Kultura Poznań.pl

Opinie

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Dr Jekyll i Mr Hyde

Jedną z ciemniejszych stron popkultury jest to, że - podobnie jak masowa wyobraźnia - żywi się również mrocznymi postaciami, które najłatwiej rozbudzają emocje. Nie bez przyczyny to właśnie takie nazwiska jak Charles Manson, Ted Kaczynski czy wreszcie Ted Bundy stają się jej częścią, a ich życiorysy kanwą, na bazie której kręci się dochodowe filmy przyciągające do kin tłumy widzów.

.
fot. materiały dystrybutora

Theodore Robert Cowell Bundy, szerzej znany po prostu jako Ted Bundy, jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych seryjnych morderców Ameryki. Choć od jego zbrodni w latach 70. ubiegłego wieku minęło już blisko 50 lat, wciąż przeraża (lub fascynuje) zarówno kryminologów i psychologów, jak i zwykłych obywateli. Jego "popularność" wzięła się po części z tego, że dotyczące go procesy sądowe były po raz pierwszy w historii transmitowane na żywo w telewizji. Dzięki temu Bundy z okrutnego mordercy i potwora przeistoczył się dla niektórych w swoiście pojmowanego bohatera (bardzo długo utrzymywał na oczach całego zgromadzonego przed telewizorami świata, że nie jest winny zarzucanych mu zbrodni), dziś powiedzielibyśmy - celebrytę. Faktem jest jednak, że popełnił kilkadziesiąt przerażających zbrodni, mordując młode kobiety (jego najmłodsza ofiara miała 12 lat!) w niewyobrażalnie brutalny sposób. Do dnia wykonania wyroku, jakim była kara śmierci wykonana na krześle elektrycznym, przyznał się do około 30. z zarzucanych mu czynów, choć organy ścigania zajmujące się jego sprawą szacują, że mogło być ich ponad dwukrotnie więcej.

Brzmi jak materiał na film? Nic dziwnego, w końcu kino już dawno przyzwyczaiło nas do tego, że biografie seryjnych morderców mają w nim swoje zasłużone miejsce, zaraz obok biografii polityków czy artystów. Tego typu obrazy najczęściej dzieją się na dwóch płaszczyznach - poza salą sądową, gdzie ukazują z pozoru proste i zwyczajne życie głównych bohaterów, i na sali sądowej, gdzie wspomniani bohaterowie na bazie zarzucanych im przestępstw niczym Mr Hyde przeobrażają się we wcielenia zła.

Podły, okrutny, zły Joe Berlingera różni się od oklepanego schematu jedynie tym, że jego główny bohater, podobnie jak jego pierwowzór, do momentu wydania wyroku (i jeszcze wiele lat później) utrzymywał, iż nie jest tym, za kogo się go podaje. Zyskiwał tym przychylność zaskakująco dużej liczby osób, które do końca wierzyły w jego deklarowaną niewinność. Do tego stopnia, że zafascynowane Bundym kobiety słały do więzień w których przebywał listy miłosne, a jedna z nich już podczas jego pobytu za kratami zaszła z nim w ciążę i urodziła mu córkę. Postać Carole Anne Boone, bo o niej mowa, pojawia się zresztą w filmie Berlingera, choć jest tu potraktowana o wiele bardziej marginalnie (moim zdaniem niesłusznie) niż Elizabeth Kloepfer, która przez wiele lat była dziewczyną Bundy'ego i mieszkała z nim pod jednym dachem.

W główne role wcielają się tu Zac Efron (Ted Bundy), Lily Collins (Elizabeth Kloepfer) i John Malkovich (sędzia Edward Cowart) i to właśnie ta aktorka triada odpowiada za wysoki poziom kreacyjny tego obrazu. Niestety, na tym koniec, bo sama konstrukcja i zastosowane przez twórców tego obrazu fabularne chwyty nie są w stanie wynieść go ponad inne tego typu produkcje jak "Zodiak", "Obywatel X" czy choćby nasz polski odpowiednik - "Jestem mordercą". W efekcie nie otrzymujemy dzieła filmowego, które chociaż w minimalnym stopniu pokusiłoby się o jakąkolwiek próbę zdefiniowania zła czy zrozumienia mechanizmów, które powodują, że to zło jest w stanie kogoś pociągać, a jedynie technicznie poprawny i płaski życiorys jednego z najbardziej znienawidzonych ludzi Ameryki. Szkoda, bo jako widz bardzo chętnie dowiedziałabym się co sprawia, że spośród tylu filmowych propozycji tej wiosny sama wybrałam właśnie ten.

Anna Solak

  • "Podły, okrutny, zły"
  • reż. Joe Berlinger

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019