Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

Matka Trędowatych

Na kilka dni przed swoimi setnymi urodzinami doktor Wanda Błeńska siedzi w jednej z pierwszych ławek kościoła Dominikanów w Poznaniu. Na południową mszę przychodzi tu prawie codziennie. W Afryce było podobnie. Dzień rozpoczynała od wizyty w małej kaplicy, dopiero potem zabierała się za leczenie swoich pacjentów. Tak przeszło czterdzieści lat.

Wanda Błeńska. Fot. W. Wylegalski
Wanda Błeńska. Fot. W. Wylegalski

- Bez wiary nie mogłabym tam wytrwać - wyznała kiedyś. Bez pasji do pracy na misjach też na pewno nie. Marzyła o nich od dziecka. By zostać misjonarką, próbowała nawet przechytrzyć jeden zakon.

Pojechać na misje

Ulica Ratajczaka z kamienicą, w której urodziła się 30 października 1911 roku, nosiła jeszcze nazwę Rycerskiej, a w Poznaniu panowali Prusacy. Na chrzcie w pobliskim kościele pw. św. Marcina rodzice dali jej imiona: Wanda Maria. Matka szybko zmarła i Wanda została półsierotą.

Lata szkolne spędziła w Toruniu - ojciec wyjechał tam z nią i starszym rodzeństwem. Po ukończeniu gimnazjum wróciła do Wielkopolski i zapisała się na Wydział Lekarski Uniwersytetu Poznańskiego. Była najmłodsza na roku - gdy rozpoczynała studia, nie miała jeszcze siedemnastu lat.

- Tak daleko, jak mogę cofnąć się myślą, miałam za młodych lat jedno marzenie i silny zamiar: zostać lekarką na misjach - wyznała kilkadziesiąt lat później. To dlatego poszła na medycynę. Obiecywała sobie, że gdy skończy studia, pojedzie leczyć tubylców na Czarnym Lądzie.

Do misji przygotowywała się od początku studiów - na uniwersytecie działało Akademickie Koło Misyjne. Wanda była w swoim żywiole: pakowała książki, leki i opatrunki dla polskich misjonarzy w Chinach i Rodezji. Chodziła do poznańskich parafii z przeźroczami o misjach, redagowała Annales Missiologicae - pismo wydawane przez koło. - To były moje najmilsze lata - będzie wspominać na starość studenckie czasy.

Ale zostać świecką misjonarką nie jest łatwo. Przed wojną wysyłano tam tylko zakonnice. Błeńska ani myślała zrezygnować ze swego największego marzenia. Wymyśliła, że wstąpi do zgromadzenia misyjnego, a jak wyjedzie na misje - to z zakonu wystąpi. Była tak szczera, że ze swoich planów zwierzyła się przełożonej jednego z klasztorów. Zakonnica tylko się uśmiechnęła.

Po studiach wróciła do Torunia i pracowała w szpitalu. Wciąż myślała o misjach - ukończyła w Warszawie kurs bakteriologii. W czasie wojny pracowała w tym samym szpitalu, ale już nie jako lekarz - była asystentem technicznym. Działała w Armii Krajowej. W 1943 roku jej grupa wpadła - Błeńska została aresztowana, groziła jej kara śmierci. Rok później wyszła na wolność - wykupiło ją podziemie.

Po wojnie pojechała do Niemiec, do ciężko chorego brata. Stamtąd przedostała się do Anglii, pracowała w szpitalu i ukończyła kurs medycyny tropikalnej. Szczęście wreszcie się do niej uśmiechnęło: od napotkanego misjonarza dowiedziała się, że w ugandyjskim mieście Fort Portal ma powstać nowoczesny szpital dla chorych na trąd; będą potrzebować lekarzy. Błeńska napisała list do miejscowego biskupa. Półtora roku później dostała odpowiedź: ma przyjechać natychmiast. W lutym 1950 roku wsiadła na statek i popłynęła do Afryki. Spędziła tam 42 lata.

Trąd jak AIDS

Pół wieku temu trąd budził taki sam strach, jak dzisiaj AIDS. Błeńska wiedziała, że nie można się nim zarazić przez zwykłe dotknięcie chorego. Kiedy badała pacjentów, nie zakładała rękawiczek. Jakieś ryzyko jednak istniało. Jednak lekarka miała ważny powód, by ryzykować. - A co by o mnie pomyślał chory, gdyby wyczuł, że się go boję albo brzydzę? - to jej odpowiedź.

