Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

Między niebem a teatralnym marketem

Rozmowa z Pawłem Szkotakiem, założycielem i reżyserem Teatru Biuro Podróży, który wrócił niedawno z festiwalu w Edynburgu

Paweł Szkotak, fot. M. Lisiecka
Paweł Szkotak, fot. M. Lisiecka

Festiwal Fringe w Edynburgu zakończył się oficjalnie w zeszły poniedziałek. To olbrzymi, międzynarodowy festiwal teatralny. Jak to jest być jego częścią? Czy nie ginie się w ilości wydarzeń?

To jest rzeczywiście wielkie święto teatralne, chyba największy festiwal na świecie. Codziennie odbywa się kilkaset spektakli, koncertów i innych wydarzeń. I oczywiście bardzo łatwo w tym zginąć. Byłem wielokrotnie na całkiem udanych spektaklach, gdzie oprócz mnie trafiło 2-3 innych widzów. Nam jednak szczęście zawsze sprzyjało w Edynburgu. W sumie w tym roku zagraliśmy 24 przedstawienia, sprzedaliśmy ponad 5 tysięcy biletów. Ostatni edynburski spektakl "Makbeta" obejrzało 600 widzów. Padł wtedy rekord frekwencji.

Wyjazd do Edynburga zawsze jest miły, ale wiąże się też ze stresem. Mimo że rozpoznają nas dziennikarze i fotografowie, nigdy nie wiadomo, ilu widzów przyjdzie na spektakl. Jednocześnie jest to wielka frajda i poczucie, że uczestniczy się w ogromnym święcie teatralnym. Są w nie zaangażowani artyści z całego świata, którzy wierzą, że teatr jest istotny. Bezpośredni kontakt z widzem gwarantuje artystyczną satysfakcję.

Pierwszy raz byliście w Edynburgu w 1995 roku, potem jeszcze kilka razy. Czym różniła się ta edycja?

Ten wyjazd był szczególny, ponieważ była to nasza retrospektywa. Pokazaliśmy trzy spektakle: "Makbeta - kim jest ten człowiek we krwi?", "Carmen Funebre" i "Planetę Lem". Zostaliśmy nominowani do nagrody Total Award (wybrano 10 teatrów spośród kilkuset uczestniczących we Fringe). Oprócz tego mieliśmy duży program edukacyjny "Touch Bizarre Planet" (TBP - jak inicjały Teatru Biuro Podróży), w ramach którego prowadziliśmy warsztaty i zaprezentowaliśmy trzy wystawy. Pierwsza z nich to "Teatr bez barier", pokazująca, jak docieramy do miejsc, w których teatr bywa bardzo rzadko lub nigdy, jak np. obóz uchodźców Palestyńskich w Bejrucie, Palestyna, Bliski Wschód, Czarnobyl, Kuba. Drugą wystawę poświęciliśmy recepcji spektaklu "Planeta Lem", który był pokazywany w ośmiu stolicach w ramach programu związanego z prezydencją Polski w UE. Trzecia wystawa dokumentowała nasz dorobek z ostatnich 24 lat (TBP powstał w 1988 roku).

Czyli udany wyjazd?

Na pewno udany. Zaprocentował ciekawymi rozmowami, spotkaniami i zaproszeniami. Edynburg jest piekłem albo niebem dla teatru. Albo się udaje, maszyna zaczyna działać i widzowie przychodzą na spektakle (a trzeba zaznaczyć, że trwa bezwzględna walka o widza), albo się nie udaje. Na szczęście jesteśmy w Edynburgu dobrze znani. Gdy byliśmy tam po raz pierwszy w 1995 roku, dostaliśmy ważne nagrody - "Fringe First" i nagrodę krytyków oraz nagrodę Hamady rok później. Wielu ludzi nas pamięta, rozpoznaje, a nawet zaczepia na ulicy.

Te nagrody otrzymaliście za spektakl "Carmen Funebre", który dotyczy wojny w Bośni w pierwszej połowie lat 90. Jak po 17 latach ogląda i gra się ten spektakl?

