Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

Modelowy knociarz Marcinkowski

"Pierwszorzędny knot!" - mawiał z uznaniem poznański grafik Franciszek Burkiewicz o pracach kolegów. Pochwała zawarta była w tonie głosu, słowa ewidentnie jej przeczyły. Żeby zorientować się, czy mówi serio, trzeba było wspiąć się na wyższy poziom.

.
"Zachód słońca (Hel)", reprodukcja z: "Almanach fotografiki polskiej 1934", Wilno 1934. Fot. Władysław Marcinkowski

Błyskotliwa inteligencja - tą kategorią należało dysponować wśród artystów urodzonych przed drugą, jak i pierwszą wojną światową. Socjologowie mówią o momentach granicznych w historii, które wpływają na ukształtowanie pewnych typów człowieka. Ludzie tamtych czasów przeżyli owych momentów w nadmiarze. To budowało instynktowną wręcz inteligencję. Żeby jednak odczytać prawdziwe intencje uwagi Burkiewicza, trzeba było jeszcze szczypty talentu i poczucia humoru. Obdarzeni takimi dobrami stanowili grupę ogromnie atrakcyjną, wiodącą - wzorzec, do którego inni dążyli. Towarzystwo Miłośników Fotografii TMF, o którym pisałam w ubiegłych miesiącach, pozwalało zbliżyć się do tej elity w stosunkowo łatwy sposób. Opanowanie warsztatu "artystycznego" wymagało, jak się zdawało, bardziej umiejętności technicznych niż artystycznych. Zdawało się, że w fotografii każdy może w wyniku pracy nad techniką zostać artystą.

Sowa = myśl mędrca

Ba! W samym środowisku artystowskich fotografów, w Polsce zwanych fotografikami, tę filozofię akceptowano. W 1929 roku w "Polskim Przeglądzie Fotograficznym PPF" autorytet TMF Tadeusz Cyprian tak pisał o pracy autora modelowych knotów w swojej branży: "Zakątek jest wzorowym obrazem w stylu szkoły niemieckiej. Podobnych obrazów dużo przewinęło się przez plansze »Photographische Rundschau«; widok na stare podwórze, ujęty spod łuku bramy, rozmieszczenie fragmentów bez zarzutu, obraz ma głębię, tonacja spokojna. Widać w całości pewną rękę starego praktyka i oko szkolone na dobrych przykładach". Oko należało do Władysława Marcinkowskiego, a Cyprian nie skłamał ani słowem - zdjęcie było technicznie i kompozycyjnie bardzo dobre. Równie przychylną ocenę wystawił autorowi i koledze z TMF drugi poznański autorytet, Bolesław Gardulski. Reprodukowaną tu Mądrość uznał za dowód, że Marcinkowski wzniósł się nad poziom zwyczajnego przedstawienia rzeczywistości. Recenzent pisał pod fotografią, opublikowaną w jednym z kolejnych numerów "PPF" w 1929 roku: "Trzeba włożenia w obraz myśli twórczej, idei autora; obraz musi nie tylko coś przedstawiać, ale i coś wyrażać". Nie skłamał i on, dopatrując się tego na rzeczonym zdjęciu: "Dumająca nad otwartą księgą sowa, symbol mądrości, okulary leżące na księdze, od razu przywodzą nam na myśl mędrca, który przed chwilą porzucił pracę. A że do tego opracowanie techniczne jest bez zarzutu, gra świateł i cieni umiejętnie rozłożona, obraz Marcinkowskiego posiada wysokie walory artystyczne".

Tak, Gardulski naprawdę użył słowa "artystyczne". Ani on, ani Cyprian nigdy nie zdjęli tak przeładowanych, a jednocześnie o tak dosłownie podanej metaforze obrazów, jak Marcinkowski. Zakątek jest bowiem pejzażem, ale z tą samą nieopanowaną liczbą motywów i tak samo drobnomieszczańskich, jak martwa natura z porcelanową czy fajansową sową. Zamiast Zakątka lepiej przywołać inny krajobraz, zarazem jedyną ze znanych do dziś jego prac, którą można oglądać bez konfuzji: Zachód słońca (Hel). I tu widać, że nie doceniał zasady mniej znaczy więcej i kochał dekoracyjne linie, lecz utrwalił bezpretensjonalną chwilę z życia polskiego półwyspu tylko umiarkowanie aranżowanego (para na łódce).

Panna jako nóżka

Zresztą czegóż chcieć od niego, a nawet od recenzujących kolegów z TMF, jeśli w  styczniu 1935 roku jego zdjęcie opublikował prestiżowy, austriacki "Die Galerie" - miesięcznik międzynarodowej fotografii artystycznej. I to jakie! Duszny kadr z modelową drobnomieszczańską martwą naturą. Na blacie stolika nakrytego wzorzystą tkaniną stoi na srebrnej tacce srebrny dzbanek do herbaty, obok filiżanka, dwie połówki cytryny na wyciskaczu, srebrna cukiernica i rzucająca na to wszystko światło lampa z abażurem i porcelanową panną zamiast nóżki; w tle majaczy jeszcze obraz w ramie... Uff. Zaiste - pierwszorzędny knot.

Czyż Cyprian i Gardulski - inteligencja twórcza pełną gębą - nie mogli mówić tego Marcinkowskiemu z miną Burkiewicza prosto w twarz? Był knociarzem ze świetnym warsztatem, a tacy są przecież potrzebni. Swoją drogą "artysta" faktycznie do drobnomieszczan należał. Od 1921 do 1939 miał (czynną do dziś) aptekę "Pod Koroną" przy Górnej Wildzie 61.

A co do zdjęcia w "Die Galerie"... Znalazło się obok 200 innych zdjęć w tym samym numerze, w znakomitej przewadze nowoczesnych. Pół roku wcześniej w Poznaniu odbyła się międzynarodowa wystawa fotograficzna. W jej katalogu "Die Galerie" umieściło swoją reklamę. Z pewnością sprawdzono przedtem skład jury. Zasiadał w nim rzeźbiarz i prezes poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych. Władysław Marcinkowski. Kto tam w Wiedniu mógł wiedzieć, że to nie ten Marcinkowski...

Monika Piotrowska

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018