Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

Dusze pokoleń ukryte w szklanym negatywie

- Fotografia, choć wszyscy teraz robią zdjęcia, pstrykają selfie - nadal ma ogromne znaczenie, choćby dla ocalenia naszej pamięci, o nas samych, o naszych bliskich, o ważnych zdarzeniach - mówi Maciej Krajewski vel Łazęga poznańska, pasjonat fotografii.

.
Atelier Stowarzyszenia Łazęga Poznańska, fot. Maciej Krajewski

Jest duża torba, więc jest i aparat?

Oczywiście. Zawsze mam go pod ręką, bez względu na pogodę.

Czyli to prawda, że fotograf nie rozstaje się ze swoim sprzętem, bo nigdy nie wie, kiedy trafi na ten moment, to miejsce...

Jeśli mowa o architekturze, która mnie szczególnie interesuje, to tych chwil mamy zwykle trochę więcej. Ale w zasadzie one też mogą uciec - bo np. zabytkowe okna czy drzwi czasami dostają nóg w jedną noc! Dla mnie kluczem do uchwycenia danej chwili jest światło. Preferuję to naturalne i staram się nie doświetlać ani obiektów, ani ludzi.

Myślał pan kiedyś np. o portrecie?

Nigdy nie zrezygnowałem z fotografowania ludzi, cały czas portretuję tych znanych mi dobrze i bliżej nieznanych. Ludzi na ulicy, jeśli się na to zgodzą, przyjaciół i np. uczestników wydarzeń, które odbywają się w Atelier Stowarzyszenia Łazęga Poznańska. Fotografuję też spektakle.

Interesuje mnie architektura, ale też ludzie w niej zanurzeni. Dlatego właśnie na większości moich zdjęć są ludzie - np. w oknach, w bramach, na klatkach schodowych. Czasem widzimy tylko ich nogi albo cienie. To ludzie, którzy często w fotografowanych przeze mnie kamienicach mieszkają, a czasem są "tylko" przechodniami.

Chylę czoła przed fotografami, którzy uwieczniają architekturę bez ludzi, w taki czysto geometryczny, formalnie doskonały sposób. Albo fotografują miejsca chwilowo, czy też rzeczywiście całkowicie opustoszałe. Podziwiam, kiedy robią całe zestawy ujęć, by uchwycić np. imponujący całokształt starej klatki schodowej. Ja tak nie potrafię.

Inna rzecz, że dla mnie najważniejszy jest słoneczny promień, który wpada do środka, rozświetlając np. fragment przestrzeni, skupiając naszą rozproszoną zwykle uwagę na tym, co przez lata mogło być niezauważane.

Podczas realizacji mojej ostatniej wystawy - "Secesyjne wici" zwróciłem uwagę na walor dokumentacyjny fotografii, przyglądając się z bliska detalom architektonicznym. Pragnę zwrócić naszą uwagę na ich piękno, ale też niestety złą kondycję. Mógłbym oczywiście fotografować pięknie odrestaurowane kamienice, których na szczęście przybywa, ale nie o to mi chodzi.

Nie taki właśnie cel miało od początku Stowarzyszenie?Ochrona piękna i dziedzictwa architektonicznego?

Takie założenie ma Łazęga poznańska. Stowarzyszenie jednak ma cele o wiele szersze. Jego działalność, realizowana w niegdysiejszym Atelier fotograficznym Witolda Czarneckiego, zgodnie z projektem i programem, obejmuje nie tylko tę wystawienniczą - i nie tylko związaną z fotografią, ale szeroko pojętą działalność kulturotwórczą, edukacyjną i integracyjną.

Pierwotnie miałem zostać tu tylko na jeden miesiąc zeszłorocznej jesieni, by zrealizować projekt wystawy "Okien życie" w ramach Centrum Wartego Poznania. Za namową przyjaciół jednak i zachętom Wydziału Kultury UM postanowiłem wraz z grupą przyjaciół powołać do życia Stowarzyszenie non-profit.

