Kultura Poznań.pl

Teatr

opublikowano:

ROZMOWY W GARDEROBIE. Teatr dla dzieci wymaga młodości

- Szkoła teatralna była ucieczką przed wojskiem: usiadłem nad informatorem dla maturzystów i skreślałem wszystko, do czego się nie nadawałem. Wyszło, że mogę myśleć tylko o Wydziale Lalkarskim - opowiada Lech Chojnacki*, aktor Teatru Animacji, reżyser.

.
Lech Chojnacki w spektaklu "Ribidi rabidi knoll" (fot. archiwum Teatru Animacji)

Nadal jesteś zakochany w Chorwacji?

Od lat, niemal co roku, spędzamy tam urlop - pod namiotem, po harcersku, bo tak lubimy, chyba więc to miłość?

Wakacje na łonie natury, ale i mieszkacie poza miastem.

Wiele lat temu, podczas karnawału, losowaliśmy orzechy, w których były wróżby, w swoim znaleźliśmy karteczkę z narysowanym małym domkiem, wielkim drzewem i płotem. Żona powiedziała wtedy, że o takim marzy. Jakiś czas później dla tych marzeń wynieśliśmy się na wieś, do takiego domku jak z obrazka.

Daleko macie teraz do pracy.                                                                              

Niby dwa razy dalej niż z Koziegłów, gdzie mieszkaliśmy wcześniej, ale do centrum dojeżdżamy dwa razy szybciej.

Praca... Teatr Animacji.

Dopiero od 1989 roku.

Ciekawa historia: chłopak po Technikum Górniczym, elektromonter, wybiera najpierw polonistykę, a potem szkołę teatralną.

Technikum pojawiło się z rozsądku. W domu nie było bogato: mama sama, ja najmłodszy z pięciorga rodzeństwa, a szkoła dawała umundurowanie, stypendium, zawód; po niej mogłem zacząć samodzielne życie - nie było wątpliwości, co wybrać. Na polonistykę zdawałem, bo źle oceniłem swoje możliwości, bazując na opinii nauczycielki i ocenach za wypracowania. Nie dostałem się - pracę napisałem dość dobrze, miałem jednak duże braki z historii. A szkoła teatralna była ucieczką przed wojskiem: usiadłem nad informatorem dla maturzystów i skreślałem wszystko, do czego się nie nadawałem. Wyszło, że mogę myśleć tylko o Wydziale Lalkarskim. Przed egzaminami jeździłem na konsultacje i - ku własnemu zaskoczeniu - zdałem z drugą lokatą. Zostałem przyjęty.

Ale lalki?

Fascynował mnie Jan Wilkowski, miałem w pamięci jego telewizyjne spektakle. To on otworzył przede mną ten świat. Chyba wydawało mi się też, że skutecznie schowam się za lalkami.

...?

Przez wiele lat nosiłem w sobie traumę nieudanego występu z podstawówki, kiedy na święcie górniczym trzy razy zaczynałem pierwszą zwrotkę wiersza, bo nie potrafiłem sobie przypomnieć kolejnej. Mocno mnie to zablokowało.

I dlatego wybrałeś takie studia? Ciekawe...

Wybrałem to, gdzie - jak sądziłem - miałem choćby minimalne szanse. Dość bezczelnie zwróciłem się o pomoc do dziekana Wydziału, korzystając z pośrednictwa jego brata, Ignacego Wilkowskiego, który był mężem przyjaciółki mojej mamy. Poprosiłem o podpowiedź, co wybrać na egzamin. O dziwo, odpisał i zaproponował Muminki. Nie spodobały mi się, wybrałem co innego.

I jak Ci było w Białymstoku?

To był najcudowniejszy okres w moim życiu, jeśli chodzi o naukę. Wspaniali ludzie, niesamowita atmosfera. Całe dnie spędzało się w szkole, nawet w niej sypiając na fotelach w korytarzu. Otrzymałem stypendium, radziłem sobie. A potem dużą grupą z roku, w czym - jak sądzę - pomógł nam dziekan Wilkowski, znaleźliśmy się w szczecińskiej Pleciudze. Przez jakiś czas mogliśmy robić to, na czym nam zależało. Z Wilkowskim i Głuszczakiem przygotowaliśmy Spowiedź w drewnie i Żywoty świętych, ze Śmigasiewiczem Pułapkę pana Andersena.

Ale sielanka wkrótce się skończyła?

Nas interesował nie tylko teatr dla dzieci, ale i dla dorosłych, a to nie za bardzo mieściło się w wizji dyrektora.

