Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

Prawdziwa sztuka dobra się nie boi

Rozmowa z Krzysztofem Koehlerem

K. Koehler
K. Koehler

Wchodzimy w czas adwentu, czyli oczekiwania. Na jego końcu będą Narodziny Boga... Dla jednych ten sakralny rytm przeżywania czasu jest nadal ważny - wręcz najważniejszy (mimo okołoświątecznego marketingowego blichtru); dla drugich jest już tylko kodem kulturowym, a dla jeszcze innych - wyłącznie ciepłym rytuałem. Jaką rolę w dzisiejszej kulturze i sztuce odgrywa sacrum?

Trudno generalizować, ale jedną z pewnością: drażni. W nurcie tzw. sztuki krytycznej odwołanie się do sacrum ma w naturalny sposób drażnić, wywoływać oburzenie. Mówi się, że wstrząs, który ma przeżyć osoba wierząca, w sytuacji, kiedy profanuje się święte dla niej symbole, ma prowadzić do refleksji.

Jest to prawdziwa wykładnia?

Nie wierzę. Jaki to ma być poziom refleksji? O czym? Gdyby był w tym projekcie sztuki jakiś element "myślenia przeciwko sobie", to można by wierzyć w taką wykładnię. Ale wydaje mi się, iż całe to działanie jest po prostu taką albo inną formą walki z chrześcijaństwem i może nie ma sensu inaczej tego nazywać. Inną kwestią jest to, iż sztuka czy kultura współczesna bardzo lubi swoją strategię podejrzeń, czyli lubi wzmacniać w nas to, co jest w nas złe, egoistyczne, grzeszne, wietrząc w naszych postawach wobec życia hipokryzję, zakłamanie, samozadowolenie. Ale sztuka, wierzę w to, prawdziwa sztuka jest od wzmacniania w nas tego, co w nas dobre, a nie złe.

Czy dzisiaj jest jeszcze miejsce na twórcze napięcie pomiędzy sztuką a sacrum, które pozwala na ich wzajemne napędzanie się?

Tak, ale na co dzień coraz trudniej mi to napięcie dostrzec. W podejściu sztuki do sacrum pojawia się raczej grymas, szczególnie w naszym kręgu kulturowym. Tak, jakby artyści uważali, że język poważnego nawiązania do sacrum jest już zużyty i nie da się nic oryginalnego na ten temat powiedzieć.

Ale zarazem sztuka, odchodząc od sacrum, uniemożliwiając sobie wejście w aurę sacrum, traci na znaczeniu, bo w ludzkim życiu sacrum jest ważne - jest osią życia człowieka.

Może więc robi to z zemsty - taka mi przyszła dziwna myśl do głowy - z zemsty, że nie potrafi unieść sacrum, że wstydzi się go, nie potrafi znaleźć odpowiedniego języka? Może sztuka "mści się" na sacrum, na religii i czerpie swój napęd do z walki z sacrum?

Jest tu na pewno wielka trudność. Sam to dostrzegam, pisząc wiersze. Przekonuję się, że znacznie łatwiej jest mi napisać wiersz o miłości czy o śmierci niż wiersz patriotyczny.

Dlaczego?

Otoczeni jesteśmy ogromną liczbą językowych, obrazowych, ideowych i symbolicznych kalek, które, kiedy szuka się odpowiedniego wyrazu, jak demony łapią za pióro i wołają o uwagę. Stąd u piszącego pojawia się problem najważniejszy: autentyczność głosu. To wcale nie jest kwestia oryginalności. Poprzeczka w przypadku poezji sakralnej czy patriotycznej umieszczona jest naprawdę wysoko, chwała więc tym, którzy to potrafią. Dla mnie wielkim objawieniem w tym względzie wciąż jest Jan Polkowski.

Wróćmy do sacrum. Czy współczesna sztuka karmi się negacją, dezintegracją sacrum - powiedziałbym nawet: Boga - a co za tym idzie - Jego uprzedmiotowieniem?

Tak, można odnieść wrażenie, że dzisiejsza sztuka instrumentalizuje Boga, urzeczowia Go, stara się Go zwalczyć. W rzeczywistości jednak nie do Niego się odnosi, tylko do symboliki, poprzez którą On się przejawia. Jest więc dość powierzchowna. Z kolei głęboka sztuka - mówiąc nieco patetycznie: metafizyczna - która próbuje się zmierzyć z rzeczywistością, opisać los ludzki w słowie lub dźwięku, dotknąć go i zamknąć w obrazie, prędzej czy później dotrze do tego autentycznego sacrum, czyli do sensu, czyli do Niego, bo On jest sensem świata. Sensem tego, co jest.

Odnoszę wrażenie, że tradycyjny podział na sacrum i profanum został przez dzisiejszą sztukę świadomie zatarty; że tej opozycji już nie ma. Jest za to rzeczywistość, która została zdezintegrowana - wszystko rozbiliśmy, rozłożyliśmy na czynniki pierwsze - i jedynym sacrum, które nam zostało, jest wolność. Ona zastąpiła Boga. Wolność rozmaicie rozumiana, choć często jako pełna swoboda. A źródłem tej wolności i jej depozytariuszem jest sztuka czy szerzej: kultura.

