Kultura Poznań.pl

Teatr

opublikowano:

ROZMOWY W GARDEROBIE. Dawanie jest lepsze

- Przez rok mieszkaliśmy w Grudziądzu. Tata grał tam w Teatrze Ziemi Pomorskiej, a ja chodziłam na wszystkie spektakle. I w tym teatrze, mając 6 lat, zagrałam swoją pierwszą rolę - Małą Mi w Lecie Muminków, zastępstwo za aktorkę, która wyjechała. Wtedy właśnie na dobre zaraziłam się teatrem - opowiada Dorota Abbe*, aktorka Teatru Nowego.

.
W spektaklu "Sztuka bez babci" w Scenie Wspólnej, fot. Maciej Zakrzewski

Jak się dorasta w domu aktorskim?

Teatr był oczywiście moim drugim domem - jednak nie z musu, tylko z miłości. Kiedy miałam cztery czy pięć lat, ojciec grał Ślepca w Antygonie, a ja go wprowadzałam na scenę. Pamiętam tamten zapach, kręte korytarze w piwnicy, które prowadziły do bufetu Teatru Nowego. Wszystko owiane było jakąś magią, tajemnicą - tym, czego w teatrze się szuka... Ale poza tym życie było zupełnie normalne. Ojciec jeździł na ryby, grał w kości, dużo czasu razem spędzaliśmy, budził się wcześniej niż mama i nagrywał ze mną rozmowy.

Nagrywał?

Tak, mam je na taśmach.

O czym były?

O codzienności. Taki pamiętnik. Zaczął to robić, kiedy powiedziałam pierwsze słowa, i kontynuował przez jakieś dziesięć lat. Byłam jego oczkiem w głowie. Urodziłam się, kiedy miał już ponad 50 lat. Niedługo potem przeszedł na emeryturę, więc mieliśmy jeszcze więcej czasu, a ja obserwowałam jego starzenie się i "wygasanie" w zawodzie...

I szybciej Pani przestała być dzieckiem.

Byłam jedynaczką, w moim świecie było dużo ludzi dorosłych.

Pamięta Pani, kiedy uświadomiła sobie, że chce pójść w ślady ojca?

We wczesnym dzieciństwie. Przez rok mieszkaliśmy w Grudziądzu. Tata grał tam w Teatrze Ziemi Pomorskiej, a ja chodziłam na wszystkie spektakle. I w tym teatrze, mając 6 lat, zagrałam swoją pierwszą rolę - Małą Mi w Lecie Muminków, zastępstwo za aktorkę, która wyjechała. Wtedy właśnie na dobre zaraziłam się teatrem.

Praca mamy pewnie też miała znaczenie?

Mama była instruktorem teatralnym. Zresztą nadal kieruje amatorskim zespołem. Wtedy prowadziła teatry dla dzieci i młodzieży, a ja uczestniczyłam w jej zajęciach; tak się przywiązałam do myśli, że będę aktorką, że nie dopuszczałam do siebie żadnej innej opcji. Nawet wtedy, kiedy nie dostałam się do szkoły teatralnej.

Ile było tych podejść?

Cztery. I nigdy nie pomyślałam, że może to nie dla mnie, wręcz przeciwnie: byłam przekonana, że nie będę szczęśliwym człowiekiem, jeśli nie zwiążę swojego życia ze sceną.

Ale skończyła Pani też i inne studia - romanistykę.

Zaczęłam ją, czekając na kolejne egzaminy wstępne do szkół aktorskich. Najpierw to było trzyletnie Collegium Języka Francuskiego w Poznaniu, a potem magisterium, które zrobiłam we Wrocławiu, kiedy zaczęłam pracować w Teatrze Współczesnym.

Na chwilę wyszła więc Pani z matecznika. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle...

Dobrze jest spojrzeć na swój świat z innej perspektywy - z perspektywy ludzi, dla których teatr nie jest najważniejszy. To odświeża.

Dzisiaj zajmuje się Pani nie tylko teatrem profesjonalnym, ale i amatorskim, przekładającym się na życie. Scheda po mamie?

Coś w tym jest! Oboje rodzice byli wrażliwi społecznie, działali charytatywnie. Towarzyszyłam im. Możliwe więc, że gdyby nie te doświadczenia z przeszłości, nie założyłabym Grupy Teatralnej Wikingowie.

Wróćmy jeszcze do lat wcześniejszych. Studiowała Pani w Łodzi, bo... chciała?

Absolutnie nie! Łódź to był ostatni wybór, nadal za nią nie przepadam. Najbardziej marzyłam o Krakowie.

I dlatego, by było bliżej, pojawiła się Bielsko-Biała?

