Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

Słodka reglamentacja

50 tys. jaj, blisko 23 tony mąki, 3,5 tony pomady cukrowej, 3 tony smalcu, gigantyczne kolejki przed cukierniami i tylko jeden pączek na statystycznego poznaniaka. Tłusty czwartek za "późnego Gierka".

.
Piekarnia kawiarni "Regionalna", 27.02.1979 r./ fot. S. Ossowski (archiwum KMP)

Zwyczaj hucznego świętowania ostatnich dni karnawału ma w Polsce długą i bogatą tradycję, znaczoną szlacheckimi kuligami, mieszczańskimi maskaradami czy też ludowymi wierzeniami i obrzędami. Począwszy od tłustego czwartku - otwierającego ostatni tydzień przed Wielkim Postem, folgowano sobie zwłaszcza przy suto zastawionym stole, na którym - jak pisał Zygmunt Gloger (Rok Polski w życiu, tradycji i pieśni) - koniecznie musiały się znaleźć "u możniejszych pączki i chrust, czyli faworki, chruściki, a u ludu reczuchy, pampuchy". Wśród wymienionych przez wybitnego etnografa słodkości najważniejszy był bez wątpienia pączek, który począwszy od XVIII wieku, zrobił na ziemiach Rzeczypospolitej zawrotną karierę: od wykonanych z ciasta chlebowego i nadziewanych słoniną twardych kul, zdolnych zdaniem Jędrzeja Kitowicza (Opis obyczajów za panowania Augusta III) "podsinić oko", do pulchnych i lekkich delicji, które "wiatr zdmuchnąłby z półmiska". Tak czy inaczej w dwudziestoleciu międzywojennym pączki, a w Poznaniu także faworki, stały się nieodzownym elementem zapustnych zabaw i towarzyskich spotkań.

W PRL popularność pączków bynajmniej nie spadła. Ich tłustoczwartkowa podaż regularnie zawodziła jednak oczekiwania klienteli, co było wypadkową cyklicznych surowcowych braków (cukier!) i niewydajnej, "uspołecznionej" struktury własnościowej charakteryzującej branżę cukierniczą. Galopujący kryzys, który nastał w drugiej połowie lat 70., jedynie ów stan pogłębił, co swoją drogą już na początku kolejnej dekady pozwoliło spikerowi "Dziennika Telewizyjnego" dość niefortunnie stwierdzić, że ogonki ustawiające się pod cukierniami i kawiarniami w tłusty czwartek to "jedyne kolejki, które były, są i najprawdopodobniej będą". Poznań nie odstawał pod tym względem od reszty kraju. W lutym 1979 roku 14 pracowni cukierniczych WSS Społem, które zazwyczaj dostarczały na poznański rynek ok. 35 tys. pączków, przygotowało ponad 370 tys. sztuk tego smakołyku, co, jak szacowano, miało zaspokoić zaledwie... 60 proc. miejscowego rynku. Nic zatem dziwnego, że wielu zawiedzionych poznaniaków odeszło z kwitkiem. Tak było m.in. w renomowanej pracowni Merkurego czy też w obleganym od rana Horteksie przy Głogowskiej, gdzie 25 tys. pączków poszło - jeśli wierzyć "Gazecie Zachodniej" - jak woda.

W tych dniach, poza kupnymi pączkami w wielu poznańskich domach pojawiło się słodkie własnego wypieku, co wiązało się zazwyczaj z prywatkami organizowanymi przez tych, którzy zrezygnowali z karnawałowych imprez, wieczorków tanecznych i dansingów, na które zapraszały Magnolia, W-Z, Wrzos czy też Piracka. Musiał to być wówczas dość powszechny proceder, skoro nawet "Głos" pisał, że to "sprawa niby normalna", wszak "od czasu do czasu ludzie w swoim mieszkaniu chcą przyjąć rodzinę, przyjaciół, znajomych, czasem z nimi potańczyć". W kolejnym zdaniu znalazła się jednak ważka i aktualna do dziś przestroga: "W nowoczesnych blokach ściany mają szczególnie wrażliwe uszy", która miała najwyraźniej tonować temperamenty wielu poznańskich imprezowiczów narażonych na nocne wizyty funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej.

Piotr Grzelczak

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018