To było niezwykłe przeżycie zarówno dla nas, jak i - myślę - dla widzów. Przez ten czas sporo się wydarzyło na świecie, a, niestety, spektakl jest ciągle aktualny. Podejrzewam, że będzie aktualny jeszcze bardzo długo, bo opowiada o wojnie, nienawiści, ale też nadziei. Zagraliśmy go ponad 500 razy, objechał całą kulę ziemską - obie Ameryki, Australię, Azję, Afrykę i Europę. Wszędzie, gdzie graliśmy, widzowie podkładali pod niego lokalny, aktualny albo historyczny kontekst. W przypadku Edynburga uznaliśmy, że skoro dzięki festiwalowi udało się "Carmen Funebre" wypromować i pokazać na całym świecie, to możemy się zrewanżować i dedykować go innym, potrzebującym. Stąd pomysł przedstawienia charytatywnego dla brytyjskiej Amnesty International. Dochód z niego przeznaczony został na wsparcie obozów uchodźców palestyńskich, co wiąże się z naszym wcześniejszym doświadczeniem z obozu Bourj el Barajneh w Bejrucie.

Fringe jest otwarty - nie ma jury i zaproszeń - startuje każdy, kto się zgłosi i opłaci wpisowe. Czy to nie obniża poziomu festiwalu?

Cała idea festiwalu w Edynburgu powstała z potrzeby pojednania po drugiej wojnie światowej. Już wtedy architekci tego festiwalu uważali, że tym, co może zbliżyć narody i pojednać społeczeństwa jest sztuka, a przede wszystkim teatr. I rzeczywiście tak się dzieje. To wielkie, międzynarodowe święto, ale tylko pozornie może tam zagrać każdy. Pierwszą barierą jest bariera finansowa. Żeby na tym festiwalu wystąpić, trzeba mieć albo środki, albo wiarę, że się sprzeda tyle biletów, że się te środki zdobędzie. Albo jedno i drugie. Poza tym trzeba mieć pieniądze na wynajęcie miejsca do grania, reklamę, mieszkania i gaże dla artystów. Zdaję sobie sprawę, że wszystko, co mówię, jest sprzeczne z głoszonym ostatnio w Polsce poglądem, że "Teatr nie jest produktem, widz nie jest klientem". Ten festiwal temu absolutnie zaprzecza. To jest wielki artystyczny market. Jednocześnie sam występ w Edynburgu jest czymś nobilitującym. Teatry wpisują go w swoją biografię artystyczną, bo to oznacza, że są sprawne organizacyjnie.

Czy w związku z tym udział w festiwalu w Edynburgu jest kompromisem między sztuką a ekonomią?

Nie wiem, czy to są kompromisy, ale z kilku rzeczy trzeba sobie zdać sprawę, chcąc wystąpić w Edynburgu. Po pierwsze koszty. Po drugie należy grać w języku angielskim. Po trzecie trzeba być przygotowanym, żeby o widza codziennie jednak w jakiś sposób zabiegać. Skuteczny PR, sesje zdjęciowe, warsztaty, parady, wystawy - cały rozbudowany program artystyczny służy temu, żeby ludzie wieczorem przyszli na spektakl.

Zagraliście podczas tegorocznego Fringe 24 razy. W Poznaniu ostatnio raz podczas festiwalu Stara Gazownia. Czujemy się trochę zazdrośni.

Ja się czuję z tego powodu głęboko nieszczęśliwy, bo ta sytuacja niestety utrzymuje się od wielu lat. Premiera "Makbeta" odbyła się w Cork, premiera "H of D" w Londynie. Co roku gramy po kilkanaście przedstawień w Londynie i innych miastach, a w Poznaniu bardzo rzadko. Bardzo byśmy chcieli grać tutaj częściej. Zaproście nas!

Otwiera się nowa możliwość - na ul. Grunwaldzkiej od końca września startuje Scena Robocza, mająca prezentować teatry alternatywne.

Jesteśmy otwarci na wszelkie propozycje grania w Poznaniu. Powstaje pytanie o środki finansowe. Nasze przedstawienia są dość kosztowne, mają dużą obsadę. Możemy grać za darmo dla Amnesty International, ale trudno byłoby nam grać za darmo dla poznaniaków. Z tego po prostu żyjemy. Jednak bardzo liczę na okazję, żeby znowu się pokazać, bo pojawiła się w Poznaniu cała grupa ludzi, która nie zna naszych przedstawień. Tym bardziej, że na początek przyszłego sezonu teatralnego przygotowujemy nowy spektakl.

Rozmawiała Natalia Grudzień

Paweł Szkotak - założyciel i reżyser Teatru Biuro Podróży, jednego z najbardziej znanych poznańskich teatrów alternatywnych. W 2005 roku został laureatem Paszportu Polityki za "tworzenie mądrego, życzliwego dialogu z widownią w teatrze offowym i instytucjonalnym". Od 2003 roku kieruje Teatrem Polskim w Poznaniu.

Fotografia ze spektaklu "Carmen Funebre": THE SCOTSMAN PUBLICATIONS LIMITED