Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

Łosoś po dyrygencku

Rozmowa z Marcinem Sompolińskim, dyrygentem, pomysłodawcą Speaking Concerts.

Marcin Sompolinski
Marcin Sompolinski

Kiedy, gubiąc się wśród małych osiedlowych uliczek i nielogicznie poukładanych numerów, odnalazłam poszukiwany dom, zapadał zmierzch. Za płotem dwa psy głośno szczekały, skutecznie powstrzymując mnie przed samodzielnym wejściem na posesję. Sprawiły jednak, że nim odnalazłam dzwonek, na progu domu pojawił się, z trzecim wielorasowcem przy nodze, Gospodarz. - Hałasują, ale nie robią nic złego - wyjaśnił, otwierając furtkę. Fuga, Tenor i Gucio zostały na dworze, a my weszliśmy do środka, od razu do salonu. I tak się zagadaliśmy, że planowany obiad stał się późną kolacją.

Dlaczego po skrzypcowej maturze wybrałeś studia dyrygenckie?

Bo trafiłem na kiepskiego dyrygenta, kiedy jako uczeń grałem w orkiestrze. A tak poważnie: w którymś momencie po prostu zdałem sobie sprawę, że nic innego mnie w życiu nie interesuje. Mogę być dyrygentem, albo... motorniczym. Tak sobie powtarzałem.

Ciekawa opozycja!

Z motorniczym nie wyszło.

Za to jako dyrygent "jeździsz" po różnych "trasach". Z jednej strony muzyka Baroku i Oświecenia na historycznych instrumentach, z drugiej - muzyka współczesna, a po drodze: operetka, opera...

Ale w środku wiele nieodwiedzanych terytoriów. Bo nie jest moją muzyką na przykład Mahler, którego uwielbiam słuchać, czy Wagner. Może jeszcze do nich nie dojrzałem. To, co wymieniasz, nie znajduje się na jakichś antypodach - ci odlegli kompozytorzy mają ze sobą wiele wspólnego! Igor Strawiński wyrasta z klasyki, Arvo Pärt łączy się ze średniowieczem. Nic nie dzieje się w próżni. A mnie zajmowanie się Barokiem nauczyło pokory.

To znaczy?

To cały system kodów kulturowych. Trzeba je poznać, by zrozumieć porządek rzeczy zapisany na pięciolinii. Mówi się nawet, że wykonując muzykę dawną, więcej trzeba wiedzieć niż umieć. Praca nad partyturą to w ogóle przedzieranie się przez warstwy. Pierwsza jest czysto techniczna, związana z nutami, następnie dochodzi rozumienie formy, a dopiero potem zadajemy sobie pytanie, dlaczego jest tak, a nie inaczej. To najbardziej niebezpieczny czas: nabieramy przekonania, że wszystko już wiemy. Czuję się gotowy do pracy dopiero wtedy, kiedy po tym właśnie etapie mnożą mi się wątpliwości. Mój profesor, Renard Czajkowski, powtarzał: "dyrygent musi być przede wszystkim stary". Nie chodziło o metrykę. Suma doświadczeń - to podstawa.

To każdy dyrygent. A dobry?

Musi umieć przede wszystkim uruchomić i wykorzystać potencjał muzyków budujących orkiestrę. Stworzyć też szansę, by ujawniła się indywidualność poszczególnych artystów. Nie może bezwzględnie narzucać swojej wizji. Wszyscy muszą mieć poczucie współtworzenia. Powinien mieć także intuicję, która podpowie mu, jak komunikować się z zespołem, bo każdy ansambl jest inny. Jest ona tym ważniejsza, że nie ma czasu na zbyt wiele prób przed koncertami. Tu wszystko działa na zasadzie "sprzężenia zwrotnego", a każdy, najmniejszy ruch ręki powoduje określoną reakcję muzyków. Najwspanialsze kreacje powstają w zespołach, które pracują z jednym dyrygentem latami i dzięki temu mają pozawerbalny system porozumienia. Wtedy zamiast opowiadać, co jest w każdym takcie, wystarczy powiedzieć: "to jest centralny dźwięk tej frazy" i wszyscy rozumieją, o co chodzi.

Wspomniałeś o dyrygowaniu ręką, a co z plecami?

Też są ważne. Przez nie czujesz, jaka jest atmosfera na widowni.

Naprawdę?

Tak, od pierwszej minuty wiem, co się dzieje, mimo że stoję tyłem do słuchaczy. Potrafię odróżnić ciszę skupienia od ciszy obojętności.

A co lubisz najbardziej w swojej pracy?

Pracować nad prawykonaniami.

Bo?

