Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

OFF CINEMA. Przekazać "coś", co jest w środku

- Żyjąc tyle lat w systemie PRL-owskim, rozumieliśmy dobrze, jak jest skonstruowany. Dzisiaj jest taki chaos, że zrobić film, który byłby uniwersalny jest trudno, bo sytuacja jest niestabilna i dynamiczna - mówi Marcel Łoziński, wybitny twórca dokumentów, laureat Platynowego Zamku - nagrody za całokształt twórczości - którą odebrał w sobotę, na 22. Międzynarodowym Festiwalu Filmów Dokumentalnych Off Cinema.

.
fot. CK Zamek

Co pan myśli o współczesnych, polskich dokumentach?

Póki co polski dokument ma się dobrze. Wiadomo, że u nas filmy robi się głównie za pieniądze Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej, w którym nie wszyscy eksperci są po "dobrej zmianie", więc przechodzą niezłe pomysły. Jest jednak pod tym względem coraz gorzej, bo represje są  silniejsze. Boję się, że mogłoby się stać tak, że zamiast PISF-u, filmy będzie wybierać PiS.

Zdaje się jednak, że pod względem swobody wypowiedzi mamy dziś dużo więcej wolności niż w PRL-u, kiedy powstawały pierwsze pana filmy.

To co innego, bo paradoksalnie cenzura trochę nam pomogła. Kiedy byliśmy młodzi chcieliśmy mówić wprost, jak nasi koledzy na Zachodzie, ale nie mogliśmy się dawać ponieść emocjom. Przez cenzurę szukaliśmy sposobów, by powiedzieć coś głębiej. Nie dzięki niej, ale z jej powodu. Razem z Kieślowskim i Zygadłą robiliśmy przez to dokumenty trochę inne, niż większość. Nasze filmy nie szły na ekrany, ale do szuflady. Potem okazywało się, że to, co robimy jest komuś potrzebne. Zamiast niszczyć, ministrowie postanowili je wykorzystać.

W jaki sposób?

Nasze produkcje przechodziły przez ręce komisji ocen artystycznych, która właściwie i tak była komisją ocen politycznych. Wystawiali nam stopnie jak w szkole. Ja na ogół dostawałem trzy plus, Kieślowski zresztą też. Te oceny były istotne, bo nominowały na festiwale zagraniczne. To bardzo ważne - dzięki naszym filmom władza stwarzała sobie alibi i tworzyła pozory wolności w Polsce. To był komunikat puszczany przez władzę na Zachód: "patrzcie jakie świetne filmy się u nas robi". Za granicą nie wiedzieli, że tych filmów się u nas nie pokazuje. Tak czy inaczej, mogliśmy dalej robić to, co robimy. Ten system monopartyjny czasem dawało się obejść. Teraz jest inaczej.

Gdzie widzi pan problem dzisiaj?

Rzeczywistość zrobiła się bardziej skomplikowana. Wtedy była jedna prawda uniwersalna. Mieliśmy fantastycznie rozeznaną rzeczywistość. Żyjąc tyle lat w systemie PRL-owskim, rozumieliśmy dobrze, jak jest skonstruowany. Dzisiaj jest taki chaos, że zrobić film, który byłby uniwersalny jest trudno, bo sytuacja jest niestabilna i dynamiczna. Szykuje nam się coraz gorszy kraj. Kiedyś władzy zależało na dobrej opinii świata, a teraz ten stosunek się zmienił, więc "inne filmy" przestają być potrzebne. Pod tym względem miałem lepiej, niż dzisiejsi młodzi.

Współczesny chaos i wizja gorszego kraju to nie tylko problem młodych.

Kiedy powiedziałem, że więcej politycznych filmów już nie zrobię, uzmysłowiłem sobie polityczną manipulację, pchającą człowieka do polityki, żeby zrobił karierę. Nie wytrzymałem i zrobiłem "Jak to się robi". Zwierzę polityczne jednak gdzieś we mnie zostało. Na każde zdjęcia szedłem zdenerwowany, ale czułem, że muszę to dokończyć. Każdy reżyser chciałby, żeby jego film był wieczny, zawsze aktualny, ale w przypadku tego dokumentu, wolałbym, żeby trafił do archiwum. Obawiam się jednak, że dzisiaj jest bardziej aktualny, niż gdy robiłem. Czułem wtedy, że muszę coś powiedzieć. Nie tyle muszę, ale że chcę. Przeszedłem przez różne epoki, odrobiłem lekcję polityki w latach 80.

A młodzi ją odrabiają?

Odrabiają. Życzyłbym im jednak, żeby byli empatyczni w stosunku do ludzi. Jak robiłem "Króla", traktowałem postaci nie jako jednostki ludzkie, tylko przedstawicieli systemu. Nie miałem żadnych oporów. Teraz nie odważyłbym się zrobić takiego filmu. Zdałem sobie sprawę, że przecież ci ludzie byli ofiarami tego samego systemu i ulegali pewnym opresjom. To, jacy byliśmy wynikało z konkretnej atmosfery. Ważne, żeby o tym pamiętać.

Skoro panu udawało się obejść cenzurę, to pewnie teraz też da się robić filmy odważne, niekoniecznie obraźliwe.

Teraz jest wolność słowa, ale jest cenzura finansowa. A film potrzebuje pieniędzy - bez pieniędzy nie ma filmu. Można robić amatorskie dokumenty, ale poziom jest inny. To wszystko naprawdę strasznie dużo kosztuje, a dokumenty i tak są tańsze od fabuł.

Nie ciągnęło pana nigdy do robienia filmów fabularnych?