Tam znalazłam się zaraz po studiach. Wtedy już nie myślałam o Krakowie. Potrzeba mi było rzeki, gór, powietrza - tego wszystkiego, czego brakowało mi w Łodzi. Przede wszystkim jednak chodziło o etat w teatrze.

Szybko jednak Pani stamtąd odeszła...

...dlatego, że odezwała się Krystyna Meissner z propozycją, bym zagrała w spektaklu w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu. Nie mogłam skorzystać z tego zaproszenia, bo w Bielsku zaczęłam już próby, ale napisałam do niej list, ona przyjęła moje wyjaśnienia i pół roku później miałam angaż we Współczesnym. Zaczął się wspaniały czas. Mnóstwo ról, mnóstwo grania. Meissnerowa bardzo mnie ceniła. Zagrałam role-marzenia: Julię, Balladynę, w wieku trzydziestu lat dostałam brązowy medal Gloria Artis...

Wtedy też objawiła się Pani szerszej publiczności jako aktorka śpiewająca, do tego po francusku i w jidysz.

Śpiewałam już w szkole, ale wtedy rzeczywiście wystąpiłam ze swoim recitalem.

Kiedy dowiedziała się Pani o swoich żydowskich korzeniach?

Jako jedenastolatka. Także o tym, że z rodziny taty jedynie on przeżył Holokaust. Nie lubił o tym rozmawiać. Ta przeszłość na pewno wpłynęła na moje spojrzenie na świat, uwrażliwienie na sprawy społeczne, zwłaszcza kwestie tolerancji.

We Wrocławiu było dobrze, dlaczego więc nagle przeniosła się Pani do Warszawy, i to nie mając pracy?

Może to te moje korzenie? Podobno zawsze trzymamy kapelusz w pogotowiu, gotowi ruszać w drogę... Nie lubię siedzieć w jednym miejscu za długo, ale wtedy i w teatrze zaczęły się zmiany, odchodzili ludzie, z którymi byłam związana. Poza tym mój mąż dostał propozycję z Warszawy... Nie robiłam sobie wielkich nadziei na karierę tam, myślałam jednak, że jakąś pracę znajdę. Ale urodziłam córkę, sprawy zawodowe zeszły na drugi plan. Jednak to był twórczy czas - wiele rzeczy przemyślałam.

I stąd wziął się Poznań?

Teatr Nowy akurat objął Piotr Kruszczyński. Znaliśmy się z czasów, kiedy żadne z nas nie pracowało jeszcze w teatrze zawodowym, we Wrocławiu grałam w dwóch jego spektaklach. Porozmawialiśmy i jakiś czas później zamieszkałam na Łazarzu.

Nazwisko Abbe wróciło na afisz Nowego...

Zachowałam nazwisko po ojcu - chciałam, żeby przetrwało.

Coś jednak się zmieniło: coraz częściej Pani reżyseruje.

Rzeczywiście, ciągnie mnie w tamtą stronę.

Wymaga to odwagi.

Raczej dojrzałości. To moje myślenie o reżyserii zaczęło się właśnie w okresie warszawskim. Wtedy musiałam sobie odpowiedzieć na pytanie, co tak właściwie chciałabym robić. Kiedy znalazłam się w Poznaniu, znowu byłam aktorką, ale tamta myśl mnie nie opuszczała, czekała na odpowiedni moment...

I byli to Wikingowie z Ośrodka dla Bezdomnych?

Tak, a co ciekawe, pojawili się w moim życiu dzięki mamie, bo to ona poleciła mnie jako konsultantkę.

To teatr czy arteterapia?

Nie jestem terapeutką. Zmiany, jakie dokonują się w życiu członków zespołu, są wtórne w stosunku do naszej pracy. Korzystam z ich historii, z ich osobowości, bo one stanowią bazę dla spektaklu. Faktem jest, że teatr pomógł im się otworzyć, odnaleźli przyjaciół. A co najważniejsze - i co sami podkreślają - po raz pierwszy poczuli, że dają coś innym, że są potrzebni.

A co Pani ma z tej pracy?

Chyba to samo: przekonanie, że dawanie jest lepsze niż branie. Ten teatr wychodzi poza scenę. To dla mnie ważne. Jest w nim prawda, która boli.

Jak się stamtąd wraca do dramatu, literatury?

Z większym dystansem. I większą siłą.

rozmawiała Anna Kochnowicz-Kann

*Dorota Abbe - ur. 1973 r. w Poznaniu. W 1999 r. ukończyła Wydział Aktorski PWSFTviT w Łodzi. Od 2011 r. związana z Teatrem Nowym w Poznaniu. W 2003 r. otrzymała medal Gloria Artis "Zasłużony Kulturze", w 2015 r. - Srebrną Maskę za rolę Mutti w "Obwodzie głowy" w reż. Zbigniewa Brzozy.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019