Raz najadła się strachu. Była siódmy rok w Afryce, gdy pod prawym kolanem zauważyła zdrętwiałe miejsce. Co chwilę patrzę na to i macam. Poczekam do poniedziałku - może przejdzie? - zapisała w pamiętniku. Przeszło.

Szpital w For Portal nie powstał. Błeńska dostała pracę w ośrodku dla trędowatych w Bulubie nad Jeziorem Wiktorii. Mały zakład leczniczy z niewielkim osiedlem dla trędowatych założyły przed wojną franciszkanki z Irlandii. Trędowaci mieszkają w nędznych chatach z błota i wysuszonych na słońcu cegieł. Nie ma światła elektrycznego ani bieżącej wody. Żeby w prowizorycznej salce operacyjnej mieć dzienne światło, Błeńska kazała usunąć dachówki i wstawić szybę. Za stół operacyjny służyło jej łóżko polowe.

Zmagała się nie tylko ze strachem tubylców przed trądem, ale i z lokalnymi zabobonami. Ludzie bardziej tam wierzą czarownikom niż lekarzom. Czasem musiała szukać podstępu, żeby nakłonić chorego do podjęcia leczenia. Ale do białej lekarki przychodziła też miejscowa elita: nauczyciele, wojskowi, policjanci, duchowni. - Oni byli moją żywą reklamą. Trąd przestał w końcu budzić przerażenie - wspominała później Błeńska.

Najtrudniej było wtedy, kiedy musiała podjąć jakąś skomplikowaną decyzję medyczną i nie miała się kogo poradzić. Żeby się dokształcić, jeździła motocyklem po sto kilometrów do stołecznej Kampali. Było jej łatwiej, kiedy pod koniec lat 60. do Buluby przyjechali lekarze z Polski.

Dzięki Błeńskiej prowizoryczne niegdyś leprozorium w Bulubie zmieniło się w nowoczesne Centrum Leczenia Chorych na Trąd. Powstał gabinet z prawdziwego zdarzenia, salka operacyjna, dobrze wyposażone laboratoria i sale wykładowe dla kształcącego się tutaj przyszłego personelu. Prowizoryczne chaty dla pacjentów zastąpiły cementowe bloki.

Ugandyjczycy nadadzą ośrodkowi w Bulubie imię Wandy Błeńskiej. Pacjenci mówili na nią Dokta. W Polsce przylgnie do niej przydomek Matka Trędowatych. Błeńska za nim nie przepada. Uważa, że za bardzo kojarzy się z Matką Teresą. A ona przecież do niej "nie dorasta".

Z flagą Ugandy

W mieszkaniu Wandy Błeńskiej na poznańskich Ogrodach mnóstwo pamiątek z Afryki: czarno-żółto-czerwona flaga Ugandy, afrykańskie rzeźby, dużo zdjęć.

Była po osiemdziesiątce, kiedy w 1993 roku wróciła do Polski. Mimo sędziwego już wieku, ani myślała zrezygnować ze swojej pasji. Wykłady w warszawskim Centrum Formacji Misyjnej, spotkania ze studentami, prelekcje w kościołach. Wszędzie, gdzie mogła, prosiła o pomoc dla afrykańskich dzieci. Najbardziej zależało jej, żeby mogły się uczyć.

Wyznała kiedyś, że jest dumna z rodzinnego Poznania. A najbardziej z tego, że w średniowieczu, kiedy trąd grasował również w Europie, rajcowie zbudowali ośrodek dla trędowatych z łaźnią. Swoją pasją potrafiła zarazić innych. Piątkowska Szkoła Społeczna, której od kilkunastu lat patronuje Błeńska, włącza się w różne akcje humanitarne na rzecz Czarnego Lądu. By uczcić 100-lecie urodzin Patronki, nauczyciele i uczniowie przyłączyli się do akcji Woda dla Afryki.

Znajomi mówią, że doktor Błeńska każdego potrafi zarazić swoim optymizmem. Oprócz pogody ducha, jeszcze jednej rzeczy nie zatraciła - skromności. Ze szczerym zakłopotaniem przyjmuje kolejne nagrody. Kiedy ktoś przywołuje jej zasługi, odpowiada: - Może kto inny zrobiłby więcej.

                                                                                             Stanisław Zasada