Zgadzam się z tą diagnozą. Kwestię przewagi wolności nad zobowiązaniami w stosunku do ludzkiej wspólnoty, testowania granic tej wolności i jej ubóstwienia świetnie, już dawno temu, pokazał Horacy w Liście do Pizonów. Czyli jest to dosyć stary problem. Dzisiaj jednak faktycznie wolność uzyskała też status celu działania artystycznego: swoim dziełem poszerzam granice wolności; swoim dziełem sprawdzam jej ¬rozciągliwość (co mi wolno). Ale taka wolność, która nie jest zakorzeniona we wspólnocie i staje się głównym punktem odniesienia do twórczości artystycznej, prowadzi w końcu ku pustce, a wpierw ku obojętności u odbiorców, którzy od sztuki (nawet niekiedy tego sobie nie uświadamiając) chcieliby czegoś więcej: sensu, wskazówek, pytań dla egzystencji ważnych, a nie testowania: co wolno, a czego nie.

Podczas wrześniowego Kongresu Kultury Europejskiej, który odbył się we Wrocławiu, uczestniczyłem w kilku panelach dyskusyjnych. Każdy dotyczył innej kwestii. Tylko w jednym z nich raz przywołano imię Boga i to na zasadzie figury retorycznej. Perspektywy sacrum nie było, została jakby wykluczona z dyskursu. Czy sztukę już można tworzyć bez sacrum?

W pańskim pytaniu "czy można?" są zawarte dwa znaczenia. Odpowiadając na pierwsze: można, czyli da się robić sztukę bez sacrum, bo tak się dzieje. (Czy taka sztuka ma sens i przyszłość - to inna kwestia.). I drugie: czy powinno się tak robić, czy taka postawa służy sztuce? I odpowiadam: nie służy. Taka twórczość, taka kultura prowadzi do zaprzeczenia sensu działalności twórczej. Staje się wtedy jakąś formą li tylko aktywności społecznej, politycznej czy obyczajowej. Owszem, tego typu zadania mogą być zadaniami dodatkowymi, ale nie podstawowymi.

Czyli jakimi?

Czyli zasadami pierwotnymi, które formują człowieka.

Sugeruje Pan, że kultura i sztuka stały się dziedziną sporu socjologicznego. To trwała tendencja czy moda?

Moda. A może choroba. Poważnie podchodzący do twórczości artysta kieruje się wspomnianymi zasadami, nawet jeśli czasami ulegnie pokusie uczestniczenia w takim czy innym sporze socjologicznym. Ale jeśli poważnie traktuje swoją profesję, to samo poważne podejście wcześniej czy później upomni się o rzeczy naprawdę ważne.

Jednym z wytrychów do rozumienia współczesnej sztuki jest pojęcie "transgresji". Wydaje się, że przekroczono już wszystko - w tym sacrum - i to na wiele sposobów. Skoro już nie ma czego przekraczać, to przekracza się to, co już przekroczone. I tak wpadamy w błędne koło...

A skończy się to wszystko wzruszeniem ramion - obojętnością. Ludzie tylko wtedy przyjmą sztukę, kiedy się zorientują, iż do czegoś ona im się przydaje. Może być ona rozrywką, może wzruszeniem, ale ważna jest dla nich wtedy, kiedy wnosi coś w ich życie. Jeśli nie wnosi nic, mimo całego medialnego zgiełku wokół, np. jakiegoś spektaklu, to zaczynają tę twórczość, dzieło ignorować. Oczywiście zawsze się znajdzie jakaś grupa tych, którzy albo nie przyznają się do tego, albo też wstyd im będzie się przyznać, albo też mają jakieś inne powody, by na przykład mimo wszystko uznawać, że ostatni spektakl Krzysztofa Warlikowskiego Koniec jest świetny. Ale tak nie jest, bo to nie jest dobra inscenizacja, czego wyrazem są ludzie wychodzący ze spektaklu w jego trakcie. Taki widz powie Bawcie się sami i pójdzie do kina na komedię romantyczną. W ten sposób kultura się alienuje, skazuje na nieistotność. I o to mam żal do tego świetnego reżysera, że zapomniał może trochę o widzach. Ale może to tylko jakiś chwilowy moment w jego twórczej drodze.

Sacrum bliżej do metafizyki i etyki niż do psychologii i socjologii. Tymczasem dzisiaj w kulturze dominują te ostatnie dziedziny. Do tego dochodzi ekonomia ze swoimi pojęciami: menager kultury, przemysł kultury, zarządzanie kulturą. Do czego to prowadzi?

Do utowarowienia kultury. Nie ma więc co się dziwić perspektywie socjologicznej, która jest bardzo przydatna do takiego postrzegania kultury. Nie mam nic przeciwko temu. Tylko że nie można zapominać, że gdzieś pośrodku tej "fabryki" jest poeta i jego kartka papieru, artysta i jego płótno, muzyk i jego instrument. I to on tworzy dzieło. A będzie ono znaczące, jeśli pojawi się w nim wartość, która, jak powiedział kiedyś Rilke może twoje życie zmieniać, kiedy otwierało się będzie na Tajemnicę i pytało odważnie o sens istnienia.

Perspektywy postrzegania kultury się zmieniają, instytucje powstają i giną, ale uczciwe perspektywy tworzenia od zawsze pozostają takie same.

Rozmawiał Dariusz Jaworski

Krzysztof Koehler - poeta, krytyk literacki, eseista, manager kultury; autor sześciu tomików poetyckich, współredaktor brulionu; profesor na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego; w latach 2006-2011 dyrektor TVP Kultura. W grudniu w Poznaniu ukaże się jego najnowsza książka poetycka Od morza do morza.