Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

O pszczołach, drzewach i ludziach

- Najfajniejsze spotkania miałem w małych bibliotekach, z dziećmi, które żyją bliżej natury. Widziały to, o czym opowiadam. Dzieci żyjące w miastach często nie mają pojęcia o tym, że ziemniaki nie rosną w supermarkecie na półce - mówi rysownik Piotr Socha*, autor popularnych książek dla dzieci "Pszczoły" i "Drzewa".

.
fot. archiwum prywatne

Przyjechał pan do Poznania na Targi Książki prosto z dalekiej podróży...

Trzy dni temu przyleciałem z Tajlandii. Byłem przez trzy tygodnie w Azji, w zupełnie innym świecie. Tutaj jest szaro, bo mamy też inną porę roku. Tam jest upał i jest pełno kolorów, a ludzie są kolorowi i uśmiechnięci. W Azji zobaczymy też wszystkie nacje i kolory skóry, bo Tajlandia czy Dubaj, w którym zatrzymałem się na chwilę w drodze powrotnej, to kraje turystyczne. Z kolei w Polsce panuje monokultura. Jak jestem za granicą, to na lotniskach dość bezbłędnie rozpoznaję Polaka - dostrzegam cechy fizjonomiczne, którymi się charakteryzujemy. Korzyścią z podróżowania jest to, że nabiera się dystansu - a gdy jestem tutaj, to żyję sprawami politycznymi. Wystarczy jednak przelecieć parę tysięcy kilometrów, a to wszystko znika. Ludzie mają inne problemy, więc nabiera się dystansu do swoich własnych.

Szkicował pan coś w Tajlandii?

Nie, na wakacjach jestem turystą. Kupiłem sobie telefon z dobrym aparatem, żeby szybko "notować" zdjęcia. W Kambodży bardzo chciałem zobaczyć zespółświątyń Angkor Wat. W mojej ostatniej książce o drzewach jest ilustracja pokazująca fragment jednej z hinduistycznych świątyń pochłoniętych przez dżunglę, na której rosną drzewa.

I udało się?

Tak, wędrowałem po świątyniach przez cztery dni. Wszędzie były tłumy turystów - zwłaszcza Chińczyków w grupach po sto osób. Kiedy zatrzymywali się przy charakterystycznym miejscu, to po kolei robili sobie zdjęcia, aby być na nich sami. Ja też mam fotografię, na której stoję na tle ruin, ale za fotografem była długa kolejka osób, którzy czekali, aby zrobić sobie dokładnie takie same zdjęcie.

Czy podróż była odreagowaniem po pracy nad ostatnimi książkami?

Książkę o drzewach skończyłem w kwietniu 2018, a została wydana w maju. Przygotowywałem zagraniczne wydania, których teraz jest już chyba trzynaście. Jeździłem na spotkania autorskie i nigdy tyle nie podróżowałem, co zeszłej jesieni. Dzięki książkom zacząłem jeździć po świecie, a zawsze o tym marzyłem. Byłem parę razy w Niemczech, bo tam moje książki bardzo dobrze się sprzedają, a także w Rosji, Estonii, Szwecji, Austrii, Grecji czy Gruzji. Zaraz jadę do Wilna. Zawsze zazdrościłem ludziom, na przykład muzykom, których praca wiąże się z wyjazdami. Plastyk jest związany z miejscem. Nad pierwszą książką, o pszczołach, pracowałem dziewiętnaście miesięcy, codziennie rysując w domu przy biurku. Druga zajęła mi jeszcze więcej czasu - dwa i pół roku.

Jak poradził pan sobie z tymi spotkaniami autorskimi?

Dzieci są ciekawym, ale wymagającym rozmówcą, bo są szczere, a jak się nudzą, to nie ukrywają tego. Parę miesięcy temu miałem spotkanie w bibliotece publicznej w Jaśle. Był tam chłopiec, który siedział w pierwszym rzędzie, wiercił się i mówił co chwilę"nudzę się". Mógłbym poprosić, żeby go wyprowadzono, ale byłoby to bez sensu. Część tych spotkań to rozmowa, a potem wykonujemy jakąś pracę plastyczną- i on się ożywił w momencie, gdy zaczęliśmy pracować, bo to był człowiek czynu.

Wypracował pan charakterystyczny styl, przez co pana ilustracje są dziś bardzo rozpoznawalne.

Od dwudziestu paru lat utrzymuję się z tworzenia ilustracji - wcześniej do prasy, teraz do książek. Przez ten czas mój styl rysowania ewoluował. Kończyłem Pracownię Ilustracji Książkowej i obecnie pracuję w swoim zawodzie, ale parę lat po dyplomie robiłem niewiele ilustracji. Gdy "Gazeta Wyborcza" szukała rysowników, poszedłem na spotkanie i zaproponowano mi współpracę. W ciągu paru dni miałem zrobić ilustrację do tekstu, i w tym czasie musiałem stworzyć naprędce jakiś styl, którym ją narysuję.

I do czego pan doszedł?

