Kultura Poznań.pl

Muzyka

opublikowano:

Ci, co grają intensywniej

Na albumie "The Last Minute or Later" spotyka się dwóch chmurnych artystów, którzy lubują się w muzyce improwizowanej reprezentującej ekstremalne skrajności. To poznański perkusista Adam Gołębiewski i Kevin Drumm z chicagowskiego undergroundu, zajmujący się elektroniką. Słuchanie zapisu ich muzycznych interakcji to zarówno przyjemność, jak i miła dla ucha audialna udręka.

.
Kevin Drumm i Adam Gołębiewski "The Last Minute or Later"

Dotąd z pewnym wzruszeniem przypominam sobie okazję, gdy po raz pierwszy usłyszałem grę Adama Gołębiewskiego. Na festiwalu Transatlantyk w 2013 roku występował w Auli Uniwersyteckiej wraz z Yoko Ono i Thurstonem Moorem. A że koncert reklamowano nazwiskami Ono i Moore'a, to zastanawiałem się: "kim jest ten perkusista, który gra w tym obłędnym, udzielającym się publiczności skupieniu?". Ono po każdym utworze musiała trochę odpoczywać i wtedy na scenie dominował duet Moore'a i Gołębiewskiego. Jak dobre i owocne było to spotkanie, można było się przekonać po latach na ich zachwycającym albumie "Disarm".

Druga okazja do posłuchania Gołębiewskiego na żywo nadarzyła mi się trzy lata temu w Lesie. Artysta występował tym razem solowo, a tuż po nim grał Kevin Drumm. I choć wydawało się, że obu panów dzieli wszystko - jeden grał analogowo, a drugi nieruchomo siedział przy laptopie - to łączyło ich upodobanie do tworzenia sytuacji absolutnego skupienia, w której można się albo dobrowolnie pogrążyć, albo zjeść sobie paznokcie. Gołębiewski od razu przybijał nasze uszy gwoździami do podłogi - rozpoczynając brutalnie i z impetem. Z kolei Drumm osaczał nas powoli i prawie że niezauważalnie, stopniowo dociskał sprężynę. Napięcie było prawie nie do zniesienia - zapewne wybiegłbym z lokalu, gdyby nie to, że był szczelnie wypełniony słuchaczami i nie dało się wycofać do wyjścia. Wydaje mi się, że nigdy potem nie byłem na równie intensywnym koncercie. Zaledwie dzień później panowie spotkali się w pustym klubie, aby nagrać "The Last Minute or Later". Wyszedł z tego czterdziestokilkuminutowy, bardzo wdzięczny materiał. Jego słuchanie przywraca te koncertowe wspomnienia - z tym, że dostajemy coś, czym możemy się cieszyć w takiej dawce i stężeniu, jakie uznamy za stosowne.

Zanim zajął się elektroniką, Drumm grał w latach 90. na preparowanej gitarze. Te trzy dekady twórczości to ponad półtorej setki albumów, z czego część trafiła na imponujący profil artysty na Bandcampie, stale powiększający się od 2013 roku zbiór wszelakich muzycznych drobin i variów. Ta "nadprodukcja" i hojność w dzieleniu się w Internecie swoją twórczością ma sens zważywszy na to, że Drumm wiele rzeczy wydawał wcześniej w formie mikroskopijnych nakładów płyt CD-R własnej produkcji.

Album "The Last Minute or Later" wyszedł w labelu Gołębiewskiego Uznam, w którym dwa lata temu artysta wydał równie intrygujący album "Meet the Dragon" - duet z libańskim gitarzystą Sharifem Sehnaoui. Na tle Drumma, bardzo krytyczny względem siebie Gołębiewski jest "skąpy" i nieskory do dzielenia się muzyką ze słuchaczem, jeśli nie jest w pełni przekonany o jej wartości.

"The Last Minute or Later" to połączenie dwóch silnych osobowości artystycznych - ludzi, którzy są bezceremonialni i autentyczni w swoich muzycznych wyborach. Rozszerzone techniki gry na zestawie perkusyjnym Gołębiewskiego i noise'ową elektroniką Drumma spaja uważność i wrażliwość obu panów. Jeśli sięgniemy po ich wypowiedzi to odkryjemy, jak bogate mają doświadczenia z muzyką improwizowaną, czemu towarzyszy też niestety pewne rozgoryczenie. W tym duecie jakby oddychają od otaczającej ich zachowawczej, festyniarskiej tandety i nijakości (w wywiadzie z 1998 roku zniesmaczony Drumm wspomina o "różnego typu antagonistach", w tym przesyconych hipokryzją beneficjentach festiwali). Pozwalają sobie na grę, która jest przeznaczona dla otwartych odbiorców, gotowych na pełne zaangażowania słuchanie, pozbawione asekuracyjnego pozostawania w komforcie radiowej muzyki, przyjaznej i miałkiej. Albo pogrążymy się bez reszty i zakochamy w tych czterech utworach, które trafiły na album, albo odrzucimy je na zasadzie szoku, wywołanego ich zachłannością, nie tolerującego braku skupienia. Przykuwającą wzrok okładkę "The Last Minute or Later" zaprojektował Piotr Macha, poznański artysta zajmujący się głównie tworzeniem analogowych filmów eksperymentalnych. Trafiły na nią dwie dłonie na ciemnym tle: palce jednej badają puls na nadgarstku drugiej. Po przesłuchanie muzyki warto będzie sobie ten puls "zmierzyć" i odpowiedzieć sobie na pytanie, co nam ona przyniosła. Mi zupełny zachwyt.

Drumm lubi opatrywać swoje wydawnictwa na Bandcampie notkami dotyczącymi tego, w jakich warunkach powinniśmy ich słuchać. Niektóre są dość szczegółowe, a inne nawet zabawne. Ja z kolei dzielę albumy Gołębiewskiego pod względem kawy, którą piję podczas odsłuchów. Do "The Last Minute or Later" polecam jedną z nowych, smakowych kaw Bialleti do kawiarki - wanilia nie do końca się sprawdzi, lepszy byłby zdecydowanie orzech laskowy.

Choć w Poznaniu działa wielu artystów zajmujących się muzyką improwizowaną, chyba żaden z nich nie może się poszczycić tak imponującą dyskografią jak Adam Gołębiewski. Na pierwszy plan wysuwają się spotkania z wybitnymi artystami zagranicznymi. Te interakcje przynoszą za każdym razem unikalną wartość, a osobność każdego z albumów sprawia, że za każdym razie poznajemy trochę inny aspekt artystycznej osobowości perkusisty. Ci wszyscy, którzy są zdania, że muzykę improwizowaną najlepiej odbierać podczas koncertów na żywo, być może zweryfikują swój osąd, słuchając jego albumów. Spośród nich "The Lat Minute or Later" nie jest chyba dobrym wyborem, aby zacząć odkrywanie Gołębiewskiego (polecałbym raczej jego solowy "North Pool", doskonały do klasycznej, ciężkiej kawy Vergnano) - ale świetnym, by do niego po pewnym czasie dotrzeć i poświęcić mu choć część lata - i to przykładając do niego bardziej uważne, czułe ucho.

Marek S. Bochniarz

  • Kevin Drumm i Adam Gołębiewski "The Last Minute or Later"
  • premiera: 15.06 

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019