Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Nie ma niczego

Najnowsze "dzieło" Patryga Vegi już nawet nie udaje, że jest filmem. To wyłącznie zlepek poszczególnych scen odgrywanych sekwencyjnie jak w szkolnym przedstawieniu, które składają się na skrajnie nużącą, ponad dwugodzinną całość pod złowieszczo (jak to bywa u Vegi) brzmiącym tytułem.

.
fot. materiały dystrybutora

"Polityka". To proste, a jednocześnie mówiące wszystko o filmie hasło miało - jak przypuszczam - znamionować kino zaangażowane społecznie, dotykające tematu nadużyć i nieprawidłowości na najwyższych szczeblach, demaskujące przewinienia polityków z pierwszych stron gazet. Coś jak "Kler" Smarzowskiego, z którym najnowsza produkcja Patryka Vegi ma tyleż wspólnego co klapki Kubota ze smokingiem. Trudno mi wyobrazić sobie, że widzowie idący na najnowszy film Vegi oczekują rozrywki na poziomie, jednak rozrywki oczekują na pewno. Tyle że o ile dostawali ją w przypadku wcześniejszych premier "króla box office'u" (w "Pitbullu" przyzwoitą, w kolejnych filmach już coraz bardziej tanią i prostacką), o tyle tu jej poziom wynosi zero.

Wierne ucharakteryzowanie aktorów na najbardziej rozpoznawalne postaci polskiej sceny politycznej i włożenie im w usta ich dosłownych (!) kwestii i bon motów to podstawowy problem tego tytułu. "Nas nic nie przekona, że białe jest białe, a czarne jest czarne" w ustach Grabowskiego/Kaczyńskiego czy powtarzane wielokrotnie "Alleluja i do przodu!" u Zamachowskiego/Rydzyka ani nie bawi, ani nie przyprawia o żadną refleksję. Jedynie nuży, zwłaszcza w zestawieniu z fabułą opartą na scenariuszu Olafa Olszewskiego, która podąża chyba tylko w sobie znanym kierunku, nie klejąc się i nie prowadząc do niczego. No, chyba że do finałowej sceny z gołym tyłkiem w roli głównej. Gołych tyłków, podobnie jak przekleństw i narkotyków, jest tu zresztą całkiem sporo. Tak jakby Vega zapomniał, że dawno zszedł już w planu "Kobiet mafii" i kręci teraz film zaangażowany, którego "powinni się bać" politycy. I to wszyscy.

Tymczasem dysproporcja w tym na ile dostaje się obozowi władzy, a na ile opozycji, jest ewidentna. Poza tym "dostaje się" to eufemizm, bo prócz obśmiania językowych potknięć, chłopskiego pochodzenia czy podwójnej moralności bohaterów nie znajdziemy tutaj niczego, czego nie zdradzałby już sam trailer. Mało tego, postaci wzorowane (nieoficjalnie rzecz jasna) na osobie Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza czy Beaty Szydło wzbudzają raczej litość niż niechęć. Bohaterowie ukazani na tle zwykłej codzienności, naznaczonej brakiem pewności siebie czy dojmującą samotnością wywołują współczucie, nie gniew i odrazę. Zatem skutek odwrotny do zamierzonego.

"Są filmy, które wstrząsają widzami, stając się wydarzeniami daleko wykraczającymi poza świat kina i bezpowrotnie zmieniającymi rzeczywistość... "Polityka" Patryka Vegi z pewnością jest jednym z nich. Utrzymywane na etapie produkcji w całkowitej tajemnicy najnowsze dzieło to film, który z właściwą reżyserowi ostrością portretuje środowisko wzbudzające w kraju powszechne i skrajne emocje. Które dzieli Polaków jak żadne inne. I które nigdy dotąd nie zostało równie przenikliwie pokazane na dużym ekranie." - zapowiadali jego twórcy jeszcze przed premierą. Żadne z tych zdań nie jest prawdziwe. "Polityka" ani nie zmienia rzeczywistości, ani nie ma w sobie przenikliwości, ani nawet nikogo nie portretuje.

Jeśliby pokusić się o polityczną metaforę, najnowsza produkcja twórcy "Pitbulla", "Kobiet mafii" i "Botoksu" przypomina fenomen Krzysztofa Kononowicza z 2006 roku. W swojej internetowej kampanii wyborczej kandydat na prezydenta Białegostoku głosił hasła: "Nie będzie policji, nie będzie kanarów, nie będzie niczego". Każdy wie, że to niepoważna propozycja, a jednak po czymś takim popularność szybuje w górę. Na szczęście zazwyczaj równie szybko spada.

Anna Solak

  • "Polityka"
  • reż. Patryk Vega

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019