Kultura Poznań.pl

Opinie

opublikowano:

Spadkobiercy rockowej spuścizny

Namaszczeni przez Muse, zestawiani z Oueens of The Stone Age, produkujący pod patronatem Mike'a Crossey'a Brytyjczycy z Nothing But Thieves, powielają chwyty muzyczne swoich idoli, jednocześnie stając się spadkobiercami ich rockowej spuścizny. Sprawne kopiowanie zabiegów stosowanych przez znane zespoły wabi zarówno młodą, żadną idoli swojego pokolenia młodzież, jak i nieco starszą publiczność, która odnajduje w młodym zespole przedłużenie swoich muzycznych upodobań sprzed dekady.

.
fot. T. Nowak

Nothing But Thieves to jedna z tych grup rockowych, która zyskała imponującą pozycję na rynku muzycznym, mimo stosunkowo krótkiego stażu. W zeszłym roku ukazała się ich druga płyta, która tak jak poprzedni album zyskała uznanie publiczności i krytyków. Na scenie międzynarodowej zaistnieli po sukcesie na trasie koncertowej z zespołem Muse. Sprawdzili się jako support, a ich pierwsza płyta (o takim samym tytule jak nazwa zespołu) wydana niedługo potem, cieszyła się uznaniem w całej Europie i przyczyniła się do komercyjnego sukcesu młodej grupy.

Po latach wyczekiwań, Brytyjczycy pojawili się wreszcie w Poznaniu. Nie mieli szansy zagrać tu wcześniej, przez co oczekiwania wobec występu były wysokie. Zespół koncertował w Polsce już wiele razy, co poświadcza jego znakomitą renomę w naszym kraju. Pierwszy raz pojawili się tutaj jako support Gerarda Waya, potem grali na Przystanku Woodstock, w kilku warszawskich klubach, a także podczas tegorocznej edycji Rock In Summer w warszawskim Parku Sowińskiego.  Łącznie ich występy w naszym kraju przekroczyły już dawno okrągłą dziesiątkę, co jest imponującym wynikiem jak na ich krótki staż. W "garażowej formie" zespół funkcjonuje od 2012 roku, ale na wydanie pierwszej płyty musieli poczekać trzy lata. Z kolei album "Broken Machine" ukazał się zeszłego lata.

Przedłużenie rocka alternatywnego

Podczas poznańskiego koncertu muzycy zadowolili swoich fanów wykonaniami z obu krążków, co wzbudzało żywe reakcje. O dziwo, wiwatujące pod sceną tłumy nie składały się wyłącznie z nastolatków. Idąc na koncert zdawałam sobie sprawę z fonograficznego sukcesu zespołu i ich zaskakująco wysokiej rangi na rynku muzycznym, jednak zakładałam, że złożony z młodego składu zespół, funkcjonuje głównie jako gwiazdeczka młodzieży. Tymczasem skromnie usytuowani w bezpiecznej odległości od głośników nieco starsi odbiorcy, nie odstawali od młodych w żywiołowym uczestnictwie. Odruchowo uznałam to zjawisko za naturalną konsekwencję wyparcia muzyki gitarowej przez szeroko pojętą elektronikę, która dzisiaj zdaje się bardziej odpowiada  powszechnym gustom współczesnych nastolatków. Odnoszę wrażenie, że indie rockowe szaleństwo to domena nieco starszego pokolenia, które, niekiedy wręcz ortodoksyjnie, wykluczało ze swojego zestawienia ulubionych piosenek utwory inne niż gitarowe. Zaskoczyła mnie wysoka frekwencja "dojrzalszej" publiczności,  częściowo także przez młody wiek członków Nothing But Thieves.

Z drugiej strony trudno mówić o zdecydowanym przejęciu sceny muzycznej przez twórców wymieniających gitary na sample, skoro niespecjalnie już dziś młodzi twórcy z Oueens of the Stone Age czy Arctic Monkeys, nadal zjednują sobie rzesze fanów z różnych pokoleń. Nothing But Thieves jawią się jako przedłużenie błękitnokrwistej linii rocka alternatywnego. Namaszczeni przez Muse i zestawiani z Jackiem Whitem młodzi Brytyjczycy umiejętnie powielają chwyty muzyczne swoich idoli.

Muzyka młodych Brytyjczyków nie jest może specjalnie nowatorska, ale jej twórcy sprytnie lawirują między znanymi muzycznymi kontekstami. Grając głównie w odniesieniu do sprawdzonych konwencji wytworzonych przez takich twórców jak Kings of Leon czy Kasabian, udaje im się stworzyć utwory solidnie skonstruowane, porządnie zagrane i przy tym dość spójne gatunkowo. Wszystkie te czynniki sprawiają, że piosenki młodych Brytyjczyków są idealnie wyważone pod hity radiowe. Ich nienachalne ale zdecydowanie brzmienia trafiają w gust szerokiej publiczności, o czym poświadcza spora frekwencja podczas poznańskiego widowiska. Na swojej debiutanckiej płycie muzycy prezentują utwory dość wyważone, często spokojne, przez to prezentują się jako nieco liryczni konstruktorzy delikatnego klimatu.

