Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

Szkicowniki

"Oto rozbiegany koń na lince służył za modela, Brandt celował w niego zawzięcie i co raz dodawał: "A tom go utrafił!' Strzelał tak do ostatniego ładunku" - opowiadał w 1909 roku jego przyjaciel Apoloniusz Kędzierski. Nie jest to opis zwycięstwa, a klęski wielkiego malarza na polu fotografii. W ciemni okazało się, że Józef Brandt żadnego zdjęcia nie utrwalił.

.
"Bez tytułu", 2. poł. XIX w., odbitka albuminowa, Nr inw III/1206/F. Znany jest inny egzemplarz, podpisany ręką autora: "Drang nach Osten! Wypoczynek Kulturträgera pruskiego z rodziną w podróży do kolonii podolskiej", fot. Michał Greim, ze zb. Muzeum Etnograficznego w Krakowie

"Czy aby kasety były przesuwane?" - zapytał przytomnie drugi przyjaciel, gdy wywoływanie zdjęć w piwnicy pałacu w Orońsku nie dawało efektu. Ano właśnie. Brandt musiał posługiwać się aparatem na dwanaście szklanych płyt, umieszczonych jedna za drugą. Po oddaniu "strzału", czyli zrobieniu zdjęcia, powinien był "przeładować" naświetloną płytę, zwaną po staremu kasetą, na koniec szeregu. Ale mistrz zapomniał. - "Do licha, - no tom się spisał!" - skwitował i porzucił aparat w piwnicy. Nie stracił zainteresowania fotografiami. Tych zostało po nim około dwustu.

Pozerzy i fotografowie

Malarze XIX-wieczni pasjami używali fotografii, ledwo ta została wynaleziona. Dają fałszywe świadectwo ci, którzy twierdzą, że w owych czasach fotograf przechodził do historii, gdy jego dzieła wykorzystywał znany artysta. W owych czasach poważne atelier fotograficzne zatrudniało tzw. pozera - człowieka, którego zadaniem było upozowanie osoby utrwalanej przez fotografa. Jeśli w atelier fotograficznym pojawiał się malarz, to on stawał się  owym pozerem, tyle że nie trzeba było go opłacać. Efekty współpracy - zdjęcia niosły korzyść malarzowi jako rodzaj pomocy warsztatowej, a fotografowi jako prototypy powielanych i sprzedawanych potem wielokrotnie pocztówek lub dekoracyjnych obrazów.

Nawet jeśli ci dwaj spotkali się w plenerze i gdy na powstałych zdjęciach nie wspominano fotografa z nazwiska, malarz dawał fotografowi zarobić. Czasem dzięki kadrom, które dziś zdumiewają swobodą. W 1871 r. Brandt, podróżując z Juliuszem Kossakiem po Ukrainie i Podolu, pisał: "W Strusowie spotkaliśmy fotografa przejezdnego, będzie nam zatem rozmaite fotografie robił i prześle pierwszą ekspedycją do Krakowa". Ten bezimienny fachowiec utrwalił sceny targowe, które wiszą w pierwszym z dwóch "gabinetów" fotografii na poznańskiej ekspozycji poświęconej Brandtowi, słusznie wydzielonych na wystawie morza stepowych potyczek, bitew, pogoni, utarczek i popasów, namalowanych przez imponująco płodnego malarza.

W tym pierwszym gabinecie są zdjęcia z lat, gdy powszechnie posługiwano się jeszcze mozolną techniką mokrego kolodionu, a mimo to pokazują świat, jakim wówczas był. Długi czas naświetlania zmuszał fotografów, by prosić ludzi o chwilę bezruchu, ale wędrowny rzemieślnik nie tracił czasu na perfekcyjne ustawianie "obiektów" - łapał dobrą ekspozycję chłopskiego targu z panoramą wioski w tle i nie przejmował się, gdy w kadr wpadała mu niecierpliwa dziewczynka, która obróciła się zanim on skończył fotografować. Jej rozmazana twarz i ramiona wprowadzają więc niespodziewaną dynamikę w typowy, statyczny obraz.

Gotowce

Na wielu zdjęciach sylwetki dzieci znaczą tylko cienie - stały przed obiektywem za krótko, a gdy się oddalały, za mało czuła błona nie była w stanie utrwalić ich ruchu. Cienie rysują jednak kształty - lnianych koszul i portek, sukienczyn. Zwiastują faktyczne zaludnienie trochę zbyt pustawych ulic, placów - jak np. w najwcześniejszych widokach z Kazimierza nad Wisłą, zachowanych w muzealnych zbiorach. Te osiem zdjęć z 1875 r. robi niesamowite wrażenie, bo przecież Kazimierz nie leży na Kresach, jest dostępny dziś, teraz. I stoi do dziś podobny, tylko na tych zdjęciach jakby z czasów szczenięcych, z klepiskiem zamiast bruku na rynku, z wolnym od zarośli wzgórzem Trzech Krzyży, bez reklam, szyldów, stolików knajpianych...

