Kultura Poznań.pl

Varia

opublikowano:

Tango, czyli zatracenie

- Co w tangu jest najważniejsze? Porozumienie w parze, wspólne przeżywanie chwili - mówi Halina Szulc, jedna z najbardziej doświadczonych poznańskich tangueros. Szacuje się, że nad Wartą tango tańczy około dwustu osób, znacznie więcej się uczy. Kto i dlaczego zakochał się w tangu?

.
fot. K. Fabiański

Najpierw musisz spojrzeć na mężczyznę i w jego wzroku odczytać, czy chce cię zaprosić do tańca. Jeśli tak - lekko skiniesz głową albo porozumiewawczo się uśmiechniesz i ruszycie ku sobie. Spotkacie się mniej więcej w połowie drogi, swoją prawą dłoń położysz na jego lewej, lewą na plecach lub szyi, on przyciągnie cię do siebie, być może swoją głową przytulisz się do jego, a po chwili dołączycie do innych par sunących po kręgu w rytmie na cztery, w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Przez jedną tandę, czyli trzy lub cztery tanga, będziecie opowiadać historię. Historię? Tak, historię. Bo tango to opowieść - opowieść o życiu. Jedna jedyna podporządkowana chwili. I muzyce. I partnerowi. Wszystko dzieje się tu i teraz, w ciągu kilkunastu minut. W tym czasie możecie przeżyć wielką miłość, a chwilę później wielkie rozstanie - całe życie. I nigdy więcej już się nie spotkać. Chociaż, może... kto wie? - może za parę lat tango znowu was połączy, ale w innej przestrzeni, przy innej muzyce, a wtedy - choćbyście wrócili do starej historii - ułoży się ona zupełnie inaczej. Nie tylko dlatego, że upłynął jakiś czas: tango dopasowuje się do nastroju - raz zalewa nas łzami, innym razem śmiechem; ale po prostu będziecie innymi ludźmi, bogatszymi o kolejne doświadczenia, w innym punkcie swojej drogi. Tylko jedno pozostanie bez zmian, bo jedynie nieznajomemu lub nieznajomej można opowiedzieć o wszystkim, szczerze - wiesz, że wszystko po kwadransie odpłynie w niepamięć.

Ileż intryg, ileż romansów zaczęło się na parkiecie, kiedy śpiewał na przykład Carlos Gardel. A śpiewał upojnie, lirycznie. Nawet tango o głowie konia (Por una cabeza) brzmiało w jego wykonaniu jak najczulsze wyznanie miłości.

Tango, czyli odpływam

Halina i Józef Szulcowie to jedni z tangueros o najdłuższym stażu tanecznym w Poznaniu, współzałożyciele Fundacji Wspierającej Kulturę Tanga Argentyńskiego "Salida". Fundację założyli - jak mówią - aby coś robić dla tanga nad Wartą i kultury z nim związanej. Chcą wspierać wszelkie działania związane z tym tańcem, propagować jego ideę.

Halina: - Swoją przygodę z tangiem rozpoczęłam 15 lat temu, ale tańczę je od 10-11 lat. Wcześniej to była wyłącznie nauka kroków, poznawanie techniki, raczkowanie. Przedtem chodziliśmy z mężem do szkoły Michała Zduna na taniec towarzyski i u niego też, jesienią 2002 roku, zaczęliśmy uczyć się tanga. Początki były trudne: zaledwie jedna godzina tygodniowo, nie było praktisów, nie było milong, nie było gdzie ćwiczyć... Dziś tango jest dla mnie relaksem, radością, sposobem przeżywania i interpretowania muzyki. A milonga to odskocznia od codzienności, spotkanie towarzyskie, sposób na miłe spędzenie czasu, powiązane z aktywnością ruchową, miejsce, w którym poznaje się nowych ludzi... I za każdym razem jest czymś innym. Jeśli nie tańczę, słucham muzyki i przyglądam się tangueros. Lubię obserwować ich emocje... Co w tangu jest najważniejsze? Porozumienie w parze, wspólne przeżywanie chwili.

Józef: - Kiedy tańczę, to "odpływam", wsłuchuję się w muzykę, przygarniam partnerkę i nic więcej w tym czasie nie istnieje. Każde tango jest inne, nawet tańczone do tego samego utworu. Interpretacja muzyki zależy od mojego nastroju, partnerki, atmosfery miejsca. Tango salon - spokojne, stateczne, wyważone, może nawet trochę wytworne. Milonga to  szybka, zwariowana, wspaniała zabawa, a vals... Uwielbiam tańczyć tango-walca: wirowanie, przyspieszenia i ta harmonia w parze! Tango jest wspaniałym zatraceniem. Niestety, po tandzie nastaje cortina i wracamy do rzeczywistości.

