Kultura Poznań.pl

Książki

opublikowano:

Znajdować nowe języki

- Emigracja - o czym wiadomo - jest przekleństwem i szansą. Pisało o tym wielu ludzi mądrzejszych niż ja - mówi Roman Chojnacki*, poeta i krytyk literacki.

Roman Chojnacki, fot. archiwum prywatne
Roman Chojnacki, fot. archiwum prywatne

Choć "pretekstem" do rozmowy jest wydany niedawno wybór Pańskich wierszy - Dla tego życia - chciałbym zacząć od przeszłości. Był Pan związany z "Nową Prywatnością" - formacją nieoczywistą, bo w czasach społecznego i politycznego zaangażowania mówiącą o indywidualności i egzystencjalnych "obowiązkach" literatury. Działał Pan jako poeta, krytyk literacki, redaktor, pracownik teatru... mógłbym długo wymieniać. Jak Pan spogląda na to ze sporego już dystansu czasowego?

Nowe Roczniki, Nowa Prywatność, weszła w życie jako - według opinii ówczesnych krytyków i poetów kręgu Nowej Fali - miękka, nijaka, niezorganizowana grupa ludzi, uciekająca od rzeczywistości PRL w tamtych latach. Sądzę teraz, że jest to ocena co najmniej niesłuszna. Nie mieliśmy (większość z nas) epizodów partyjnych, nie nawoływaliśmy do tworzenia kultury prawdziwie socjalistycznej - vide: Świat nieprzedstawiony Adama Zagajewskiego i Juliana Kornhausera. Pisałem o tym ponad 35 lat temu, chyba w krakowskim "Studencie". Zgadzam się z Edwardem Balcerzanem, który w Przygodach człowieka książkowego wskazywał, że pisaliśmy o brzydocie socjalizmu i siermiężnej rzeczywistości Polski tamtych lat. Ale nie wystarczało nam tylko mówienie, że "gazeta kłamie". Myśmy czuli chyba nieomal cieleśnie, że w tym wszystkim chodzi o niszczenie indywidualizmu, wolności osobistych, wrażliwości. O kreowanie "nowego człowieka", oddanego jedynej słusznej idei... Zabrzmiało znajomo? To dobrze.

Cielesność, ciało, szczególnie dotyk, to jedna z kluczowych figur dla Pana wczesnych tomów. W Apelu poległych ciało zostaje jednak historycznie zdruzgotane, a język milczący. W kolejnym tomie pisze Pan: "ciało od słów oddzielone starannie"...     

Moje wiersze czytano wtedy z użyciem klucza aluzyjności, ukrytych sensów i krytyki politycznej, podczas gdy ja próbowałem pokazywać, jak ta rzeczywistość ma się do pojedynczego człowieka, jak bardzo jest niszcząca, ale i zmuszająca do bardzo głębokiej refleksji nad sobą samym, nad miejscem, w którym jestem i są inni.

Przyszedł stan wojenny, przeorano nasze życia mocno, niektórym głębiej, innym powierzchownie. Wtedy napisałem Apel poległych, bo wiedziałem, że mogę i że się nie boję.

Jednak w tomikach napisanych po wyjeździe z Polski nie odnajdujemy ani skrajnego rozczarowania, ani czystej afirmacji. Są sprzeczności: entuzjazm i lęk, nadzieja i niemoc, ciekawość nowego i nostalgia za utraconym. To "naturalny" stan emigracji czy wypracowywana przez Pana strategia?

Emigracja - o czym wiadomo - jest przekleństwem i szansą. Pisało o tym wielu ludzi mądrzejszych niż ja. 

No tak, nazwisk przywołać możemy masę. Ale każde jednak niosło za sobą swoją historię, inne warunki, inne nadzieje lub wątpliwości związane z migracją. Wyjeżdżał Pan w czasach, gdy również sama "emigracyjność" zaczęła zmieniać swoje znaczenie. Na czym, konkretnie dla Pana, polegało przekleństwo i szansa?