Takie zdjęcia Brandt kupował, żeby posiadać dokumentację architektury, detali, mieszkańców i ogólnej atmosfery miejsca. Od poł. XIX w. fotografowie tworzyli gotowce - studia z natury dla artystów, całe ich albumy. Brandt miał zdjęcia Augusta Kotzscha, znanego z études d'après nature Saksończyka o międzynarodowej renomie; w spisie swych prac aż 550 motywów określał jako artystycznie użyteczne. Tak świadomi i uzdolnieni fotografowie nie pozostawali bezimienni. Szkoda zatem, że ekspozycja w MNP nie zawiera informacji o ich randze i roli w fotografii, a wskazuje tylko, jak Brandt wykorzystał ich prace w swych obrazach.

Kolekcję fotografii już na wstępie zdobią bowiem dwa pierwszorzędne zdjęcia studyjne Józefa Kordysza (1824-1896), podpisanego tu w języku rosyjskim: Иосиф Кордыш. Do połowy lat 60. XIX w. miał pracownię w Kamieńcu Podolskim, później krótko w Kijowie, fotografował też podczas wojny rosyjsko-tureckiej (1877-1878). Z pewnością nie bezpodstawnie używał tytułu fotografa Uniwersytetu św. Włodzimierza, świetnej, kijowskiej uczelni. Zostały po nim portrety typów z miejskich ulic, w tym te ze zbioru Brandta: starego Żyda i biedaka zabawiającego się z psem. Ten drugi ujmuje naturalnością inscenizowanej sytuacji - starzec odłożył na bok kule i pokazuje zwierzakowi chleb, by obietnicą jedzenia przytrzymać go w bezruchu. Jakość obu zdjęć wyjaśnia, dlaczego Kordysz był członkiem francuskiego Towarzystwa Fotograficznego.

Ludoman

Atelier w Kamieńcu przejął po nim w 1871 r. Michał Greim (także: Grejm), co odbyło się w gronie tak najbliższych - córka następcy była chrześniaczką Kordysza, jak członków miejskiej elity; Greim przez 20 lat piastował stanowisko naczelnika guberialnej drukarni. Razem z atelier zaczął się okres rozwoju jego licznych zainteresowań w dziedzinie nauki i sztuki - na najwyższym poziomie. Fotografię łączył z techniką jej reprodukcji w druku, lansował typofotografię, w "Kłosach" opublikował niezwykłą panoramę Kamieńca, doskonałą składankę z kilku zdjęć. Należał do, jak wówczas mówiono, "ludomanów" - w tym kierunku działał społecznie i fotografował. Jego prace znalazły się w Polskiej Akademii Umiejętności, przekazał tam też niektóre zdjęcia Kordysza. Nie tworzył specjalnie dla artystów, ale jego albumy tak wykorzystywano. Brandt miał jego sygnowanego Lirnika ukraińskiego z przewodnikiem, ale na wystawie Greima jest też pewnie plenerowe zdjęcie z Besarabii - wieśniacy przy lepiance i szałasie. Wystawiony oryginał oddaje konsystencję gliny, powietrza - mistrzowsko. Nie wystawiono daru słowa Greima, ujawnianego w podpisach jak np.: "Wiszniewski (ostatni z katów na Podolu) sławny hultaj, przemawiał jak trybun: Matki, karzcie swoje dziatki, bo ja ich karać będę".

Warto wpatrywać się w te zdjęcia, choć dla ich dobra bardzo słabo oświetlone. W ubogie radomskie i podolskie chaty z zakładu Karola Wójcickiego, w bezimienne woły, bawoły. W końskie zady Józefa Grodzickiego - pioniera radomskiej kinematografii, właściciela nowoczesnej drukarni i fotografa, udekorowanego złotym medalem na wystawie w Chicago w 1885 r. Jego zdjęcia z majątku Brandta w Orońsku są już bliższe XX-wiecznej fotografii momentalnej, podobnie jak inne stamtąd, "strzelane" prawdopodobnie przez gości - kolegów malarzy, w tym cytowanego na początku Kędzierskiego i Władysława Szernera. Ale to Brandt je "pozował", mają więc jego dynamikę. Nie to jednak w zdjęciach z Orońska jest interesujące, a prawda o życiu, którą przekazują. Mimo aranżacji to obraz polskiej wsi, nie tylko sprzed 130 lat. Taka wieś, uboga i malownicza, trwała w przeoranej przez dwie wojny Kongresówce i Galicji bez reform nawet w odzyskanym państwie jak zaklęta - do 1939 r., ba! - nawet do lat 50. XX w.

Monika Piotrowska

  • wystawa Józef Brandt (1841-1915) w Muzeum Narodowym czynna do 6.01.2019

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018