Tango, czyli wolność

Skąd przyszło? Przypłynęło do Urugwaju i Argentyny wraz z imigrantami, marynarzami, niewolnikami, wymieszało wszystkie wpływy: afrykańskie bębny (candombe), salonowe walce, hiszpański ogień (habanera, flamenco). Najpierw było męskie, czasem nawet z ostrogami przypiętymi do butów, gdy tańczyli kowboje - niebezpieczne więc w sposób dosłowny, potem pojawiły się kobiety - prostytutki i dziewczyny ze społecznych nizin, chcące się bawić, zapomnieć o niewesołym losie. Tango tańczono pod rozgwieżdżonym niebem albo w tonących w półmroku portowych spelunkach. Było wyzywające, mocne, stawiało blisko siebie kobietę i mężczyznę. Tak blisko jak żaden taniec nigdy wcześniej. Uruchamiało wyobraźnię, podsycało pragnienia, obiecywało emocje inne od tych, jakich doświadczało się na co dzień. Dawało poczucie wolności. Nie miało schematu, było czystą improwizacją. W tangu każdy stawał się artystą - żadnego tanga nie dało się zatańczyć dwa razy tak samo.

Jego początek datuje się na rok 1880, choć potrzebowało około 20 lat, by wykształcić styl, który dziś nazywa się tangiem argentyńskim. Z Montevideo i Buenos Aires trafiło do Stanów Zjednoczonych, a około 1907 roku do Europy, przez Marsylię. W Paryżu stworzyło swoją specyficzną odmianę - tango apaszowskie, ale najważniejszy dla jego rozwoju był podbój arystokratycznych salonów. Pojawiło się tu jako nowinka zza Wielkiej Wody, wraz z młodymi paniczami z argentyńskich latyfundiów, którzy przybyli odwiedzić Stary Kontynent, ojczyznę swych ojców, nabrać światowego obycia, zdobyć wykształcenie. A że Paryż był stolicą wszelakiej mody i zmieniał obyczaje, wkrótce tango przestało być tańcem źle widzianym w tzw. wyższych sferach, choć jeszcze długo nazywano je "nieprzyzwoitym".

Kiedy mówi się o tangu, jedno nazwisko trzeba koniecznie wymienić: Carlos Gardel - to od niego, od Mi noche triste w 1917 roku, zaczęła się era tanga śpiewanego. Najpierw wyłącznie się go słuchało, potem - powrócono do tańczenia. W 1946 roku pojawił się Astor Piazzola, kolejna wielka postać tej muzyki. To, co zaproponował, było tak inne, że z czasem zyskało nazwę "tango nuevo".

Do połowy lat 50. tango kwitło; był to czas wielkich orkiestr.

Później polityka zepchnęła je do podziemia, w latach 60. przegrało z jazzem, w następnych - z popem i rockiem,  potem znowu polityka (zamach stanu w 1976 r.) zagarnęła życie: zakazane były spotkania, także taneczne. Starzy mistrzowie nie pozwolili jednak zapomnieć o tangu; w tajemnicy uczyli kroków i figur, wyciągali ze strychów bandoneony, grali. Dla jego odrodzenia ważną rolę odegrało, pojawiające się chwilę później, tango estradowe, bo to

właśnie zachwyt nad nim sprawił, że jak grzyby po deszczu zaczęły znowu wyrastać szkoły i milongi.

Od ponad 20 lat tango przeżywa na świecie prawdziwy renesans - mnożą się miejsca, gdzie można je tańczyć, potężnieje środowisko, powstają festiwale, organizuje się maratony, kwitnie tango-turystyka.

Tango, czyli teatr

W Polsce tango pojawiło się w 1913 roku (zapis w pamiętniku Ludwika Sempolińskiego) podczas premiery węgierskiej operetki Victora Jacobiego Targ na dziewczęta w warszawskim Teatrze Nowości. To właśnie wtedy Lucyna Messal i Józef Redo po raz pierwszy publicznie zatańczyli tango. Ale nie od razu podbiło serca. Na swój czas musiało poczekać jeszcze 12 lat. Hanka Ordonówna w 1925 roku zaśpiewała Nie dziś, to jutro i od tego momentu wszyscy chcieli śpiewać i tańczyć tanga. "Złoty okres" w Polsce trwał do wojny. Tanga pisali Jerzy Petersburski, Andrzej Włast, Marian Hemar, Julian Tuwim, Jerzy Jurandot. Do dziś potrafimy zanucić tamtejsze Chryzantemy złociste, Tango milongę, To ostatnia niedziela...

Brunon Waligóra, poznański tanguero: - Moim pierwszym nauczycielem tanga był Michał Zdun. Wcześniej uczyłem się u niego turniejowego tańca towarzyskiego, ale od 1999 roku sugerowałem mu, że dobrze by było, gdyby wprowadził zajęcia z tanga argentino. Ruszył z tym dwa lata później. Mniej więcej w tym samym czasie kursy tanga rozpoczął również Grzegorz Kałmuczak. I oni obaj byli pierwsi w Poznaniu. W 2002 roku, dzięki Grzegorzowi, pojawiły się milongi w lokalu - spotykaliśmy się w Charyzmie... Tango jest emocjonalne. Kroki, technika po jakimś czasie schodzą na plan drugi; wrażenie lotu, płynięcia, unoszenia się nad parkietem - to staje się najważniejsze. Tango jest też teatrem, sztuką. Nie wystarczy go zatańczyć! Żeby to zrozumieć, trzeba kilku-kilkunastu lat. Nie jest tak, że po roku się tańczy. Nie, tak się nie da... Bo emocje uwolnią się dopiero wtedy, kiedy przestaniemy myśleć o technice [...]

Anna Kochnowicz-Kann

cały tekst jest dostępny w styczniowym numerze miesięcznika "IKS"