Kultura Poznań.pl

Muzyka

opublikowano:

Kultura różnorodności

Festiwal jazzowy odbywający się w dni powszednie, pod miastem, w plenerze, i to tuż obok jeziora - brzmi jak plan na eskapistyczną ucieczkę od rzeczywistości. Enter Enea Festival zapewnił w tym roku jednak znacznie więcej, niż tylko dobry pretekst na tymczasowe opuszczenie dusznego, spalonego słońcem Poznania.

.
fot. T. Nowak

Nigdy nie uczestniczyłem w tej imprezie, nigdy też nie słuchałem jazzu pod chmurką. Po wielu niekomfortowych sytuacjach plenerowych koncertów na Spring Breaku czy festiwalu Malta, pełnych wszelakich audiowizualnych "przeszkadzajek", byłem przekonany, że słuchanie muzyki na żywo powinno mieć miejsce w zaciszu sal koncertowych i ciasnych klubów.

Po przybyciu nad Jezioro Strzeszyńskie poza dmuchanymi obiektami Enei przywitały mnie unoszące się w powietrzu zapachy męsiwa i niezobowiązująca atmosfera wiecznego weekendu. Zrezygnowany sączyłem piwo w lokalu przy galerii ABC, czekając na koncert trochę jak na ścięcie.

Było już późno gdy Leszek Możdżer zaprosił publiczność na Echo serca, określając muzykę jaką mieliśmy za moment usłyszeć mianem abstrakcyjnej. Takiej, która powinna zostać przez nas potraktowana jako rodzaj sesji, masażu dźwiękiem. Zamiast myśleć, trzeba się jej oddać. Gdy Miłosz Pękala zaczął grać na perkusji, a Bartosz Weber odpalił swoje zabawki elektroniczne, negatywnie zaskoczyła mnie trywialność ich interpretacji minimalizmu - zwłaszcza na tle wysokiego poziomu tak wielu przecież młodych polskich twórców muzyki eksperymentalnej. Od wyjątkowo paskudnych loopów więdły mi uszy.

Tępe, wręcz drażniące monotonią bębnienie Pękali, nie przeszkadzało części publiczności, nadal pochłoniętej zajadaniem kiełbasy i rozmowami. Gdy zastanawiałem się czy już pora się zbierać uznałem, że może nie jest to aż tak złe. Że nijakość tej muzyki trochę zmęczy, a przez to i uspokoi słuchaczy. Wizualizacje Wiktora Podgórskiego (odwołujące się do różnych typów kina abstrakcyjnego) uzupełniały informacje o częstotliwościach rezonowania poszczególnych części ludzkiego ciała. A że po ogólnych uwagach padła informacja o okrężnicy (dla ciekawych - 176 Hz), woreczku żółciowym, żołądku, pęcherzu moczowym, nerkach i wątrobie - wiadomym było, że o uciszenie przewodu pokarmowego tu idzie.

Leszek Możdżer dołączył do pary młodych muzyków w momencie, gdy ci przygotowali mu już publiczność, która odtąd w absolutnym skupieniu słuchała wirtuoza fortepianu. Na tle jego maestrii i pozornego braku wysiłku w grze, Pękala i Weber wydawali mi się zbędni, jeśli nie wręcz przeszkadzający artyście.

Młody polski jazz

Prowadząca Enter Enea Festival Agata Kołacz dość trafnie stwierdziła na otwarcie drugiego dnia, że czekają nas trzy bardzo różne od siebie koncerty. Jako pierwszy zagrał Tomasz Chyła Quintet. Młodzi artyści z trójmiejskiego zespołu od pierwszej chwili przykuli moją uwagę muzyką ofensywną i pełną energii. Poza własnymi aranżacjami słynnych utworów, zagrali kompozycje z debiutanckiego, wydanego w zeszłym roku albumu Eternal Entropy, którego tytuł doskonale oddaje chemię i synergię, jakie zachodzą między tą piątką na scenie. Spodobało mi się to, że lider Tomasz Chyła nie próbuje dominować nad resztą muzyków, każdemu z nich zostawiając sporo pola do popisu. W zespole bardzo dobrze wypada również w przemyślany sposób stosowana przez Szymona Burnosa elektronika.