Oczy całego pokolenia

Wydanie drugiej płyty miało zweryfikować sukces pierwszego krążka zespołu. Oczekiwania wobec komercyjnego sukcesu sprawdziły się, choć "Broken Machine" nieco różni się od pierwszego albumu. Momentami muzycy łączą tu rocka z elementami rapu, a ich gitarowe riffy są mocniejsze i bardziej zdecydowane niż wcześniej. Zmienia się także charakter zespołu, który z potencjalnej gwiazdeczki pop-rockowej próbuje zdrapać swój nieco ugrzeczniony wizerunek. "Broken Machine" sprawdziło się nie tylko muzycznie, ale także pod względem komentarza politycznego. Młodzi muzycy starają się opisać obserwowaną przez siebie rzeczywistość oczami całego pokolenia swoich rówieśników. Odnoszą się do problemów i oczekiwań współczesnej młodzieży, która jest dziś coraz bardziej zaangażowana i wrażliwa na powszechne problemy z brakiem tolerancji oraz nierównością społeczną. Muzycy jawnie wspierają działania światowych Czarnych Protestów.

W swoich piosenkach częściej niż poprzednio nawołują do buntu i opisują niemoc współczesnego nastolatka.  Można znaleźć zapisy wywiadów, w których podrzucają komentarz do sytuacji polskiej sceny muzycznej. Conor Mason, wokalista zespołu, w jednym z wywiadów dla polskiej witryny internetowej, odniósł się do działalności Jurka Owsiaka oraz festiwalu Woodstock. Podkreślał wartość swobody w nieskrępowanym tworzeniu muzyki, a także przypomniał o konieczności zdrowego funkcjonowania wydarzeń kulturalnych, będącego budulcem społecznej wspólnoty.

Fałszywe manewry

Wizytówką Nothing But Thieves jest przede wszystkim głos wspomnianego wcześniej wokalisty, którego brzmienie zadowoli zapewne uszy fanów Radiohead i wspomnianego wcześniej Muse. Subtelne podobieństwo do wokalistów tych zespołów zapewne przyczyniło się do sukcesu młodych Brytyjczyków. Nie jest to jednak kalka odbita w skali 1:1. Nothing But Thieves są bardziej popowi, ale też nieco jawniej zadziorni niż ich muzyczni idole. Utwory tej młodej grupy rockowej w większości skrojone są pod wokalistę, który prawie w każdym utworze ma szansę wybrzmieć i dać popis swojego talentu. Falset Masona jest zdecydowanie największym atutem zespołu, czego potwierdzenie dał wczorajszy koncert.

Tego sukcesu nie powieliły niestety supporty. Zarówno The Blackmordia jak i Deaf Havana zostali przyćmieni przez gwiazdy wieczoru. Muzycznie sprawni, lecz przy tym twórczo nijacy, odegrali swoje piosenki przy całkiem sporej publiczności. Ich utwory były nie tyle źle zagrane, co po prostu nudne. Muzycy grali starannie, utrzymując przy tym kontakt z publicznością, jednak niewiele dało się wycisnąć z miałkości ich kompozycji. Nieco drażniły mnie nachalne i epatujące fałszem manewry wokalisty Blackmordii wykonywane w celu zwrócenia na siebie uwagi. Muzyk co rusz kokietował publiczność podrzucając ogólnikowe i wyświechtane komplementy czy  wspinał się po elementach konstrukcji scenicznej.

Nie zachwyciły mnie też zabiegi oświetleniowe podczas wystąpienia gwiazdy wieczoru. Reflektory agresywnie kopiowały każdy dźwięk, tworząc oślepiający koncert świateł. Wszystkiego było za dużo i zbyt nachalnie, przez co potencjalnie atrakcyjna interpretacja świetlna działała drażniąco, a często przyćmiewała wręcz samych muzyków.

Mimo to koncert wypadł dobrze. Udało się nawet zachować punktualność, co jest dość imponujące przez wzgląd na to, że wydarzenie zaplanowane było na ponad trzy godziny. Wrzawa i entuzjazm publiczności nie słabły aż do końca koncertu. Dało się słyszeć komentarze fanów zadowolonych ze stałego utrzymywania kontaktu muzyków z publicznością. Ich zaangażowanie odpłaciło się żywiołowym przyjęciem ze strony fanów.

Julia Niedziejko

  • Nothing But Thieves
  • 07.11

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018