny (malarstwo Henryka Rodakowskiego), rusztowania ("Odwilż" w 1996 r.) - które tworzyły niepowtarzalne oprawy dla prezentowanych dzieł. W 1999 roku z prof. Eugeniuszem Matejko przygotował projekt wystawy grafik Salvadora Dalego. Każdy, kto widział tę wystawę, pamięta wspaniały, intensywnie czerwony świat stworzony w Sali Wielkiej CK Zamek. Niewielu natomiast pamięta grafiki Dalego, bo scenografia Maszewskiego stała się dominującą, samodzielną realizacją. To dość absurdalna sytuacja, ale się wydarzyła. W dniu otwarcia wystawy przed wejściem do Zamku płonęła metalowa żyrafa inspirowana słynnym obrazem Dalego, praca dyplomowa Piotra Tetlaka.
1 grudnia 1996 roku Jarek Maszewski napisał list do Magdaleny Abakanowicz, wtedy już światowej sławy artystki, a dawniej profesorki PWSSP w Poznaniu. Przesłanie tego listu zamykało się mniej więcej w zdaniu: pragniemy, aby pani praca znalazła się w Poznaniu. Abakanowicz odpisała, a sens jej odpowiedzi brzmiał najogólniej tak: mam mnóstwo wątpliwości, ale nie mówię nie. Maszewski nie odpuszczał, szukał pieniędzy. Minęło kilka lat i znalazł - w 2000 roku udało mu się przekonać do sfinansowania części projektu poznańskiego biznesmena i kolekcjonera sztuki Piotra Voelkela. Resztę dołożyła powołana w tym roku Fundacja 750-lecia Lokacji Poznania. Abakanowicz przyjechała do Poznania, wybrała miejsce na Cytadeli, dała się przekonać do wykonania rzeźb w żeliwie i przystała na współpracę z odlewnią w Śremie, której potęga ją zachwyciła. 19 października 2002 roku na Cytadeli odsłonięto największą na świecie instalację Magdaleny Abakanowicz, grupę 112 kroczących, rdzewiejących, wydrążonych korpusów bez głów i rąk. Jarek Maszewski był już wtedy bardzo słaby, ale uciekał ze szpitala i towarzyszył artystce w kolejnych etapach powstawania dzieła. Razem ze studentami wykonali naturalnej wielkości tekturowe modele kilku rzeźb, żeby zamarkować ich układ, a potem był z Abakanowicz, kiedy rozstawiała żeliwny tłum na łące wśród drzew. Każdy korpus jest inny, bo mimo że modele były tylko dwa, za każdym razem wykładano je moczoną w gipsie tkaniną, żeby nadać im różną strukturę. Jedna z rzeźb, za zgodą artystki, wyszła spod ręki Maszewskiego. Która, wiedział chyba tylko on.
Własne dzieła Jarek Maszewski tworzył nienałogowo i nienachalnie. Jest autorem plakatu na 25-lecie Czerwca 56 (zrealizowanego), projektu Pomnika Jana Pawła II, rewelacyjnego, strzelistego, świetlistego obelisku, który miał stanąć na Placu Wolności (niezrealizowanego) i domu dla aktorów Ósemek (do dzisiaj w nim mieszkają). Cała reszta jego bogatej działalności jest ulotna - to wizje, inspiracje, nawarstwiające się przeżycia, wystawy ubrane w szczególną scenografię, bale z wyjątkową oprawą plastyczną, które wcielali w życie jego uczniowie i przyjaciele. Aktywność miał niezwykle szeroką, trudno nawet powiedzieć, kim właściwie był - kuratorem, aranżerem, mecenasem? Jego siła, wielkość i wyjątkowość polegała na tym, że wciągał ludzi w wir własnych wyobrażeń i miał w tym niebywałe sukcesy. Ale był też manipulatorem cudzych pomysłów, sam tak o sobie mówił. Brał je i układał z nich sens wypowiedzi przestrzennej. Był wizjonerem, a przy tym cechował go niesłychanie pozytywny stosunek do świata i człowieka. Mawiał: ludzie są fajni. I nie przeszkadzały mu liczne dowody na to, że nie zawsze tacy są.
W grudniu 2002 został profesorem, wiosną 2003 roku jego choroba gwałtownie postępowała, zmarł 5 czerwca tego roku. - Nigdy nie eksponował swojej osoby. A nawet stawał się jakby "niewidzialny". To z pewnością jedna z najważniejszych cech prawdziwie wielkich ludzi - mówił w czasie Żałobnego Senatu jego przyjaciel i rektor ASP prof. Wojciech Müller.
Danuta Książkiewicz-Bartkowiak
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026