Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

Szkoda tej muzyki

- Wolę robić spektakle w zamkniętej przestrzeni, w sali, gdzie można zastosować subtelniejsze środki wyrazu. Wiesz, cisza również może zagrać - mówi Arnold Dąbrowski*, który w Teatrze Ósmego Dnia zagra koncert bazujący na jego muzyce teatralnej.

.
Targanescu - od lewej: Arnold Dąbrowski, Katarzyna Klebba, Paweł Paluch. Fot. archiwum prywatne

Jak doszło do nawiązania współpracy z Ósemkami?

W 1992 roku szukali kogoś nowego do tworzenia muzyki. Przede mną byli Lech Jankowski i Lidia Zielińska. Pierwszy spektakl, do którego zrobiłem muzykę to było Requiem do teksów Anny Achmatowej. Piosenki, które skomponowałem, śpiewała Ewa Wójciak. Chyba się dobrze poczuła z tymi pieśniami.

A później?

Potem był Sabat - duża forma w plenerze. Wymagała ode mnie zupełnie innego języka muzycznego. W spektaklach ulicznych środki wyrazowe muszą być dopasowane do tego, że wokół panuje hałas, jest szum, zgiełk. To musi być zazwyczaj dość głośna muzyka.

Współpracował pan też z typowymi teatrami repertuarowymi. Czym na ich tle wyróżnia się Teatr Ósmego Dnia?

Teatr Ósmego Dnia jest czymś specyficznym na naszej polskiej scenie. Wziął się z ruchu studenckiego, prospołecznego. To teatr autorski - spektakle są ich, w całości przez nich wymyślone. Reprezentują też zupełnie inny rodzaj zaangażowania, ich spektaklom zawsze przyświeca jakaś idea - ważna dla aktorów sprawa.

A jak wyglądała przez te lata współpraca z nimi?

No cóż, mieli zwykle już dość konkretne wizje co do muzyki - przede wszystkim na temat tego, jaki wyraz emocjonalny ma mieć dana scena. Trzeba się było dopasować, ale nie przesadzajmy - to wszystko było i do zgrania, i do zrobienia bez problemu. Jednak jeden element był zawsze niewiadomą do samego końca...

Co takiego?

Mam na myśli długość utworów. Praca nad spektaklem zespołu jest nieprzewidywalna - to wypracowywanie formy na drodze poszukiwań, improwizacji. Czasami tuż przed premierą okazywało się, że sceny zmieniały swoją długość. Formy muzyczne bazujące na motywach powtarzalnych nie sprawiały tutaj trudności. Gorzej, jeśli muzyka miała formę zamkniętą, czyli upraszczając: wstęp, rozwinięcie, zakończenie. Tu słabo sprawdzało się rozciąganie czy radykalne przycinanie delikatnej faktury - tracił na tym przebieg dramaturgiczny muzyki, czyli mój kompozytorski zamysł. Miałem zakomponowany utwór, który trwał dziesięć minut. I nagle okazywało się, że scena będzie trwała raptem trzy minuty. Po prostu szkoda było tej muzyki, która nie weszła, a się ją wymyśliło.

Jak pan nagrywa muzykę?

Głównie robię ją na instrumentach elektronicznych i komputerze. Jeżeli jest potrzeba, to sięgam po instrumenty akustyczne. Obecnie są już świetnie brzmiące instrumenty komputerowe, do złudzenia przypominające prawdziwe.

Najbardziej pamiętne przedstawienie z Ósemek?

Największym sentymentem darzę właśnie Requiem. Generalnie lubię piosenki, a tu były genialne teksty. Wyszły więc niezłe pieśni, a Ewa Wójciak fajnie je zaśpiewała. Druga rzecz, którą sobie cenię to Arka z 1996 roku. Wszystkie tematy muzyczne, które udało mi się tam stworzyć, w pełni mnie satysfakcjonują. Każda scena, każdy utwór z tego spektaklu, ma swój własny indywidualny wyraz, a mimo to utwory ładnie komponują się w całość. Scena finałowa - moment, gdy statek zostaje uskrzydlony - jest po prostu przepiękna. Lubię ten spektakl.

Jaki materiał przygotował pan na koncert w Ósemkach?

