Kultura Poznań.pl

Opinie

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Historia szaleństwa

Joker w wydaniu Todda Phillipsa to gęsty i wciskający w fotel dramat psychologiczny, który z superbohaterskim kinem ze spectrum DC ma naprawdę niewiele wspólnego. Takie wyjście poza ramy uniwersum, z którym dotychczas kojarzyliśmy demonicznego klauna, to naprawdę wielkie osiągnięcie na miarę najlepszych. A najlepszy jest tu bezsprzecznie Joaquin Phoenix, którego z dużym prawdopodobieństwem oglądamy w roli życia.

.
fot. materiały dystrybutora

<<Unicestwienie przez śmierć przestaje cokolwiek znaczyć, jako że już wprzódy stało się wszystkim, jako że samo życie było jedynie dyrdymałą, czczą gadaniną, hałaśliwą wrzawą, błazeństwem i pajacowaniem.>> (Michel Foucault, Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu)

Superprzestępcę w makijażu klauna, głównego przeciwnika Batmana z uniwersum DC Comics zna chyba każdy. Do tej pory jednak stanowił on jedynie tło (owszem, barwne) dla swojego adwersarza, czarny kontrast dla bieli głównego bohatera, ratującego Gotham City przed upadkiem. Tym razem twórcy filmowi postanowili wysunąć go na pierwszy plan pod nie lada pozorem. Zdecydowali się wysnuć opowieść o tym, jak doszło do wykreowania jednego z najbardziej charakterystycznych złoczyńców dużego ekranu. Historia "stawania się" Jokera jest przy tym zrealizowana tak pieczołowicie i wnikliwie, że w niektórych scenach wywołuje nieprzyjemne ciarki na plecach, w innych wzbudza litość wobec głównego bohatera, jeszcze w innych sprzyja empatii i sympatyzowaniu z nim, mimo że - o czym łatwo zapomnieć - mamy do czynienia z postacią psychopatycznego mordercy. Owszem, interpretacja Phillipsa i jego nawiązania do - pokazanej tu w zalążku - relacji Batman-Joker niewiele mają wspólnego z oryginałem, jednak nie o to przecież tu idzie. Joker to bezkompromisowe studium szaleństwa najsmutniejszego komika świata, które wygórowane oczekiwania wywołane elektryzującym trailerem spełnia z nawiązką.

I nie mam tu na myśli jedynie genialnej kreacji Phoenixa, od którego dosłownie nie można oderwać wzroku i który wcześniejsze interpretacje Jokera i tak przecież znakomitych Jacka Nicholsona czy Heatha Ledgera dystansuje o lata świetlne. Gdybym potrafiła, nie mrugałabym przez te dwie godziny seansu, żeby tylko nie przeoczyć żadnego grymasu w jego wykonaniu (chorobliwe napady śmiechu w najbardziej stresujących sytuacjach, wywoływane rzadką wadą neurologiczną!), żadnej zmarszczki mimicznej i sekwencji ruchów, mówię poważnie. Nie potrafię, więc pozostaje mi tylko wybrać się do kina raz jeszcze. Również po to, by ponownie dać się wessać mrocznemu klimatowi stworzonemu przez pozbawione kolorów, w dużej mierze zmoknięto-przydymione zdjęcia Lawrence'a Shera i niepokojącą muzykę Hildura Guðnadóttira.

Ale wróćmy do początku... Arthur Fleck (Joaquin Phoenix, na ekranie wychudzony i odpalający papierosa od papierosa), to zmagający się z problemami psychicznymi mężczyzna w średnim wieku, wychowywany bez ojca przez neurotyczną matkę (Frances Conroy), którą nadal się opiekuje i z którą mieszka w obskurnym mieszkaniu jeszcze bardziej obskurnej kamienicy. Jedyną rozrywką tych dwojga jest regularne wspólne oglądanie talk show Murraya Franklina (Robert De Niro), o występie w którym Arthur obsesyjnie marzy i fantazjuje. Poza tym jego życie składa się z ciągu upokorzeń w nielubianej przez niego pracy klauna do wynajęcia i mrocznych myśli, których nie potrafi okiełznać nawet siedem antydepresantów przyjmowanych jednocześnie. "Nigdy w życiu, ani przez jedną chwilę, nie byłem szczęśliwy" - mówi w jednej ze scen, a my mu wierzymy, bo każde słowo, każde spojrzenie i każdy, najdrobniejszy nawet gest Arthura- Phoenixa jest naznaczony tym smutkiem i przesiąknięty rozpaczą.

W obłędzie pogrążone jest również samo Gotham, w którym coraz silniej wzbierają negatywne nastroje najbiedniejszych wobec przedstawicieli władzy i beneficjentów bogactwa. Nierówności społeczne i panujący w metropolii chaos to wyraźny komentarz społeczny do bolączek kapitalizmu i innych zagrożeń oraz niepewności, z jakimi wszyscy mierzymy się na co dzień. Na tym tle przeistaczanie się pogrążonego w permanentnej depresji, wyraźnie odstającego od "normy", a w konsekwencji wyalienowanego i nierozumianego przez nikogo Arthura w bezwzględnego i sycącego się poczuciem władzy nad życiem i śmiercią Jokera, to tylko kwestia czasu. Kwestią czasu jest też fakt stania się liderem ruchu niezadowolonych, którym ulgę przynoszą już wyłącznie agresja, niszczenie i podpalanie świata. I to, jak szybko ta apokaliptyczna wizja znajdzie odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Anna Solak

  • "Joker"
  • reż. Todd Phillips

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019