Kultura Poznań.pl

Opinie

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Ojciec i syn

W piosence "Beautiful Boy" John Lennon zapewniał swojego syna, że zawsze będzie go chronił i tak też ojcowsko-synowską relację wyobrażał sobie David Sheff, bohater "Mojego pięknego syna". Ten ostatni nie przewidział jednak koszmaru, w którym jego pierworodny wpadnie w wyniszczającą otchłań metamfetaminy.

.
fot. materiały dystrybutora

Wydaje się, że Nic Sheff (Timothée Chalamet) miał świat u swoich stóp - po ojcu odziedziczył talent pisarski, na studia chciały go przyjąć najbardziej prestiżowe uczelnie, na dodatek został obdarzony urodą nie z tej ziemi. Sam jednak czuł w środku wielką pustkę. Najpierw szukał ukojenia w egzystencjalnej, depresyjnej literaturze, ostatecznie - być może zainspirowany twórczością Charlesa Bukowskiego - wybrał ścieżkę alkoholu i narkotyków. Gdy dowiaduje się o tym jego ojciec David (Steve Carrell), jeszcze bardziej niż do tej pory próbuje otoczyć syna opieką i miłością. Z czasem zdaje sobie sprawę, że w starciu z nałogiem jest zupełnie bezradny.

Felix Van Groeningen w "Moim pięknym synie" opowiada prawdziwą historię zainspirowaną dwoma autobiograficznymi książkami, napisanymi przez Davida i Nica - ojca i syna. W interpretacji belgijskiego reżysera sam nałóg schodzi jednak na dalszy plan - nie poznajemy źródeł problemów egzystencjalnych chłopaka, które stały się przyczyną sięgnięcia po alkohol i narkotyki, nawet stany jego odurzenia pokazywane są w sposób wyjątkowo łagodny, daleki od tego, co widzieliśmy choćby w "Trainspotting" czy "Pod mocnym aniołem". Nic, w którego wciela się wspaniały Timothée Chalamet, jest tu trochę niczym Elio z "Tamtych dni, tamtych nocy", który jakiś czas po bolesnym rozstaniu z Oliverem podjął bardzo kiepskie decyzje. Nawet będąc na haju czy na głodzie pozostaje oblubieńcem kamery - może nieco bledszy i z podkrążonymi oczami, ale wciąż estetycznie fascynujący, zupełnie nieprzypominający wyniszczonych narkomanów z ostrzegawczo-prewencyjnych zdjęć prezentowanych przez media. Chalametowi partneruje równie doskonały Steve Carrell, który chyba już na dobre zrezygnował z głupawych ról w niskich lotów komediach na rzecz ambitnego kina.

Tak jak estetyzacja czy ukrywanie niektórych skutków nałogu mogą nieco przeszkadzać, tak szybko wychodzi na jaw, że zamysł reżyserski był zupełnie inny. Groeningen nie chce wywoływać bólu głowy poprzez prezentowanie ciągłych narkotyczno-alkoholowych tripów, lecz skupia się na tym, co w życiu pozytywne i co ujawnia się ze zdwojoną mocą wtedy, gdy pozornie spełnionym ludziom przychodzi zmierzyć się z ciężkimi i niespodziewanymi problemami - na emocjach, wrażliwości, rodzicielskim pragnieniu opieki, walce o życie dziecka, wreszcie na wolności i odpowiedzialności. Taka strategia okazuje się tyleż ryzykowna, co interesująca - tylko pokazanie tego, co w życiu dobre, w kontrze do zdradzieckich szponów uzależnienia, pozwala zdać sobie sprawę z tego, co nieuchronnie musi nadejść na końcu tej nierównej walki - z wszechogarniającego poczucia straty.

Z pewnością można by było wytknąć "Mojemu pięknemu synowi" co najmniej kilka wad - jak choćby potraktowanie po macoszemu wątku dziewczyny Nica czy zbyt duże opory twórców przed oszpeceniem Chalameta - ale zamiast analizować poszczególne fragmenty filmu, lepiej poddać się jego melancholijnemu, delikatnie barwionemu emocjami rytmowi, wyznaczanemu przez dobrane z wyczuciem utwory wspomnianego już Lennona, ale także Johna Coltrane'a, Nirvany, Massive Attack, Sigur Ros czy Davida Bowiego. Obraz Groeningena to bowiem kino, którym warto się delektować.

Adam Horowski

  • "Mój piękny syn"
  • reż. Felix Van Groeningen

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019