Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

Prawdopodobnie jestem mieszczuchem

Rozmowa z Piotrem Kruszczyńskim, dyrektorem Teatru Nowego

Piotr Kruszczyński, fot. B. Sowa
Piotr Kruszczyński, fot. B. Sowa

Masz jakiś program nowego Teatru Nowego?

Oczywiście, że mam. Kłopot polega na tym, że powstaje on w pośpiechu. Objęcie dyrekcji teatru na początku września, w trakcie sezonu, wiąże się z dużym problemem: większość reżyserów ma już jakieś plany. Na szczęście udało mi się namówić niektórych z nich, żeby te plany pozmieniali i - wierząc w to, że powstanie tu ciekawe miejsce - zaufali mi. Teraz umawiamy się na konkretne terminy.

Wokół jakich zagadnień, jakich tematów, jakiej formy budujesz ten program?

Chcę różnorodności, wzbogacenia repertuaru o nowe, atrakcyjne konwencje teatralne. Zasługują na to zarówno nasi widzowie, jak i zespół aktorski, którego siła - odkąd pamiętam - była największym atutem tego miejsca. Jednak jakimkolwiek językiem teatru byśmy nie mówili, musi on polegać na uczciwej rozmowie między sceną a widownią, na autentycznym dialogu.

Wchodzisz w miejsce w jakiś sposób określone. Nacechowane, mimo wielu różnych eksperymentalnych zabiegów Janusza Wiśniewskiego, przede wszystkim etykietą mieszczańskości. Co chcesz z tą etykietką zrobić?

Prawdopodobnie sam jestem poznańskim mieszczuchem. I nie mam z tym najmniejszego problemu. Uważam, że sztukę należy dostosowywać do miejsca, w którym się ją uprawia. Znam Poznań bardzo dobrze i wiem, na co mogę liczyć, jeśli chodzi o wspomnianą wymianę myśli między sceną a widownią. Na tym doświadczeniu chcę opierać program kolejnych sezonów.

To pewnie trzeba by było porozmawiać o tym, czym dzisiaj jest mieszczaństwo i kim jest dzisiaj mieszczanin, a może mieszczuch...

Określenie "mieszczuch" zawiera w sobie coś ironicznego. Szczerze mówiąc, właśnie za to je lubię. Zupełnie uczciwie przyznaję się też do tego, że tradycję "chodzenia na słodkie w niedzielę po kościele" oraz chodzenia do teatru po to, "żebyśmy się, mamuśka, trochę odchamili", uważam za coś bardzo wartościowego. Szanuję ją i cenię. Rzadko się bowiem zdarza aż taka szczerość w podejmowaniu kulturalnych wyborów. Wierzę przy tym, że uda nam się tego poznańskiego mieszczucha...

... no właśnie! Będziesz go łechtać czy szczypać?

...prowokować. Do myślenia i do żywej reakcji na to, co na scenie będzie miało miejsce. Wszystko wskazuje na to, że ogłosimy 2012 rok w Teatrze Nowym - rokiem mieszczucha. Będziemy rozmawiali o opałach, w jakich się znalazł.

Masz na koncie wielki sukces w Wałbrzychu. Prowadzony tam przez Ciebie teatr stał się ważnym miejscem na polskiej mapie artystycznej. Objęcie dyrekcji w Wałbrzychu to było wyzwanie. Poznań też jest wyzwaniem? A może to Twój powrót do bezpiecznego domu, w którym można sobie pozwolić na założenie kapci?

Unikam jakichkolwiek porównań z Wałbrzychem. Staram się w ogóle nie myśleć tymi kategoriami. Zdaję sobie sprawę, że to zupełnie inne miejsce, zupełnie inna specyfika.

Jedyne, co na razie łączy te dwa doświadczenia, to fakt, że i tam, i tu zamieszkałem w teatrze. Teraz najbardziej lubię ten moment, kiedy siadam w ostatnim rzędzie widowni na spektaklach, a oglądam je właściwie codziennie, i widzę, jak do teatru co wieczór przychodzą bardzo eleganccy, dobrze ubrani ludzie - głównie po to, żeby przeżyć miły wieczór. To mi bardzo imponuje. To się nie wszędzie zdarza. Na pewno nie zdarzało się w Wałbrzychu, kiedy rozpoczynałem tam pracę. To zupełnie inny punkt wyjścia do poszukiwania tematu do istotnej rozmowy z widzami.

To znaczy, że będzie coraz mniej miło?

