Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

Nosić w sobie wiele osobowości

- To pułapka na samego siebie, bo łatwiej jest być rozpoznawalnym z czegoś jednego - mówi o swojej muzycznej twórczości Hubert Wińczyk*.

.
Hubert Wińczyk, fot. Maciej Sierpień

Spotykamy się w tłusty czwartek i właśnie jemy pączki, muszę więc spytać, jaką muzykę konsumujesz?

Niewiele konsumuję, a to czego słucham, to muzyka nie zdefiniowana gatunkowo, raczej środowiskowo. 80% jest autorstwa ludzi, których znam - widzę, że wydają coś nowego, wyświetla mi się i słucham lub wymieniamy się płytami, kasetami. Osobną działką jest muzyka w kuchni. Mam boomboxa z magnetofonem, radiem i CD. Gra muzykę do słuchania przy śniadaniu i przygotowywaniu obiadów. Jedne z lepszych kaset do gotowania to dla mnie album Andrzeja Dudka-Dürera, który gra na samodzielnie zbudowanym sitarze, "Trzy utwory w dawnym stylu" Góreckiego albo "Edena" Piotra Kurka. Z tym ostatnim jest problem - jest za krótka, a mi się podoba. Jak leci mi ta kaseta, to muszę co chwilę zmieniać stronę.

A jak pichcisz, to jest to trudne...

Oj tak! W kuchni mam cały karton kaset z lat 80-tych i 90-tych. Sporo z tego to polskie wydawnictwa typu Feniks, które bezczelnie miały napisane "wszystkie prawa zastrzeżone", a wątpię czy miały licencję. Lubię na przykład słuchać"Musica Para Las Masas" Depeche Mode, czyli hiszpańskie wydanie "Music For The Masses" czy Frankie Goes to Hollywood.

Czy Twoje dzieci uczestniczą też w twoich artystycznych eksperymentach?

Mamy z Moniką dwójkę dzieci i żyjemy tym co nas pochłania, trudno rozdzielić to co robimy od zwykłego życia rodzinnego, zresztą dla nich to chyba zwyczajne. Choć mogą kiedyś mieć dość i w pewnym momencie może się wydarzyć, tak jak w "Tangu" Mrożka, bunt konserwatywny. Albo będą z nami cały czas patrzeć w podobnym kierunku.

Muszą pewnie mierzyć się z waszymi różnymi akcjami artystycznymi i działaniami społecznymi.

Nic przed nimi nie ukrywamy. Mają 5 i 11 lat. Kika występowała z nami na demonstracjach, bo sama z siebie tego chciała, jest bardzo empatyczna i czuje problemy ludzkie i innych żywych istot. Jako małe dziecko pchała się na scenę. Trochę dla żartu ale serio zgłosiliśmy ją na scenę Hortexu Rytmy Młodych do Jarocina. Wypełniając zgłoszenie wymieniłem, że występowała z zespołem kakofoNIKT czy z Jackiem Hałasem i Barbarą Wilińską. Zabieraliśmy ją na wszystko. Wchodziła w takie sytuacje jako słuchacz, tańczyła, albo "na chama" wbiegała na scenę- na przykład w czasie występu Head Hunters. Podeszła i powiedziała: "Ja też potrafię śpiewać".

I dostała się na scenę Hortexu?

Niestety nie, ale założyliśmy jej stronę na Soundcloudzie i umieściliśmy tam jej piosenki. Teraz jest taki czas, że trochę o tym zapomniała, a trochę się tego wypiera. Puściliśmy piosenkę, którą kiedyś lubiło wiele osób - a ona się teraz tego wstydzi. Jak Monika mówi do niej "pójdziesz ze mną na demonstrację?", to nie bardzo chce. Śmiałość pięciolatki się rozmyła i zaczęła się nastoletnia nieśmiałość. Rozumiem że to taki czas. Poza tym, że jestem rodzicem, mam dużo do czynienia z dziećmi i młodzieżą w różnym wieku, podczas działań z zakresu edukacji dźwiękowej.

Mógłbyś o tym opowiedzieć?

Zaczęło się w 2009 roku, gdy zadzwoniła do mnie koleżanka ze studiów w Toruniu, Marta Karalus, i zapytała, czy poprowadziłbym zajęcia dźwiękowe dla dzieci. Sam pewnie bym na to nie wpadł. Te pierwsze warsztaty z Fundacją Fabryka UTU, to były dzieci w wieku mieszanym i nigdy nie wiedzieliśmy, na jaką sytuację trafimy. Całkiem inaczej prowadzi się zajęcia z różnymi grupami wiekowymi. Z nastolatkami bywa najtrudniej. Mają własny język między sobą, ale wszystkiego się wstydzą i mają problem z powiedzeniem czegoś do mikrofonu, strasznie obawiają się, że otoczenie ich wyśmieje.

