Kultura Poznań.pl

Sztuka

opublikowano:

Codzienność na wojnie

Czy można opowiedzieć o wojnie bez choćby jednej fotografii z pola walki? Wystawa Jana Jurczaka w pix.house udowadnia, że taki pomysł może zadziałać lepiej niż tysiące żołnierzy na zdjęciach.

.
fot. Jan Jurczak

Wojna domowa w Somalii, konflikty w Sudanie, Afganistanie, nieustający konflikt izraelsko-palestyński. To tylko niektóre z trwających obecnie konfliktów, a przecież wszyscy mamy w głowie niedawne starcia w Iraku, Kosowie czy parę lat wcześniej na terenach byłej Jugosławii. Z obrazami wojennymi mamy problem. Jesteśmy nimi codziennie przytłaczani oglądając telewizję, czytając wiadomości w internecie i gazetach. Nie robią na nas wrażenia (widziane na ekranie) czołgi na ulicach, strzelające moździerze czy ukrywający się pomiędzy blokami partyzanci. Fotografie w stylu wywodzących się z Bractwa Bang Bang Grega Marinovicha i Joao Silvy już nie szokują; przechodzimy nad nimi do porządku dziennego i klikamy "dalej". Wszechobecna estetyzacja cierpienia spowodowała, że patrząc na wyniki konkursu World Press Photo niejednokrotnie myślimy: "Jaka piękna fotografia", zamiast zastanowić się nad rozgrywającym się na niej dramatem. To wszystko wymusiło wśród fotografów zmianę myślenia o sposobie pokazywania konfliktów. W ten nurt wpisuje się Jan Jurczak ze swoim projektem z Ukrainy.

Na jego fotografiach nie ujrzymy nawet linii frontu. Nie ma tam czołgów, haubic, krwawiących ran. Jest za to utrzymana w formule tzw. Nowego Dokumentu opowieść o ludziach, którzy żyją obok wojny. Chociaż częściowo są (lub byli) w nią zaangażowani, to próbują żyć dalej. Osią wystawy jest zdjęcie zniszczonego przez pocisk artyleryjski bloku w miejscowości Awdijiwka na przedmieściach Doniecka. W bloku tym na jednym z pięter powstał swoisty przytułek dla ludzi potrzebujących pomocy i bezdomnych. Dla osób, które z nie swojej winy znalazły się w takiej sytuacji oraz dla wszystkich tych, których wojna wypchnęła poza margines marginesu. Daleko za polem widzenia gazet i dziennikarzy.

W tym prowizorycznym schronieniu na całym piętrze rozlokowali się mieszkańcy, którzy próbują żyć dalej. Irina otworzyła prowizoryczne studio makijażu, Andrei wychowuje w tych fatalnych warunkach dzieci. Elena - która stworzyła to magiczne miejsce - jeden z pokojów przekształciła nawet w protestancką kaplicę z własnoręcznie skleconym krzyżem stojącym obok telewizora. Jest wojna i jest życie. Trochę nudy, trochę codzienności.

I to jest być może najważniejsze przesłanie z wystawy Jurczaka. Wojna kojarzy nam się z dramatami, zarówno wśród wojskowych jak i cywilów. A pochodzący z Krakowa fotograf na swojej wystawie ukazał to, czego nie widzimy w mediach. Ludzi, którzy próbują żyć obok wojny. W końcu i tam toczy się (a może raczej próbuje toczyć) normalne życie. Pomimo poprzerywanych od ostrzału artyleryjskiego kabli z prądem, pomimo zapór poustawianych na pustych drogach. Wojny nie ma, a jednak jest. Dobitnie pokazuje to 10-minutowe video uzupełniające ekspozycję, które jest po prostu portretem ludzi żyjących w strefie konfliktu. 10 minut ciszy, podczas których patrząc im w oczy nie znajdziemy w nich radości z życia, a tylko smutek.

Sam autor zdjęć wraz z Miesiącem Fotografii w Krakowie i galerią pix.house zdecydowali się nie produkować wystawy fotograficznej, a gazetę. Na ścianach łazarskiej galerii widzimy zatem poprzypinane gazetowe strony z fotografiami. A każdy z nas taki egzemplarz gazety może nabyć i wspomóc tym zbiórkę pomocową, którą Jurczak organizuje na rzecz centrum pomocy w Awdijiwce. Gazety dostępne będą w sprzedaży również po zamknięciu ekspozycji.

Wystawa Jana Jurczaka pokazuje w dobitny sposób, że wojna dotyka wszystkich. Nie tylko tych walczących z karabinem na froncie, ale również cywilów, których wojna zastała i zmieniła ich życie. Life goes on.

Adam Jastrzębowski

  • Jan Jurczak Life goes on
  • pix.house
  • wernisaż 3.06
  • wystawa czynna do 7.06

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019