Nie, nadal będzie bardzo miło. Powiedziałbym, że będzie nawet jeszcze milej niż do tej pory. Symbolicznie powiem, że bardzo chciałbym zlikwidować wielkie, czerwone pluszowe drzwi, które prowadzą z foyer na widownię dużej sceny. Są tak monumentalne, że właściwie należałoby przed nimi klękać.

No tak, zanim zostałeś reżyserem, zrobiłeś dyplom architekta, więc to wnętrze musi Cię drażnić...

To, co się tu wydarzyło z przestrzenią, określam mianem naiwnego stylu neo-neobizantyjskiego. Nie stać nas obecnie na gruntowną przebudowę, ale wszystko ma zmierzać do tego, żeby Nowy był znów teatrem w ludzkiej skali. Na tym najbardziej mi zależy: żeby człowiek nie miał wrażenia, że wchodzi do świątyni sztuki dla wybrańców.

Ty się w tym teatrze wychowałeś. Nie był dla Ciebie świątynią sztuki?

Był, ale na innej zasadzie. Przychodziłem tu już za czasów Izabelli Cywińskiej. Dokładnie pamiętam, jakie były te moje pierwsze "dorosłe" spektakle i jakie robiły na mnie wrażenie. Chciałbym nawiązać do tamtych czasów, do tradycji mówienia poznaniakom z tej sceny rzeczy ważnych, które odwołują się do idei społeczeństwa obywatelskiego, do poczucia więzi.

Część aktorów, których masz teraz w zespole, pamięta czasy Cywińskiej.

To dla mnie bardzo ważne. W tym zespole rzeczywiście przekazywano pewną tradycję z pokolenia na pokolenie. Chciałbym, żeby tak zostało. Dziś większość zespołów aktorskich ulega odmłodzeniu na zasadzie rewolucji, a ja tego właśnie będę się wystrzegał.

Rozmawiasz z Moniką Strzępką, z Janem Klatą - to bardzo popularne, topowe reżyserskie nazwiska. Pracują w całej Polsce. Dlaczego mają pracować także w Poznaniu?

Ponieważ Poznań jest wart tego, aby pracowała tu czołówka reżyserów europejskich. Chciałbym ich zapraszać z Niemiec, z Litwy, która od lat tworzy w Europie teatralną awangardę. Chciałbym, kończąc moją kadencję, proponować poznaniakom najwyższy poziom teatru europejskiego. Na razie zaczynamy od polskiej czołówki, przeplatając jej spektakle najciekawszymi debiutantami, którzy powinni z Nowego ruszać w teatralny świat: jak kiedyś Nyczak czy później Warlikowski. Zapraszając reżyserów do współpracy, dzielę się z nimi swoimi poznańskimi doświadczeniami, razem smakujemy miasto. Głęboko wierzę, że lokalny problem, opowiadany wrażliwie ze sceny przez wybitnego twórcę, staje się sprawą ponadczasową i uniwersalną.

A na czym polega lokalny poznański problem?

Nie wiem, nie chcę wiedzieć. To jest właśnie temat do rozmowy.

I praca dla dramaturga?

Tak.

Będziecie "diagnozować" to miasto?

To proces, który cały czas trwa. Wystarczy uważnie wsłuchać się w widownię. Podam przykład: mamy w repertuarze spektakle, które cieszą się uwagą i skupieniem ze strony widzów. W nich przekaz aktorów nazwałbym osobistym, a wtedy śmiech widowni brzmi jak satysfakcja z porozumienia. Ale są też tytuły, w których odczuwa się obustronne udawanie. Aktorzy udają ze sceny, że coś ich frapuje, a widzowie udają, że to ich śmieszy do rozpuku. To ważne informacje, kawałek naszej teatralnej "diagnozy miejsca". Żeby teatr mógł spełniać swoją społeczną rolę, powinien rozpoznać gust i potrzeby odbiorców. Nie po to, by im schlebiać, ale by podnosić ponad poziom kultury popularnej, masowej. Prof. Zygmunt Bauman twierdzi, że przyszło nam żyć w kulturze wszystkożerców, w której trudno podzielić odbiorców dzieła sztuki na lepszych czy gorszych, bo wszyscy pożeramy wszystko. Myślę, że dla nowoczesnego teatru to wspaniały moment do poszerzenia kręgu swoich widzów.

A czym chcesz karmić tych wszystkożerców? Wszystkim właśnie?

Na pewno nie będę robił tu fast-foodów. Raczej dania wykwintnie przygotowane.

Jeśli nie fast-food, to raczej sushi, czy raczej kuchnia śródziemnomorska?

Sushi? Dla zdrowego snobizmu - czemu nie?

                                                 Rozmawiała Ewa Obrębowska-Piasecka