Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

Japońska uczta, niepojmowalne i globalne

Nasze próby spotkania przypominały umawianie się przysłowiowego żurawia z czaplą - od czerwca w żaden sposób nie mogliśmy dopasować dni ani godzin.

Tomasz Wendland, fot. archiwum prywatne
Tomasz Wendland, fot. archiwum prywatne

Cierpliwi bywają jednak nagrodzeni. Kiedy w połowie sierpnia wreszcie zaparkowałam przed domem Wendlandów, moja radość nie znała granic: nie dość, że mieliśmy rozmawiać o Mediations Biennale, które rusza po raz trzeci w Poznaniu 14 września, to jeszcze mogłam się spodziewać do jedzenia czegoś z kuchni japońskiej, bo żona Tomka to przecież najprawdziwsza Japonka.

Poznali się w 2001 roku, w następnym byli już małżeństwem. Trudno powiedzieć, co było najpierw - miłość do Aki czy do sztuki Dalekiego Wschodu, ale mniej więcej w tym samym czasie w głowie Tomka zaczął rodzić się pomysł o konfrontowaniu naszych rodzimych dokonań w tej dziedzinie z tamtejszymi. Mediations właśnie z tego się wzięły - z myśli o przenikaniu się kultur, ich wzajemnym oddziaływaniu. Ta idea najklarowniej się ujawniła w 2007 roku podczas wystawy Asia Europe Mediations. Rok później wystartowało biennale. Ale tak naprawdę nie byłoby biennale, gdyby nie festiwal Inner Spaces, który Tomek organizował w Poznaniu przez 12 lat, począwszy od 1993 roku. Dziś - jak mówi - jest dla niego oczywiste, że skala się zmienia, a wraz z nią perspektywa oglądania świata i tylko jedno pozostaje niezmienne: ciekawość, jak w tych obszarach funkcjonują polscy artyści, w jakie relacje wchodzi ich przekaz, czym się wyróżnia, co komunikuje. Nasza sztuka pozostaje więc w centrum poszukiwań, które podejmuje pod różnymi nazwami, w różnych miejscach, poszerzając i zmieniając definicje biennale jako takiego. Jak? Choćby poprzez określenie tematów. W tym roku - The Unknown - Niepojmowalne, za dwa lata - Globalne, nie skupione w jednej przestrzeni geograficznej, ale rozproszone po świecie.

Kiedy my zajmowaliśmy się biennale, Aki cierpliwie szykowała ucztę. Dwie godziny krojenia, mieszania, smażenia, układania. Efekt? Piorunujący. Jak z japońskiego filmu. Po herbacie popijanej z małych czarek i pudrowych, zielonych (z powodu zielonej herbaty) ciasteczkach, które kryły w sobie lekko ciągnącą się masę ryżową (!) oraz czerwoną fasolę, kwadratowy stół w salonie zapełniły talerzyki, półmiski, czarki pełne różnych smakowitości, które dobiera się wedle własnego upodobania. Każdy z biesiadników dostał miseczkę z sosem sojowym wzbogaconym sokiem z limonki i odrobiną chili. Pałeczkami dokładaliśmy szczypiorek, imbir, czarny sezam, wasabi, białą rzodkiew, mieszaliśmy i dopiero w tak przygotowanej miksturze moczyliśmy porcje ciemnego makaronu, pozwalając, by odrobinę "nasiąknęły" nowym smakiem.

Ten sam sos był używany do kolejnego dania, dla mnie najważniejszego: tempury! Choć wymyślili ją portugalscy misjonarze, to właśnie Japończycy osiągnęli absolutne mistrzostwo w jej przygotowywaniu. Tajemnica tkwi w cieście. Nie może być ani za gęste, ani za rzadkie - jak gęsta śmietana powinno dokładnie otaczać to, co chce się usmażyć w głębokim oleju, tworząc finalnie półprzezroczystą, chrupiącą powłokę. Serwowane w ten sposób warzywa wyglądają jak polakierowane. Aki podała glony nori, ostre papryczki oraz mieszankę cieniutko pokrojonej cebuli i marchewki. Ciasto to równe ilości mąki kukurydzianej i pszennej (dopuszczalna jest też jedna, pszenna) zmieszane z wodą gazowaną. Kiedy olej w garnku (może być rzepakowy - ważne, by nie miał zapachu) osią- gnie temperaturę co najmniej 175°C, warzywa, krewetki, glony czy paski mięsa zanurza się w cieście, wrzuca na chwilę do oleju, delikatnie wyjmuje, odsącza na bibułkach i... już. Potem potrzebna jest tylko czarka z sosem. Smak niezapomniany.