Nie, w fabule nie dostaje się "darów od Pana Boga". Rzeczywistość ma dużo większą wyobraźnię niż ja. W dokumentach pojawiają się czasem sytuacje, których nie ośmieliłbym się zapisać, bo wydawałyby się pretensjonalne, śmieszne lub idiotyczne. Myślę, że robienie fabuły potwornie by mnie nudziło. Trzeba najpierw mieć pomysł, a potem dokładnie go napisać. Cały czas trawiłaby mnie niepewność, czy to jest dobre, czy nie. Następnie w produkcji musiałbym odtwarzać wiele razy wszystko od początku - rany boskie! Jestem też pewien, że robiąc taki film byłbym bardzo krytyczny wobec aktorów, bo czułbym że brakuje im wiarygodności. Ostatnim z powodów jest ten, że po prostu kocham dokumenty.

Pańskie filmy to często zagadkowe układanki. Tworzy pan spójne opowieści, które  zbudowane są z wycinków, detali, sugestii. To mówienie "nie wprost", potęguje wrażenie nieprzypadkowości, symbolizmu, co trochę zbliża te dokumenty do fabuły.

Z tym bywa różnie. Wspomniany film "Jak to się robi" jest jednym z tych rzadkich, w które nie ingerowałem, bo bałem się, że żywa tkanka społeczna przestałaby wtedy mówić. Nie interesuje mnie samo fotografowanie rzeczywistości. Chcę przekazać "coś", co wiem, że jest w środku. Czasem jednak to "coś" może się nie ujawniać w momencie, gdy jestem z kamerą i mikrofonem, więc "zagęszczam" wtedy rzeczywistość. Prowokuję sytuacje, które mają coś uruchomić. Tak było z listem adresowanym do Pana Boga w "Poste restante". Ta przesyłka musiała przyjść, kiedy ja tam byłem - to jasne - ale nie wpływałem na reakcje kobiet, czytających ten list. Poza tym nie wymyśliłem tego - pomył wziął się z gazety. Andrzej Wajda przynosił mi co jakiś czas różne fragmenty, które gdzieś wyczytał i mówił: "Marcel, mam dla ciebie temat. Jak nie zrobisz z tego filmu, to ja się nie znam na filmach". W tym konkretnym wycinku było napisane, że milion listów rocznie nie jest doręczanych, z czego 4-5 są adresowane do Pana Boga. Żeby zrobić ten film trzeba było mu tylko pomóc.

Ma pan swój ulubiony własny film?

"Wszystko się może przytrafić", w którym mój sześcioletni synek rozmawia w parku z ludźmi. On naprawdę był taki ciekawski, chciał dowiedzieć się, co to jest życie, na czym ono polega. Starsi ludzie bardzo chętnie mu odpowiadali. Mieli masę rzeczy do opowiedzenia, bo wiele przeżyli, a nikt się tym wcześniej nie interesował. Syn zawsze wyjaśniał oczywiście, że tata jest tam i nagrywa, ale po chwili ludzie zapominali o wszystkim i po prostu z nim rozmawiali. Nie dawałem mu żadnych podpowiedzi. Nic. To byłoby nie fair.

Z naszej rozmowy wynika, że robi pan film w odpowiedzi na własne potrzeby. Jaki będzie następny temat dokumentu?

Nie wiem. Chciałem zrobić kolejną część "Wizyty", ale ten plan nie wypalił. Nie mam teraz pomysłu na filmy, krótko mówiąc.

Nie spodziewałam się, że pan to powie.

Ja się z tym nie kryję. Nie mam pomysłów, a jak mam, to mi się wydają niedobre. Zawsze mówię swoim studentom, że filmowiec to koszmarny zawód. Opowiadam im, że stale brakuje mi pomysłów, a gdy wreszcie się jakiś urodzi, nie mam funduszy. Gdy już je mam i robimy zdjęcia wychodzi, że to wcale nie jest to, czego chciałem...

Jak szukał pan swojej poetyki? Miał pan mistrza?

Nie, żadnego mistrza. Próbowałem po prostu. Oczywiście, w szkole filmowej nauczyłem się paru rzeczy warsztatowych, ale nie miałem żadnej metody.

Co próbuje pan przekazywać ucząc w Mistrzowskiej Szkole Andrzeja Wajdy?

Pomagam tylko w tym "jak" coś pokazać. Czasem warto podsunąć koncepcję, ale nie chcę narzucać swoich pomysłów - niech młodzi próbują. Czuć kiedy ktoś ma coś do powiedzenia, a kiedy nie. Jest taka tendencja wśród młodych, żeby walić od razu jakąś metaforą. Mówię wtedy: "zacznij jak stolarz - zrób krzesło, które będzie ładne, solidne i na którym będzie można wysiedzieć 200 lat.". Dla mnie ideałem jest wyjście z poziomu parteru - jeśli coś się dobrze sfotografuje albo wyjedzie ciekawa sytuacja, wtedy podchodzi się o jeden schodek w górę i to już jest doskonała sytuacja. Może metafora gdzieś się sama urodzi, ale nie można z nią wyjść od razu. Nie używamy na zajęciach takich słów, jak "artysta", "twórczość", "sztuka", żeby nie wchodzić w te wysokie rejony. Bądźmy dobrymi rzemieślnikami. Tego się nauczymy, a potem zobaczymy.

Pasuje mi to, co pan mówi do pańskich filmów.

A więc wychodzi na to, że to prawda. Nie trzeba tego, o czym mówię tak straszliwie racjonalizować i analizować. Po prostu wychodzi się od pomysłu, szuka w rzeczywistości odbicia i dokładnie dokumentuje. Dobrze, gdy wizja zgadza się z rzeczywistością, ale różnie to wychodzi. Czasami powstaje trochę inny film, ale wiarygodny, a to dla mnie najważniejsze.

rozmawiała Julia Niedziejko

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018