Przez jakiś czas robiłem ilustracje w stylu mojego ulubionego rysownika Andrzeja Czeczota, który rysował w uproszczony sposób grubą, koślawą kreską. Jeden z kolegów nazwał mnie zrzynaczem, co mnie zabolało. Potem byłem mu jednak wdzięczny, bo zmobilizowało mnie to do tego, żeby szukać własnego stylu. Na początku robiłem rysunki dużo większe, niż były publikowane w gazecie. Robiłem je ołówkiem na dużych arkuszach papieru, stawiając tysiące kresek, przez co miały pełno detali i szczegółów. Chciałem się popisać, co to ja niby nie potrafię narysować. Stało się to moim przekleństwem, bo potem oczekiwano ode mnie właśnie takich bogatych rysunków.

I co się stało?

Zazdrościłem rysownikom, którzy robili ilustracje szybciej i prościej. Z czasem też zacząłem trochę upraszczać swój styl. Po kilkunastu latach dość radykalnie go zmieniłem. Było to dość ryzykowne, bo jak się już przyzwyczai odbiorców, że się rysuje w konkretny sposób i nagle zacznie się to robić inaczej, nie wszyscy mogą te zmiany zaakceptować. Zacząłem robić szkic na papierze, który potem skanowałem, a gotową ilustrację kończyłem już w programie graficznym. Zmieniałem styl, aby się sobą nie znudzić. To, że odłożyłem ilustracje prasowe, a zacząłem robić ilustracje do książek, też pewnie wynikło z tego, że chciałem czegoś nowego spróbować.

I jak doszło do tej zmiany?

Wydawnictwo Dwie Siostry przez długi czas namawiało mnie, żebyśmy wspólnie zrobili książkę. Wysłałem im kiedyś ilustrację przedstawiającą wymyślone przeze mnie owady, poukładane jak w atlasie zoologicznym jeden obok drugiego. Bardzo im się spodobała, ale powiedzieli, że nie wydadzą czegoś z fantastycznymi owadami, ponieważ rodzice chętniej kupują dzieciom książki edukacyjne, a nie tylko dlatego, że są ładne. Zaczęliśmy więc się zastanawiać, o czym ta książka mogłaby być. W czasie jednej z rozmów redakcyjnych wspomniałem, że mój tata jest pszczelarzem. "To zrób książkę o pszczołach". Bardzo mi się ten pomysł spodobał. Chciałem też sprawić przyjemność rodzicom, którzy przez czterdzieści lat hodowali pszczoły.

Jak pan podszedł do tego tematu?

Zacząłem dużo czytać i zobaczyłem, jak bardzo jest to ciekawe. O takim małym, niepozornym owadzie można opowiedzieć wiele fascynujących historii. Zbierałem informacje i zastanawiałem się, jak to narysować, myślałem nad formą. Robienie ilustracji prasowych i książkowych to jednak dwie bardzo różne prace - to jak pisanie esejów i kryminałów.

Jak wyglądały pana pierwsze pomysły?

Na początku myślałem o tradycyjnej opowieści: tekst z ilustracjami obok, a poza tym jakiś bohater... Pszczoły miały być trochę zantropomorfizowane - tak, jak Pszczółka Maja, i chodzić na dwóch nogach. Uznałem jednak, że będzie mnie to ograniczać, a poza tym chciałem zrobić książkę non-fiction. Musiałem więc stworzyć uproszczoną, realistyczną pszczołę. Zacząłem robić ilustracje w konwencji starego, botanicznego atlasu. To konwencja znana od setek lat. Takie atlasy powstawały, gdy podróżnicy odwiedzali dalekie krainy, rysowali rośliny i zwierzęta. Czasami robili to dość umownie i śmiesznie.

A jak powstał tekst?

Początkowo myślałem, że sam go napiszę. Chciałem nawet poprosić córkę, która miała wtedy osiemnaście lat - a moim zdaniem dobrze pisze. Ale uznałem, że może lepiej, by się skupiła na maturze. Wydawca znalazł Wojtka Grajkowskiego, który jest doktorem biologii i pisze podręczniki szkolne, przez co umie opisywać trudne zjawiska przyrodnicze prostym językiem. To sztuka wyjaśnić jak powstaje miód bez używania specjalistycznego słownictwa.

Czy po "Pszczołach" i "Drzewach" będzie trzecia część?

Wydawcy lubią takie serie. Ludzie chętnie kupują kolejne części jakiejś opowieści. Ale już naprawdę nie chcę rysować książki o mrówkach czy motylkach. Znajomi namawiali mnie na książkę na kotach, ale nie jestem kociarzem i robiłbym to "nieuczciwie". Koty są pokryte futrem, a futro w technice, którą się posługuję, jest też bardzo pracochłonne.

Teraz wypada znowu wziąć się do pracy. Rysowanie przyrody w realistyczny sposób jest bardzo czasochłonne, więc mam tego trochę dosyć. Chciałbym zrobić książkę, która opowiadałaby o ludziach.

rozmawiał Marek S. Bochniarz

*Piotr Socha - polski grafik, ilustrator, projektant. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Ilustruje książki, gry planszowe, audiobooki, tworzy logotypy. Tworzył ilustracje dla takich tytułów, jak "Gazeta Wyborcza", "Wysokie Obcasy", "Duży Format", "Polityka", "Newsweek" czy "Przekrój". W marcu był gościem Poznańskich Targów Książki.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019