Kultura Poznań.pl

Opinie

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Gra pozorów

Od czasu seansu "Kac Vegas", który okupiłem niemałym bólem głowy, ostrożnie podchodzę do amerykańskich filmów traktujących o z pozoru przewidywalnych imprezach, zmieniających się w szaleńczą jazdę rollercoasterem. Po "Wieczorze gier" zapewne znów dam tego rodzaju produkcjom kredyt zaufania, bo choć najnowszą komedię Johna Francisa Daley'go i Jonathana Goldsteina od logiki dzielą lata świetlne, to stanowi ona rozrywkę całkiem przyzwoitej klasy.

.
fot. materiały dystrybutora

Max i Annie uwielbiają rywalizację. Nieważne czy grają w karty, bierki, statki, szarady, kalambury, scrabble, Chińczyka czy Monopoly, zawsze walczą o jak najwyższe zwycięstwo. Raz w tygodniu organizują dla swoich znajomych wieczór gier, podczas którego realizują swoją pasję. Pewnego razu pałeczkę gospodarza przejmuje Brooks, charyzmatyczny brat Maxa, który przygotowuje zabawę związaną z fikcyjnym porwaniem jednego z uczestników. Jednak coś idzie mocno nie tak i na miejscu zjawiają się prawdziwi porywacze. Szóstka przyjaciół zostaje wciągnięta w grę, w której nie obowiązują żadne reguły, a kule z rewolwerów potrafią wyrządzić całkiem realną krzywdę.

Choć punktem wyjścia jest ograny temat, czyli niewinna zabawa przeradzająca się w noc pełną niespodzianek, to twórcy doskonale odrobili lekcję i oparli scenariusz nie tylko na gagach, ale również na świetnie zgranych ze sobą postaciach. Między odgrywającymi głównych bohaterów Jasonem Batemanem i Rachel McAdams iskrzy od chemii, znakomicie zostały rozpisane też pozostałe pary - Michelle i Kevin kłócący się o jej dawną jednonocną przygodę z gwiazdą filmową oraz nieco przygłupi Ryan gustujący w równie lotnych co on modelkach, który tym razem zaprosił starszą, ale błyskotliwą Sarę - to czyste samograje. Wisienką na torcie jest sąsiad i rozwodnik Gary, z zawodu policjant, nieustannie paradujący z małym terierem pod pachą i próbujący w mało subtelny sposób wprosić się na imprezę. Mimo że wcielający się w niego Jesse Plemons ekspresję mimiczną ograniczył do minimum, bezpardonowo zawłaszcza każdą scenę, w której się pojawia.

Ilością żartów z "Wieczoru gier" można by obdzielić dwie przyzwoite komedie, a odniesienia do znanych filmowych perełek to ukłon w stronę każdego zapalonego kinomana - nawiązania do "Podziemnego kręgu", "Pulp Fiction" (McAdams imitująca Amandę Plummer ze sceny napadu na bar wypada przeuroczo) czy "Szóstego zmysłu" są pierwszorzędne. Co ważne, gagi nie potykają się o siebie - działają (w różnym stopniu, ale jednak) zarówno te oparte na dialogach, jak i czysto sytuacyjne. Dodatkowo zaangażowanie widza twórcy kupują fabularnymi, niełatwo dającymi się przewidzieć zwrotami akcji. Pomysł mieszania się prawdziwych i fałszywych zdarzeń zapożyczyli z bardzo dobrej i chyba wciąż po latach zbyt mało docenianej "Gry" Davida Finchera, tyle że zamiast dramatyzmem, nasycili go humorem i bezpretensjonalnością. Niespecjalnie przywiązują wagę do wiarygodności tego, co się dzieje na ekranie, ale też nie przekraczają granicy nielogiczności.

W filmie Daley'go i Goldsteina nie ma co liczyć na głębię postaci, refleksję czy intelektualną przygodę. "Wieczór gier" jest przede wszystkim zabawny i spełnia się jako czysto eskapistyczna, niezobowiązująca rozrywka. Od porządnie zrealizowanej komedii nie trzeba oczekiwać niczego więcej.

Adam Horowski

  • "Wieczór gier"
  • reż. John Francis Daley i Jonathan Goldstein

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018