I co? Podziękował Wam?

Nie musiał. Do Szczecina przyjechał Janusz Ryl-Krystianowski, by zrealizować Jasia i Małgosię, który okazał się hitem na spotkaniach teatrów w Białymstoku. Pracowało nam się świetnie. Po premierze, razem z Krzysztofem Dutkiewiczem, zapytaliśmy, czy by nas nie wziął do swojego Teatru Animacji. Zostaliśmy w Pleciudze jeszcze sezon, a w tym czasie Ryl wszystko przygotował dla nas w Jeleniej Górze, łącznie z mieszkaniami. I tak w 1986 roku znalazłem się na drugim krańcu Polski.

I znowu było dobrze?

Fantastycznie! Dla Ryla nie było nic ważniejszego niż zespół, co przekładało się na superspektakle, chociażby Pierścień i różę, O chłopie, co wszystkich zwodził, Koziołka Matołka. Były festiwale, nagrody, wyjazdy za granicę, także do Japonii.

Trzy lata później całą grupą, razem z dyrektorem, przenieśliście się do Poznania.

I znowu było świetnie. Powstało wiele naprawdę dobrych spektakli, którymi można się chwalić, np. Bulwar czarownic, Ribidi, rabidi, knoll, Bajka o księciu Pipo, Ja, Feuerbach, Gimpel głupek, Ubu król...

Kim jest aktor lalkarz? Czarodziejem? Psychologiem?

Psychologiem raczej nie. Czarodziejem może być, jeśli potrafi tym, co robi, zachwycić, zadziwić, zauroczyć. Siłą tego teatru jest forma, plastyka, ożywianie materii...

Jak długo można wykonywać ten zawód?

Aż nie pomyślisz, że powinnaś zejść ze sceny. To indywidualne odczucie. Moim zdaniem teatr dla dzieci wymaga młodości. I ogromnej sprawności, bo wszystko dziś jest bardzo dynamiczne.

W międzyczasie zostałeś reżyserem.

Trochę przez przypadek. W 1990 roku Ryl miał realizować po raz kolejny swojego Jasia i Małgosię, tym razem w Lublinie. Chyba nie za bardzo mu się chciało tam jechać, bo poprosił, żebym go zastąpił; zaproponował, że zrobi ewentualnie korekty, ale nie były potrzebne. Wszystko poszło na tyle dobrze, że wkrótce zaproponował, abym wymyślił spektakl świąteczny. I wtedy powstała Kolęda, kolęda, grana przez kilka sezonów. Tak to się zaczęło. A potem, po kilku latach, Basia Gąsiorowska, kierowniczka pracowni plastycznej, zaczęła mi wiercić dziurę w brzuchu, żebym zrobił dyplom. Długo się opierałem, ale w końcu, właściwie dla "świętego spokoju", podszedłem do egzaminów. Zdawałem razem z Pawłem Szkotakiem.

Dawno nic nie oglądałam w Twojej reżyserii.

No tak... Minęły już trzy lata od spektaklu Amelka, bóbr i król na dachu, robionego przeze mnie w Katowicach. Czasy się zmieniają, my się zmieniamy. Teraz koordynuję pracę artystyczną, zajmuję się edukacją teatralną i Szkołą Konstruktorów Lalkowych. Cieszy mnie też moje "nowe dziecko": PUNCH - komputerowy Program Ustawicznie Niwelujący Chaos, który powstał we współpracy z Adamem Mateckim. Ale chyba w przyszłym sezonie znowu poreżyseruję. W Bratysławie.

Najdłużej mieszkasz w Poznaniu.

Do 1989 roku rodzina podążała za mną. Kiedy znaleźliśmy się tutaj, dzieci akurat poszły do szkoły. Uznałem, że nie mogę ciągle zmieniać im środowiska. Praca żony też była ważna. Postanowiłem, że to koniec wędrówek.

Lubisz to miasto?

Lubię w nim piękne miejsca, lubię ludzi, zwłaszcza młodzież. Przez 11 lat współprowadziłem w I LO Teatr Nadir. Fantastyczna przygoda. Teraz czekam na kolejne.

rozmawiała Anna Kochnowicz-Kann

*Lech Chojnacki - ur. 1957 r. w Opalenicy. Aktor i reżyser. Ukończył Technikum Górnicze w Koninie i Wydział Lalkarski warszawskiej PWST w Białymstoku. Od 1989 r. związany z Teatrem Animacji w Poznaniu.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018