- W muzyce szukam różnorodności. Choć wychodzimy z muzyki jazzowej - spotkaliśmy się wszyscy na wydziale, gdzie uczyliśmy się improwizować, to w każdym z gatunków muzycznych szukamy czegoś, co może zaciekawić słuchacza, zainteresować szerszą publiczność - wyjaśnił mi po koncercie Chyła. Muzycy sprawiają wrażenie doskonale ze sobą zgranych, co prawdopodobnie jest też zasługą ich wspólnej pracy nad utworami.  -  Część w jakiejś formie przynosi Tomek, a potem pracujemy nad tymi kompozycjami. Często zamykamy się w fajnej przestrzeni i gramy, a z tego wychodzą pomysły, które idą w różne strony -  powiedział mi saksofonista Piotr Chęcki.

Co oznacza Schnabulescu Bandini?

Drobna folkowa nuta, słyszalna podczas występu polskiego kwintetu, zabrzmiała w pełni podczas drugiego, nieokiełznanego koncertu wiedeńskiego tria First Strings on Mars. Kontrabasista Georg Breinschmid i skrzypkowie Igmar Jenner oraz Florian Willeitner, to trzy różne osobowości, jednak gdy występują razem prym wiedzie pasja pierwszego - bo też i jego kompozycje zdominowały ten występ. Breinschmid swoim utworom nadaje dość ekscentryczne tytuły, co przekłada się również na ich zupełną nieprzewidywalność.

Jako przykład można podać kompozycję Schnabulescu Bandini.  - Nie mam pojęcia, co to znaczy, bo to rodzaj dadaistycznej gry słów. Schnabulescu brzmi z rumuńska, a Bandini z włoska, więc zupełnie logicznym jest to, że utwór otwiera wstęp w stylu meksykańskiej mariachi - powiedział rozbawionej publiczności.

I choć zaledwie jedną z kompozycji Breinschmid pozwolił sobie określić mianem wirtuozerskiej, to w pozostałych potrafi zachwycić furią, z jaką posługuje się kontrabasem, bezlitośnie szarpiąc i uderzając w struny. Charyzmatyczny artysta czerpie z austriackiej i niemieckiej muzyki ludowej. Na scenie trochę się wygłupia, sięgając po rejestry zbliżające go do niemieckiej tradycji piosenek pijackich. Trio po raz pierwszy wykonało też publicznie utwór The Swindler, w którym Breinschmid połączył "pewnego rodzaju folkową muzykę austriacką z pewnego rodzaju szaleństwem".

Występ dopełniały bardziej melancholijne, wręcz medytacyjne kompozycje Floriana Willeitnera. Jedną z nich - November Licht - napisał rok temu wyjątkowo pięknego listopadowego dnia, " a czasem w listopadzie jest piękne, złote światło, i to właśnie temu wyjątkowemu światłu poświęciłem ten utwór".

Biblijne teksty

Trochę zdziwiłem się, że program drugiego dnia festiwalu zamyka muzyka religijna. Otwierając nocny koncert Psalmów Dawidowych Leszek Możdżer stwierdził, iż naczytał się sporo w Starym Testamencie o praktyce ucinania penisów. Coś było na rzeczy w tej uwadze, bo teksty psalmów w tłumaczeniu Czesława Miłosza zostały poddane pokawałkowaniu. "Literackie" części sześciu utworów wykonał klasycznie Poznański Chór Chłopięcy, a co i rusz przełamywał je kwintet jazzowy.

Chłopcy nie byli dla jazzmanów żadną przeciwwagą. Obsada kwintetu była tak znamienita, że nie za bardzo chciało się słuchać partii chóralnych. Większość czasu skupiałem uwagę na Leszku Możdżerze przy fortepianie i kontrabasiście Larsie Danielssonie, bo dwa zestawy perkusyjne Koryzno i Öströma to dla mnie zdecydowanie za dużo. Gdy przy drugim utworze dołączył do nich Adam Pierończyk na saksofonie, czułem się już naprawdę przytłoczony nadwyżką wybitnych muzyków.

Marek S. Bochniarz

  • Enter Enea Festival
  • 28-30.05
  • plaża nad Jeziorem Strzeszyńskim

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018