Niezwykłe są też bakłażany na japoński sposób, tym ciekawsze, że kojarzy się je przede wszystkim z kuchnią śródziemnomorską. Te kroi się w cząstki (wraz ze skórką), smaży na oleju, posypuje czarnym sezamem i skrapia mieszaniną sosu sojowego, soku z cytryny (lub limonki) i cukru. Smaki zaskakująco dobrze się uzupełniają, bakłażan, sam w sobie na ogół lekko mdły, nabiera charakteru. Na stole znalazła się też sałatka z szynką. Składniki użyte do jej przygotowania sprawiły niespodziankę podniebieniu: makaron ryżowy, słupki świeżego ogórka, cieniutkie plastry cebuli, paski szynki, kawałki omletu, grzybki mun. Całość delikatna, ale i jednocześnie wyrazista. Dzięki cebuli i grzybom. Piękna kompozycja kolorów i faktur. Jak obraz. Choć nie jestem wielką miłośniczką herbaty, po takiej ilości jedzenia, z wdzięcznością przyjęłam propozycję wypicia jej kolejnej porcji. I co tu dużo mówić, bardzo ucieszyłam się, że była to herbata zielona.

Anna Kochnowicz: A wracając do biennale, tegoroczne będzie o połowę mniejsze niż pierwsze. W 2008 roku zaprosiłeś ponad dwustu artystów, teraz - około stu. Problemy finansowe?

Tomasz Wendland: Założenie. Ograniczamy się celowo. Następne, widziane z perspektywy Poznania, będzie sprowadzało się do jednej lub dwóch wystaw oraz konferencji, bo chcemy, by w tym samym czasie wydarzyło się ileś imprez w różnych punktach świata, by w ten sposób podjąć rozmowę o odpowiedzialności za naszą przyszłość, a potem zebrać wnioski i skonfrontować je na przykład z wystawą afrykańską. Chcemy spojrzeć na temat... globalnie.

Tymczasem we wrześniu...

...Biennale bardziej spójne w stosunku do poprzednich edycji. Nie worek bez dna. Tematy wynikają z dialogu między pracami, prace dobierane były bardzo precyzyjnie. Mam wątpliwości zaledwie do kilku. Poprzednio kuratorzy poszczególnych wystaw mieli więcej wolności, teraz wszystko składa się w całość. Jak symfonia.

Ty niczym dyrygent?

Tak można powiedzieć... Napisałem doktorat o "niepojmowalnym"... Wiem, o co mi chodziło.

A o co ci chodziło? Najogólniej mówiąc, by przypomnieć, że istnieje rzeczywistość równoległa - duchowa. A w tym pojęciu mieści się wszystko: mistyka, pamięć, wyobraźnia... By powrócić do rozmowy o wartościach, nad którymi nie mamy czasu na co dzień się zastanawiać. Może coś należy od nowa zdefiniować? Na przykład religijność, która w Polsce jest w wielkim konflikcie ze sztuką współczesną.

Stąd wybór takich miejsc, jak synagoga, kościół Jezuitów czy Muzeum Archidiecezjalne?

Tak, oczywiście. Ale będzie też i wykład o ikonostasie w poznańskiej cerkwi dla ludzi z Azji i Ameryki.

Jesteś dyrektorem artystycznym biennale, kuratorem wystaw, wykładowcą... Masz jeszcze czas na bycie artystą?

Definicje są płynne. Wszystko, co robię, mieści się w pojęciu "artysta". Przecież, kiedy przygotowuję wystawę innym, jest ona też i moim dziełem. W maju zrobiłem habilitację, uczę na różnych uczelniach, piszę teksty, powstają moje nowe prace wizualne. W marcu miałem wystawę w Nowym Jorku, w czerwcu - w Belgii, we wrześniu będę uczestniczyć w łódzkiej wystawie poświęconej konstruktywizmowi, w październiku - w biennale w Montevideo... Jestem, jak widzisz, aktywny, chociaż w Poznaniu mnie najmniej. Tak chyba jednak lepiej.

Rozmawiała Anna Kochnowicz

Tomasz Wendland - (ur. w 1960) artysta, wykładowca akademicki, dyrektor art. Rozpoczynającego się w piątek 14.10 Mediations Biennale.