Zależy nam oczywiście na spotkaniach miłośników fotografii, ale nie chcemy zamykać się na jedną dziedzinę sztuki. Mieliśmy wystawę malarstwa Marka Cierniewskiego, teraz otworzymy wystawę witraży Wojciecha Olejniczaka. W trakcie wystaw odbywają się spektakle, koncerty muzyki kameralnej albo wieczory poetyckie. Zwiększamy nie tylko audytorium poszczególnych spotkań, ale zachęcamy do wzajemnego inspirowania się, poszerzania horyzontów. Integrujemy się, chociażby z naszymi dobrymi sąsiadami - Towarzystwem Pomocy Głuchoniewidomym, Towarzystwem Wiedzy Powszechnej, Strefą i Koalicją Świętego Marcina.

Co trudniej ocalić od zapomnienia: miejsca czy ludzi?

Niełatwo to oddzielić, ale też nie powinno się tych kwestii rozdzielać. W materialnych pamiątkach, w papierowej odbitce fotografii, w szklanym negatywie, w architekturze są ukryte dusze pokoleń.

Nie ciągnie Pana czasami w stronę fotoreportażu? 

Interesuje mnie różna fotografia. Fotoreportaż to świetna rzecz, podobnie jak street-photo. W obu przypadkach największe znaczenie ma znalezienie się w odpowiedniej chwili i miejscu. Do tej pory fotografowałem m.in. obchody Poznańskiego Czerwca '56 czy też liczne akcje i demonstracje uliczne m.in. Czarny Protest.

Czasami chcę tylko zdać z czegoś relację, a powstaje coś niezwykłego. Niedawno np. zrobiłem portret Januszowi Stolarskiemu podczas spektaklu plenerowego. I siłą rzeczy dokładam swoją cegiełkę w dokumentowaniu jego dorobku artystycznego. To człowiek z krwi i kości, świetny aktor, ale też żywa historia teatru niezależnego.

Ciekawi są również widzowie i to jak np. reagują na spektakl, bo nierzadko stają się jego uczestnikami. Kilka takich portretów znalazło się na mojej wystawie, którą prezentowałem w Alternativa Club. Zrobiłem te zdjęcia na placu Wolności podczas spektaklu "Hultaje" Teatru Porywacze Ciał.

Zabrał Pan kiedyś aparat do pracy w Wielkopolskim Centrum Onkologii?

Tak, zabrałem i to nie raz, bo w szpitalu, gdzie pracuję, istnieje Pracownia Psychologii Klinicznej, której szefuje psychoonkolog i pasjonatka arteterapii Dorota Gołąb. Za jej sprawą w naszym ogrodzie zimowym odbywają się różne warsztaty dla pacjentów, wystawy, koncerty. Kilkakrotnie je dokumentowałem. Na moim oddziale wiszą też moje prace. Często o nich rozmawiam z pacjentami, którzy spontanicznie mnie o nie pytają. Wielu z nich również fotografuje lub uwielbia oglądać zdjęcia i widać jak ważna jest to dla nich nie tylko wizualna sfera. Bo fotografia przecież - choć wszyscy teraz robią zdjęcia, pstrykają selfie, nadal ma ogromne znaczenie, choćby dla ocalenia naszej pamięci, o nas samych, o naszych bliskich, o ważnych zdarzeniach.

Wracając do Atelier i tego, co się tutaj dzieje. Niebawem otwarcie kolejnej wystawy.

Jakiś czas temu pokazaliśmy w Atelier, za sprawą Fundacji Tres, z którą współpracujemy, ocalone przez nią szklane, ponad stuletnie negatywy. Wystawa cieszyła się dużym zainteresowaniem, więc zdecydowaliśmy, że do niej nawiążemy, zapraszając z kolei na wystawę witraży Wojciecha Olejniczaka. Jego ojciec i Witold Czarnecki, do którego należało to miejsce, zdobywali razem fotograficzne szlify. Witraże Olejniczaka zrobione są ze szczątków negatywów, więc pozornie z "bezwartościowej" już stłuczki szklanej. To jednak bezcenne okruchy szklanej pamięci, ukazujące jednocześnie jak nasza pamięć jest w istocie krucha.