Przekleństwem jest bycie absolutnie samotnym, "dużo ludzi, mało człowieka", jakby za mało było samotności w życiu pisarza, szansą jest natomiast odległość od ludzi i miejsc znanych, przeżytych, kochanych i przeklętych. Wtedy trzeba robić swoje, znajdować nowe języki i sposoby, nie ustawać. Bo przecież, jak ktoś powiedział, obowiązkiem kultury, literatury jest nadawanie światu wartości.

A kształt życia literackiego w Kanadzie miał na Pana jakiś znaczący wpływ?

Moje kontakty z życiem literackim w Kanadzie były zdawkowe, niestałe i na dobrą sprawę nie mogły mieć wpływu na moją twórczość. Prawdą jedyną jest - i to jest piekielnie ważne! - że dzięki Polskiemu Funduszowi Literackiemu w Kanadzie ukazały się moje kolejne tomiki poezji. Chudziutkie, bibeloty, każdy z nich po 20-30 wierszy. Bycie człowiekiem naprawdę sprawnym w języku angielskim pomogło mi natomiast w byciu ascetycznym w słowie, za to chyba precyzyjniejszym w tym, o czym i jak piszę.

Kolejne tomiki zaprowadziły Pana do wydania wyboru wierszy. Wybór jest zawsze wydarzeniem ciekawym. Każe dokonać relektury tekstów, zmusza do selekcji, wreszcie - pozwala na gest poniekąd "kreacyjny": pewne wątki z twórczości uwyraźnia, inne pomija. Może być podstawą dla rzucenia innego światła na dotychczasową twórczość. Kiedy pojawiła się decyzja o stworzeniu wyboru i czym dla Pana ów wybór wierszy jest?

Nad wyborem pracowałem kilka lat. Układałem i niszczyłem raz za razem. I jeszcze raz, i jeszcze raz... Szukałem ciągłości, tego constans swojej poezji. Wyrzucałem gadulstwo pierwszych wierszy, w kilku przypadkach zmieniłem kolejność:  po jakimś czasie dostrzegłem kilka rzeczy, o których piszę właściwie ciągle. I wtedy zdecydowałem, że czas się opamiętać, złożyć go do druku w takiej formie, w jakiej się ułożył. Dużą pomocą był upór i zachęta ze strony współredaktorki tomu, pani Doroty Krawiec-Pierańskiej.

Wspomniał Pan o wpływie języka angielskiego... W zasadzie, biograficznie i literacko, znalazł się Pan na przecięciu dwóch różnych tradycji literackich. One się w jakiś sposób przeniknęły? Pokusiłby się Pan o wskazanie jakichś znaczących dla Pana nazwisk lub utworów?

Ograniczyłem lektury do kilku zaledwie książek: Tej Jednej Mądrej i Kilku Także Mądrych. Wystarczyło. Otarłem się o metafizykę i poszukiwanie Jego, jakkolwiek Go ktoś nazywa. Uznałem, że jest we wszystkim, od dupereli do kosmosu. Pomogło mi. Znalazłem swoje miejsce, słowa i część siebie. A czy to brzmi patetycznie? A cóż mnie to może obchodzić, skoro nie kłamię, bo nie muszę.

rozmawiał Dawid Gostyński

* Roman Chojnacki - poeta, krytyk literacki, redaktor, były sekretarz literacki Teatru Nowego w Poznaniu. Był członkiem studenckiej grupy poetyckiej "Od Nowa" i laureatem wielu konkursów literackich. Swoje wiersze, recenzje, artykuły publikował m.in. w "Integracjach" "Nowym Wyrazie", "Nurcie", "Literaturze", "Odrze", "Czasie Kultury". Swoje teksty w czasach cenzury publikował pod pseudonimem Ludwik Piechocki. W 1986 r. wyjechał do Stanów Zjednoczonych na stypendium Departamentu Stanu rządu USA, a w 1988 wyemigrował z Polski do Kanady. W 2018 r. wrócił do Polski.

  • Seryjni Poeci: spotkanie z Romanem Chojnackim i Michałem Murowanieckim
  • 5.03, g. 18
  • CK Zamek
  • wstęp wolny

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019