Kultura Poznań.pl

Sztuka

opublikowano:

Ląd przecięty na dwie strony

- Pracując nad "Topielą", powiedziałem sobie, że mam dość tego wszystkiego, czego się dotąd nauczyłem i to nie jest to, co tak naprawdę chcę robić. I zacząłem robić wszystko na opak - opowiada Marcin Płonka, którego wystawę można od piątku oglądać w galerii fotografii Pix House.

.
Marcin Płonka "Topiel"

Czym jest dla Ciebie tytułowa "Topiel"?

W wypadku tego projektu topiel to wspomnienie z dzieciństwa. Niedaleko miejsca w którym się urodziłem była rzeka. Rzeka, która zawsze była przesiąknięta strachem - rodzice i inni dorośli mówili mi: "Nie wchodź do rzeki!". Jej okolica była mętna i zarośnięta chaszczami. Kiedy robiłem ten projekt, to była to dla mnie wspomnieniowa podróż do dzieciństwa. To była eksploracja rzeki jako miejsca dwuznacznego, bo do moich reminiscencji dochodzi jeszcze kwestia słowiańskich wierzeń. No i w efekcie z jednej strony mamy życiodajną wodę, a z drugiej strony topiel kojarzy mi się z czymś mrocznym i mało przyjemnym.

Wchodziłeś do tej swojej rzeki?

Nigdy. Została miejscem, które się oglądało tylko z dystansu. Do dziś tak pozostaje. Gdy wracam teraz w rodzinne strony, to rzeka wygląda tak samo jak pamiętam - strome brzegi, zarośla i zero ludzi. Przecina ląd na dwie strony i nie bierze żadnego czynnego udziału w życiu mieszkających tam ludzi.

Tytułowa topiel to coś, czego się obawiasz?

Szukałem miejsc, które by odzwierciedlały moje wspomnienia. Często pracując nad tym projektem spałem w samochodzie, bo w miejscach, które mnie interesowały nie było żadnej bazy hotelowej. To miejsca, które są nigdzie - granice państw, miejsca na końcu świata, gdzie nie ma ani ludzi, ani zasięgu telefonu komórkowego. Taki prymitywny strach czasami się pojawiał, gdy byłem sam i pojawiały się odgłosy, których człowiek taki, jak ja - mieszkający w mieście na co dzień - tak naprawdę nigdy nie słyszał.

Twoje fotografie z serii "Topiel" są trochę niepokojące.

Mogą się takie wydawać. Pomimo tego, że paleta barw jest nasycona, to wszystkie kolory wychodzą z mroku. Trzon całego projektu powstał w nocy. W ciągu dnia poszukiwałem rzeczy do sfotografowania i wracałem tam w nocy, by zrobić zdjęcia. Dzień nie ukazywał mi tego, co chciałem pokazać na fotografiach.

Fotograficznie wywodzisz się z Instytutu Twórczej Fotografii w Opavie i szerzej nurtu street photo. Mocno odszedłeś od tego sposobu patrzenia.

Ten projekt był tak naprawdę poszukiwaniem mojego języka fotograficznego. Wywodząc się z pewnych nurtów fotograficznych, mierzymy się z tendencjami, które często wiążą się z określonymi trickami fotograficznymi czy tematami. To wszystko ma pewne banalne ramy. Pracując nad "Topielą" powiedziałem sobie, że mam dość tego wszystkiego, czego się dotąd nauczyłem i to nie jest to, co tak naprawdę chcę robić. I zacząłem robić wszystko na opak. Zdjęcia powstawały z zamierzeniem, że będą czarno-białe, a po powrocie z pierwszego głównego wyjazdu uznałem, że koniec z tym i wszedłem w kolor. Spowodowało to inny język fotograficzny niż ten, którym ludzie operują. W publikacji - zinie wydanym wraz z wydawnictwem 8991 - trochę monochromatycznych zdjęć się znalazło, ale na wystawie będą tylko kolorowe.

Dlaczego odszedłeś od fotografii ulicznej?

To był świetny początek, by zaznajomić się z fotografią jako taką, by zrozumieć jak poruszać się w przestrzeni fotograficznej. Dla mnie głównym problemem streetu było to, że tak naprawdę nie niosła w sobie żadnej historii. Oczywiście, fotografowie uliczni mówią, że każde zdjęcie jest historią, ale mnie nie interesuje jedno zdjęcie, a cały cykl. Chodzi o coś dużo, dużo większego, by w 20, 50 zdjęciach zawrzeć więcej, niż może to zrobić jedna fotografia. Czułem się ograniczany przez ramy fotografii ulicznej. Co nie zmienia faktu, że moimi ulubionymi zdjęciami w ogóle są zdjęcia ulicznych fotografów i na pewno jest to coś, co chciałbym mieć na ścianie. Z takich stricte formalnych względów mi się podobają.

Czy Twoja fotografia, którą prezentujesz w "Topieli" to fotografia dokumentalna?

Na pewno ma podłoże dokumentalne - bo wszystkie zdjęcia które robię wydarzyły się naprawdę, to nie są pozowane, ustawiane sytuacje z zatrudnionymi modelami. Ale nie jest to do końca fotografia dokumentalna, bo w moich projektach nie narzucam sobie ram geograficznych. Chcę oddać pewien nastrój, przekazać pewną historię. Nie ma znaczenia miejsce wykonania zdjęć. Na pewno nie ma w tym wartości stricte dokumentalnej. Tę fotografię nazwałbym filmem fabularnym o podłożu dokumentalnym. Takie było zamierzenie, żeby udać się w kierunku wolności fotograficznej, by nie przejmować się precyzyjną doktryną fotografii dokumentalnej. Nie chciałem, by mnie ograniczała.

Kończyłeś projektowanie graficzne na ASP we Wrocławiu. Cykl "Topiel" jest mocno graficzny - kolorowy i intensywny.

Wydaje mi się, że żyjąc i pracując na wielu terytoriach - a zawodowo zajmuje się projektowaniem - zacieram granice między uprawianymi przeze mnie dziedzinami. Czy jestem grafikiem, czy fotografem to wszystko się miesza w środku, pewne pomysły i sposoby patrzenia narastają latami. Na pewno czystość i ład, które chciałem zawrzeć na wielu kadrach pochodzi definitywnie ze sztuki i z projektowania. Te wpływy na pewno się uwidoczniły.

Nie chciałbym się nigdy nazywać grafikiem, ani fotografem. To wszystko jest zawarte głębiej.

Jesteś... twórcą? Tak Ciebie trzeba określić?

Fajnie jest, by nie znajdować żadnych metek, bo potem ciężko się od nich oderwać. Nie chciałbym się ograniczać w żadnym kierunku; gdybym miał ochotę kiedyś zrobić coś zupełnie innego, to czemu nie? Świat się zmienia, nie można się samemu blokować.

rozmawiał Adam Jastrzębowski

  • Marcin Płonka "Topiel"
  • Pix House
  • wernisaż: 5.04, g. 18
  • wystawa czynna do 27.04
  • wstęp wolny

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019