Bo wszyscy jesteśmy straszliwie zepsuci przez wspólczesne media.

Nie rozumiem...

Popatrz, zwykli słuchacze, żyjący w XIX wieku, poznawali utwory, grając je sobie na fortepianie. Jeśli mieli dużo szczęścia, to jedną symfonię mogli usłyszeć raz na przestrzeni 5-7 lat. Szli na spotkanie z nią, mając własną wizję. Dzisiaj, siadając przy komputerze, kilkoma kliknięciami otwieramy dostęp do 50 nagrań tego samego utworu! I co się dzieje? Te wykonania nakładają się na siebie, zabijają naszą wyobraźnię. Mam zasadę: nie słucham tego, nad czym pracuję, aż do momentu, kiedy nie będzie mi to niczym grozić (mniej więcej miesiąc przed koncertem). To po to, żeby uniknąć mimowolnych kalek. Jaka jest ich siła, boleśnie przekonałem się, dyrygując Aidą. Poprosiłem śpiewaków, by zrezygnowali z jednego zwolnienia, przez trzy próby tak robili, na czwartej powrócili do utrwalonej już wersji. Kalki sprawiają, że wszyscy śpiewają tak samo.

A skąd się wzięły Twoje słynne Speaking Concerts?

To był mój "protest song".

Słucham?

Kiedyś, lata temu, jako młody dyrygent, prowadziłem gdzieś w Polsce koncert edukacyjny. Zmęczony alkoholem prelegent nie tylko opowiadał straszliwe głupstwa, ale nawet nie mógł zapamiętać mojego nazwiska. Przeliterowałem je, a on przedstawił mnie jako Stanisława Olgierda Marię Polińskiego. No to zacząłem robić koncerty sam.

Nie przeklinasz tej roboty?

Jest jej sporo, ale ona ma sens!

Jakieś dowody?

Chociażby taki, że kiedy po poprzednim koncercie, o północy, ruszyliśmy ze sprzedażą biletów na następny, w ciągu godziny poszło ich 200.

W tym momencie do pokoju weszła Jola, żona Marcina, wymownie patrząc na zegar. Grzecznie przeszliśmy do kuchni. Czas był najwyższy na część drugą spotkania. Najpierw w garnku wylądował mrożony szpinak zmieszany ze śmietaną i czosnkiem, potem na gazie znalazły się ziemniaki. Nasza rozmowa zeszła na opowieści o ogrodzie, na który nigdy nie ma czasu. Psy kręciły się wokół stołu, dopraszając się głaskania. Marcin zajął się marchewkami. Kroił je w cienkie słupki z precyzją chirurga. Potem na patelnię wlał olej, w garnku do gotowania na parze ułożył kawałki świeżego łososia. Po chwili cierpliwie mieszał marchewki, pilnując, by skarmelizowały się bez przypalenia. Na kolejnym palniku bulgotała woda z octem - posłużyła jako kąpiel dla surowych jajek, ostrożnie do niej wbijanych. Po kilku minutach nasze talerze wyglądały następująco: centralne miejsce zajął szpinak, wyrazisty i lekki jednocześnie, na nim ułożony został kawałek soczystego łososia, a na wierzchu - jajko w "koszulce" ("koszulkę" osiąga się właśnie dzięki zakwaszeniu wody - białko ścina się natychmiast, tak podane jest najdelikatniejsze w smaku). Potrawę dopełniły słodkie marchewki i kulka ziemniaczanego puree. - Lubię gotować, to moja największa pasja obok muzyki - wyznał Marcin, stawiając przy talerzach kieliszki z białym wytrawnym winem. Jak smakowało? Jak dobry koncert: naturalny smak nie został zmieniony, ale wzmocniony. Wszystko harmonijnie się uzupełniało. Autor tego dzieła podkreślał wcześniej kilka razy, że 99% informacji o wykonaniu dzieła zapisanych jest w partyturze, 1% to miejsce na kreację. Tak samo podszedł do jedzenia. "Na bis" pojawił się kieliszek wiśniówki z własnych owoców. Wybornej.

Anna Kochnowicz

Marcin Sompoliński - ur. 13.10.1964 r. w Gdyni, dyplom dyrygenta uzyskał w 1989 r., w 2007 roku został profesorem tej uczelni. Współpracuje z wieloma orkiestrami w kraju i zagranicą, wśród najważniejszych dokonań - koncerty monograficzne Arvo Pärta i koncert Giya Kanczeliego. 4.12.2012 podczas X Poznańskiego Festiwalu Mozartowskiego poprowadzi orkiestrę Sinfonietta Polonia.

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku, zmień ustawienia swojej przeglądarki.