Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

SPRING BREAK. Zrobiłem notatki, żeby nie mieć dylematów

Rozmowa z Michałem Pełechatym, gitarzystą poznańskiego zespołu Deer Daniel, który w sobotę wystąpił na festiwalu Spring Break.

.
Michał Pełechaty, fot. archiwum prywatne

Jak wypada Spring Break w porównaniu z innymi festiwalami tego typu?

Sam jestem na Springu drugi raz, pierwszy raz jako artysta. Mieliśmy okazję grać już na Iceland Airwaves, który ma podobną formułę, czyli właśnie zespoły z Islandii i krajów nordyckich grają w różnych miejscach. Z tą różnicą, że nie tylko w klubach, jak tutaj, ale i w innych, mniej oczywistych miejscach, jak lokale z jedzeniem czy sklepy odzieżowe. Niestety, nie na zewnątrz, bo listopad na Islandii temu po prostu nie sprzyja. Jest tam taka słynna sieć hot-dogów, jeden z koncertów odbył się nawet w takiej budce. Na tle innych polskich festiwali, takich jak Opener czy Off, Spring Break jest wyjątkowy, bo jest typowo miejski. Po pierwsze przyjeżdża dużo zespołów, w tym roku ponad 140, po drugie mieszają się gatunki - od muzyki popowej, aż po metal i nawet jeden zespół postpunkowy, który bardzo mi się podoba. Wszystkie z nich przesłuchałem wcześniej, w trzy wieczory na raty. Zrobiłem nawet notatki, żeby nie mieć dylematów, kiedy będzie trzeba wybierać między dwoma czy trzema zespołami.

Mocną stroną tego festiwalu jest to, że w tej mnogości każdy znajdzie coś dla siebie, a miejsca festiwalowe są na tyle blisko położone od siebie, że można się między nimi swobodnie poruszać. I - co najważniejsze - każdy zespół może pokazać to, co ma najlepszego.

No właśnie - czy pół godziny na scenie to nie za mało? Ledwo się rozgrzejecie, a już musicie kończyć...

To pomocne  o tyle, że trzeba pokazać tylko najlepszą stronę zespołu, nie ma tak zwanych filerów (zapełniaczy). To trochę oszustwo (śmiech).

Macie czas, żeby złapać kontakt z publicznością? Przecież nie ma czasu na gadanie, trzeba grać.

W czwartek festiwal otwierał m.in. koncert Małgoli, która świetnie sobie z tym poradziła. Sami niekoniecznie wolimy taką formę prezentowania się, ale na pewno równie dobrze się w niej odnajdujemy. Poza tym poza koncertami jest czas, żeby spotkać się i porozmawiać. Na przykład o muzyce z innymi zespołami, albo innymi gośćmi i delegatami, których spotyka się na mieście.

Wywiązują się z tego jakieś kooperacje na przyszłość?

Zdecydowanie. Pierwsze takie kontakty przywieźliśmy już z Islandii. W Poznaniu nie mieliśmy czasu przejść się na żaden panel towarzyszący koncertom, ale na pewno chcieliśmy odwiedzić ten o wydawaniu pierwszej EP-ki, bo sami jesteśmy świeżo po jej wydaniu. Mimo że nagranie było już w Internecie, fizycznie płyty pojawiły się dopiero na festiwalu.

Czyli prapremiera. Myślicie, że Spring Break to skuteczna trampolina do szerszej rozpoznawalności?

Jest kilka takich historii sukcesu. Choćby Kortez czy Coals, którzy teraz koncertują po całej Europie. Wiadomo, że przydaje się też trochę szczęścia, bo i ten czynnik ma wpływ, ale przede wszystkim trzeba pokazać się z jak najlepszej strony.

Też jesteście jednym z tych zespołów, który zaczynał nagrywać we własnej sypialni, z szafą i kanapą w tle?

Sam przyjechałem do Poznania z Wrocławia, gdzie grałem już w kilku zespołach. Z Martyną i Tosią, naszą wokalistką, znaleźliśmy się na Gumtree. Oczywiście na początku też spotykaliśmy się na próby w moim mieszkaniu. A teraz jesteśmy tutaj.

Co Twoim zdaniem, po tych czterech edycjach, można by zmienić w formule Spring Breaku?

W zeszłym roku było tak, że koncerty wielkich gwiazd nie nakładały się na koncerty mniej znanych zespołów. W tym jest inaczej. Po pierwsze istnieje ryzyko, że znane nazwiska będą wysysać publiczność, po drugie szkoda, bo w czasie kiedy my graliśmy grał też Łona&Weber, na których koncert sam chętnie bym się wybrał. Mam jednak nadzieję, że większość publiczności nastawiła się na festiwal showcase'owy i łowiła jednak te mniej popularne koncerty.

Można by też podebrać pomysł z Iceland Airwaves, gdzie zespoły nie grają jednego koncertu, ale kilka. Sami graliśmy trzy, w różnych miejscach. Daje to możliwość zobaczenia wszystkich zespołów, które chciałoby się usłyszeć. Poza tym muzycy mogą wtedy pokazać się w różnych odsłonach - w mniejszym lub większym składzie, z innym instrumentarium, akustycznie. Niekoniecznie z tym samym repertuarem, nie trzeba przecież ciągle grać tylko trzech kawałków.

Chyba, że masz tylko trzy kawałki.

Chyba, że masz tylko trzy kawałki (śmiech). Sam byłem w czwartek na koncercie ARRM, gdzie zagrali dwa numery po 12 minut i jeden 6 czy 7-minutowy.

Co trzeba zrobić, żeby dostać się na Spring Break?

W naszym wypadku było tak, że napisałem już wcześniej do organizatorów z pytaniem, kiedy ruszają oficjalne zgłoszenia i zapisy. Dopiero kiedy dostałem odpowiedź, że już wkrótce, napisałem do nich z naszej oficjalnej, zespołowej skrzynki, załączając wszystkie linki i informacje o zespole. Dostałem wtedy odpowiedź: "O, nie wiedziałem, że jesteś z Deer Daniela! Mamy Was już na oku". Pomyślałem: "Uroczo". To zawsze fajne uczucie, być kojarzonym i docenianym.

rozmawiała Anna Solak

Michał Pełechaty - gitarzysta poznańskiego zespołu Deer Daniel, grającego połączenie melodyjnego indie i folku. Zespół wywodzi się z Jeżyc. Dla szerszej publiczności debiutował na festiwalu Iceland Airwaves 2016 oraz w tegorocznej edycji Enea Spring Break.

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku, zmień ustawienia swojej przeglądarki.