Co robiliście na warsztatach?

Przy 40 osobach robimy to, co da się zrobić całą grupą - działamy głosem, robimy zabawy dźwiękowe, rysowanie do muzyki awangardowej. Bo im większa banda, tym trudniej zachować dyscyplinę przy nagrywaniu. Ponad dziesięcioosobowa już nie zadziała - zawsze będzie ktoś mniej zaangażowany, który stanie w piątym rzędzie i szturchnie kolegę, a ten mu odda, a to się potem nagra zamiast skrzypiącej furtki. Jedną z fajniejszych rzeczy, które robiliśmy, były podchody dźwiękowe. Ich efektem było słuchowisko nagrane przez CB radio. Była fabuła, którą tylko zainicjowałem, że część się zgubiła, a dwie pozostałe grupy musiały ją znaleźć. Resztę wymyśliły dzieci w akcji, była inwazja zombie, wampiry i wszystko co im wyobraźnia dała.

Co teraz robisz jako edukator?

Od marca będę prowadził w Kołorkingu Muzycznym na Św. Marcinie cykl trzymiesięcznych zajęć dla młodzieży. Bardzo mnie to cieszy, bo wtedy można przekazać uczestnikom coś trwałego, zwłaszcza jeżeli chodzi o obsługę software'u i będziemy mogli mieć wyraźne efekty niż tylko jednorazowe otworzenie uszu czy zabawa.

Pełnisz tu dyżury. Co to za miejsce?

Dyżury są po to, aby ktoś mógł tutaj przyjść, usiąść przy stole, fortepianie, pograć na instrumencie albo zmiksować kawałek. W myśl idei coworking space możesz do nas przyjść, aby popracować.

Jak poznałeś Roberta Gogola, z którym teraz wydałeś album "Nova Reperta"?

W 2012 roku była możliwość, by Seiji Morimoto zagrał koncert w Poznaniu. Zorganizowaliśmy wtedy z Piotrem Tkaczem cztery solowe występy w Kolektywie 1a, w tym jeden Gogola. Byłem zaskoczony jego podejściem. Używał ciężkiego samplera, do którego wrzucił swoje sample, a manipulował nimi za pomocą samodzielnie zbudowanego kontrolera. Zwykle kontrolery ograniczały Roberta. Jak masz gałkę, to potrzebujesz do niej jednej dłoni, a wykorzystujesz tylko dwa palce. Robert zbudował sprzęt, który bazował na track-pointach - kładłeś dłoń i mogłeś sterować pięcioma palcami, czyli zmieniać pięć parametrów.

Jaki materiał trafił na wasz album?

Z koncertu w Psie Andaluzyjskim. Po wspólnym zmiksowaniu przesłałem nagranie Maciejowi Wirmańskiemu, który prowadzi wydawnictwo Szara Reneta. To góral z Zakopanego, który zajmuje się field recordingiem i noisem.

Co powoduje, że grasz z tyloma różnymi osobami i ciągle czegoś szukasz w muzyce? To niepokój, przejaw środowiskowych znajomości czy różnych potrzeb muzycznych?

Chyba wszystko to, co wymieniłeś. To pułapka na samego siebie, bo łatwiej jest być rozpoznawalnym z czegoś jednego. Jeden z moich typów grania, to żywiołowe i bogate w źródła dźwięku występy improwizowane w duetach i zespole kakofoNIKT. Układam sobie mnóstwo rzeczy na stole i nie wiem co się wydarzy. Równocześnie mam duet z Piotrem Tkaczem, który jest totalnie minimalistyczny, może się odnaleźć w kontekście konceptualizmu wynikającego z Fluxusu i Johna Cage'a. Natomiast Extra Nerves z Romanem Bromboszczem to chłodne zainteresowanie elektroniką i wobraźnia wyrastająca z science fiction. Już w liceum się zastanawiałem, czy noszę w sobie wiele różnych osobowości i jak je zmieścić. Bo to nie jest koniunkturalizm i bycie muzycznym kameleonem.

A grając z Gogolem jaki jesteś?

Jestem spontaniczny i uśmiechnięty. Bo Robert nosi na sobie taki uśmiech, że wszystko jest wspaniałe i to emanuje. No i wracam do gnostyckich i alchemicznych podstaw mojej muzyki.

rozmawiał Marek S. Bochniarz

*Hubert Wińczyk - tworzący i mieszkający w Poznaniu artysta dźwiękowy, performer, edukator, mąż, tata, poganin. Jest autorem muzyki elektronicznej, poezji dźwiękowej, nagrań terenowych, czy muzyki do spektakli teatralnych.

  • koncert Huberta Wińczyka i Roberta Gogola
  • Evelyn Cafe, Collegium Altum (9. piętro)
  • 22.03, g. 17.30

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019