Kultura Poznań.pl

Opinie

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. To światło jest moje

Jak na reżysera przed czterdziestką Robert Eggers tworzy zaskakująco dojrzałe kino. Jego monochromatyczny Lighthouse z Willemem Dafoe i Robertem Pattinsonem to reżyserski i aktorski popis najwyższych lotów. Wymagający, ale wart podjętego wysiłku.

.
fot. materiały dystrybutora

Kanadyjsko-amerykańska opowieść o dwóch latarnikach, którzy z powodu fatalnej pogody skazani są na niezdrową izolację i własne, niekoniecznie udane, towarzystwo na odciętej od reszty świata wyspie - już sam fabularny pomysł na Lighthouse zaciekawia i sprawia, że chcemy się dowiedzieć, co było dalej. Thomas Wake (Willem Dafoe) i Ephraim Winslow (Robert Pattinson) to jedyne - nie licząc urojonej Syreny i nieurojonego stada mew - żywe istoty na stromej skale, przed którą żeglarzy ostrzega blask morskiej latarni. Pierwszy z nich zajmuje się esencją pracy latarnika, a więc obsługą światła, drugi - niższy rangą,  zmuszony jest oddawać się bardziej przyziemnym pracom, od palenia w piecu po oczyszczanie zbiornika z zatęchłą wodą. Nie trudno się domyślić, że taki podział obowiązków szybko stanie się zarzewiem konfliktu.

Robertowi Eggersowi udało się zbudować klimat, który automatycznie nasuwa skojarzenia z kinem niemym początku XX wieku. Z tą różnicą, że tu aktorzy nie są pozbawieni własnego głosu, a to, co mówią, ma istotne znaczenie dla nastroju całości. Ocena aktorskiego pojedynku Dafoe i Pattisona na korzyść któregokolwiek z nich to jednak z gruntu zły pomysł. Dafoe, stary okrętowy wyga z emfazą wygłaszający filozoficzne poematy i snujący morskie opowieści to jedna, a gorączkowo niecierpliwy, pełen młodzieńczej buty i pewności siebie Pattison - druga strona tego mistrzowskiego medalu. Pierwszy nie zalśni w pełni bez drugiego, drugi nie wybrzmi odpowiednio głośno bez pierwszego. To duet totalny, nierozerwalnie splątany ze sobą i utrzymujący na swoich barkach cały ciężar opowiadanej przez reżysera historii. Poetycki i przyziemny jednocześnie, bo górnolotne idee winy i odkupienia, prawdy i fałszu, życia i śmierci, mieszają się tu w jednym kotle z brudem, smrodem, zmęczeniem i nieuchronną fizjologią.

Oczywiście ogromna w tym również zasługa reszty filmowego zespołu - operatora kamery, dźwiękowca i scenografa. Bez jednostajnych, nużąco (w dobrym tego słowa znaczeniu) powolnych, malarskich wręcz kadrów pierwszego, precyzji i kunsztu drugiego oraz dbałości o najmniejszy nawet detal przedstawionego świata trzeciego z nich, ambitny zamysł najpewniej spaliłby na panewce. Tymczasem wszystko jest tu dopięte na ostatni guzik, dopracowane i przemyślane, co jest w sumie dość paradoksalne biorąc pod uwagę fakt, że oto mamy przed oczyma klasyczne studium szaleństwa.

Miła odmiana dla widzów, którzy na próżno szukają we współczesnej ofercie kinowej filmów art-house'owych, nasączonych znaczeniami i cytatami, których mozolne doszukiwanie się stanowi nie lada zabawę i wyzwanie jednocześnie. Nawiązania do mitów o Prometeuszu czy Odyseuszu, podszytych Freudem fantazmatów czy odwiecznej sztafecie pokoleń to zaledwie czubek lodowej góry znaczeń, które aż proszą się o rozszyfrowanie. Choć sam dystrybutor nazywa Lighthouse horrorem, nie skłaniałabym się ku takiej klasyfikacji. To raczej mroczny dramat, smoliście gęsty thriller i momentami zabawna metafizyczna przypowieść w jednym. Zanurzamy się w niej bez reszty, na końcu nie będąc już pewnym co jest marą, co jawą. Wystarczy tylko się odważyć.

Anna Solak

  • "Lighthouse"
  • reż. Robert Eggers

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019