Koncert będzie inspirowany muzyką ze wszystkich naszych wspólnych spektakli. Pojawią się więc moje ulubione utwory w nowych aranżacjach. Będzie to jednak tylko punkt wyjścia do zabrania słuchaczy w podróż w dalsze rejony - ze sporą ilością muzyki improwizowanej. Niewątpliwie nasz przyjaciel z Francji - Antonin Leymarie, który będzie grać na perkusji, wniesie dużo swojego autonomicznego świata muzycznego. To będzie podróż stricte muzyczna - poza scenografią Izabeli Rudzkiej i Jacka Chmaja elementów teatralnych będzie mało. Zapraszamy więc wszystkich - nawet tych, którzy nigdy nie byli na żadnym spektaklu Ósemek. Z okazji przyjazdu Antonina szkoda nam było zagrać tylko jeden koncert. Wymyśliliśmy więc, że wystąpimy również w Atelier Wimar Łazęgi Poznańskiej. Tam zagramy swoją autorską muzykę, improwizacje i kilka piosenek. Ten repertuar nadal się jeszcze tworzy. Pojawi się też słowo mówione, więc będzie to miało trochę formę słuchowiska.

Pan niegdyś tworzył przecież muzykę do słuchowisk.

W Radiu Merkury popełniłem w latach 90-tych ze trzy słuchowiska z Waldemarem Modestowiczem, wspaniałym reżyserem radiowym i teatralnym. Najpierw zrobiliśmy Biesiadę u hrabiny Kotłubaj, później Na imię mam Marina i Lustro. Pracowaliśmy głównie z poznańskimi aktorami Teatru Polskiego.

To były takie klasyczne słuchowiska radiowe, z "kuchnią" akustyczną?

To jest zawsze kwestia decyzji reżysera - tego, jak on to widzi. Akurat Waldek chciał zrobić to klasycznie. Przy Biesiadzie... w studiu stał prawdziwy stół z talerzami, kubkami i sztućcami. Aktorzy siedzieli przy nim i hałasowali jedzeniem na żywo. Nagraliśmy wówczas fragment połamanego walca: wyobraź sobie biesiadę kanibali i muzykę tak słodką, że aż mdli. Chciałbym zaznaczyć że to pierwsze słuchowisko zrobiliśmy jeszcze jako grupa Reportaż. To był zespół Andrzeja Karpińskiego i Piotra Łakomego - przedsięwzięcie jak na tamte czasy mocno awangardowe, poszukujące.

Komponował pan też muzykę do produkcji Telewizyjnego Studia Filmów Animowanych w Poznaniu. Na przykład do Mondriana z kultowego cyklu Impresje...

Mondrian był pierwszym filmem, który zrobiłem ze wspaniałym poznańskim reżyserem Jackiem Kasprzyckim. Miałem nagrany ten film na zwykłej taśmie wideo. Robiłem muzykę na elektronicznych instrumentach, bo posiadałem już wtedy jakiś komputer, ale obraz oglądałem na zwykłym odtwarzaczu. Było trudno - pracowało się jakby w ciemno, po omacku, bez synchronu.

Jak pan poznał szefową studia Ewę Sobolewską?

Byłem wtedy jeszcze młodym adeptem muzyki, a oni szukali kompozytora i usłyszeli o mnie od kompozytora Lecha Jankowskiego. Przy pierwszym filmie, który zrobiliśmy trochę zdziwiło mnie to, że sprzęt jaki mieli był aż tak archaiczny. Pracowaliśmy analogowo. Ja muzykę nagrywałem na nośniku cyfrowym, ale żeby ją zgrać jeździliśmy do Łodzi do legendarnego wówczas Studia Filmów Animowanych: Se-Ma-For. Często do tych filmów były potrzebne efekty naturalne.

Jak pan je robił?

Obecnie, gdy robię muzykę do filmu, to sam zajmuję się również ścieżką z efektami dźwiękowymi. W tamtych czasach wszystko podkładało się na żywo. Miałem wówczas szczęście zobaczyć przy pracy Wiesława Nowaka - mistrza nad mistrzami, który podkładał nam efekty dźwiękowe. Mówił: "puśćcie mi tę scenę", oglądał i rzucał: "dobra, nagrywamy". Zanurzał się w swoim pokoiku w którym miał najróżniejsze rupiecie i dawał hasło: "no, to jedziemy", a my widzieliśmy magię kina. Na obrazie wszystko było idealnie: łyżeczka cyk, talerzyk pyk. Wszystko trafione, żadnych dubli.

rozmawiał Marek S. Bochniarz

*Arnold Dąbrowski - pianista, kameralista, pedagog, kompozytor, autor muzyki do spektakli teatralnych, filmów animowanych, dokumentalnych, słuchowisk radiowych. Członek grup zajmujących się muzyką współczesną: Heppening, Reportaż, Pi Ensamble, Kultikula i Targanescu. Wokalista i poeta.

  • koncert Targanescu i Przyjaciel Muzyka na koniec świata i inne wesołe piosenki
  • 19.11, g. 20, Atelier Wimar, wstęp wolny
  • koncert muzyki teatralnej Arnolda Dąbrowskiego Kręcąc ziemiąstopami
  • 21.11, g. 19, Teatr Ósmego Dnia, bilety: 20 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019