W sali obok z kolei znalazła miejsce rozrastająca się wystawa dotycząca działalności fotograficznej rodziny Czarneckich. Będzie to ekspozycja stała. Przychodzą do nas bowiem poznaniacy, którzy bywali tutaj np. kiedy byli dziećmi. I przynoszą zdjęcia: komunijne, ślubne czy tablo uczelniane. Odzywają się przyjaciele Witolda, sąsiedzi, mieszkańcy tej kamienicy, którzy go znali. To niesamowite. Ludzie sięgają do zakurzonych albumów, wracają do wspomnień i chcą się nimi dzielić. Cały czas zachęcamy do przynoszenia do Atelier swoich starych, rodzinnych zdjęć. Archiwizujemy je. Można nam też wysłać zrobione samodzielnie skany starych fotografii. Może uda nam się kiedyś stworzyć takie mini muzeum fotografii... Albo zmobilizować Miasto do powołania do życia, utworzenia prawdziwego, poznańskiego muzeum fotografii. W drugiej połowie lipca planujemy spotkanie z rodziną Witolda Czarneckiego oraz z osobami związanymi z Wimarem - bo tak nazywał się właśnie ten zakład fotograficzny. Prawdopodobnie pojawi się na nim retuszerka pracująca z Czarneckim i jego dawni sąsiedzi. W sierpniu z kolei zapraszamy na wystawę fotografii z podróży Mateusza Budzisza "People of Vietnam".

A kiedy zobaczymy pana kolejne prace?

Jeszcze w sierpniu na dziedzińcu Urzędu Miasta pokażę fotografie pod roboczym tytułem "Śladami secesji poznańskiej". Moja kolejna wystawa w Atelier - będzie to ciąg dalszy z cyklu "Okien życie" - gotowa będzie dopiero w kolejnym roku, bo to czasochłonne zajęcie, ale też nasz kalendarz wydarzeń pęka w szwach.

Bo już jesienią np. pokażemy fotografie starych wielowyznaniowych nekropolii z terenu Poznania i Wielkopolski, a potem ekspozycję fotografii rodzinnej. Obejmie ona ocalone zdjęcia sprzed i powojnia, które poniewierały się w różnych miejscach. Będą to fotografie w pewnym sensie anonimowe, bo w żaden sposób nieopisane. Tak to już niestety jest, że kiedy w porę nie zapytamy, kto jest na tym zdjęciu, to potem, kiedy babci czy dziadka już nie ma wśród nas, nikt tego zwyczajnie nie wie.

Takich zdjęć nie powinno się wyrzucać. Takie zdjęcia, ale też listy, czyli czyjaś prywatność, można kupić na targach staroci. Oczywiście - wykupujemy, co możemy, próbujemy ocalić. Skanujemy je nie tylko, by w niedalekiej przyszłości wyeksponować, ale także by przywrócić pamięć, szacunek, mając nadzieję, że przy okazji jakimś cudem przestaną być anonimowe. Może ktoś na nich zostanie rozpoznany...

rozmawiała Monika Nawrocka-Leśnik

*Maciej Krajewski vel Łazęga poznańska, pielęgniarz w Wielkopolskim Centrum Onkologii, po pracy włóczy się po Poznaniu z aparatem i fotografuje ślady przeszłości. Kilka miesięcy temu założył Stowarzyszenie Łazęga Poznańska i przywrócił do życia dawne atelier fotograficzne FOTO-Wimar Braci Czarneckich przy św. Marcin 75, gdzie odbywają się wystawy, koncerty, spotkania...

  • Wystawa witraży "Las zapomnianych rzeczy" Wojciecha Olejniczaka
  • Atelier Stowarzyszenia Łazęga Poznańska (ul. Św. Marcin 75)
  • wernisaż: 7.07, g. 18
  • czynna do 30.07 w g. 16-20
  • wstęp wolny
Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku, zmień ustawienia swojej przeglądarki.