Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

Miernik cywilizacji i inteligencji

"Idealnym byłby taki stan rzeczy, gdyby aparaty do fotografowania - na wzór maszynki do golenia »Gilette« - były wprost za darmo, zaś gdyby zysk płynął dla producenta i kupca z pracowni fotochemicznej, używanej przez klientelę foto-amatorską za swoje laboratorjum" - pisał felietonista "Foto-Amatora" w 1933 roku.

Wydawnictwo Gazet Fachowych na wycieczce w Promnie 18 czerwca, "Foto-Amator" 1934 nr 6 (lipiec), fot. ze zbiorów Biblioteki Uniwersyteckiej
Wydawnictwo Gazet Fachowych na wycieczce w Promnie 18 czerwca, "Foto-Amator" 1934 nr 6 (lipiec), fot. ze zbiorów Biblioteki Uniwersyteckiej

To daje do myślenia. Mniejsza, że przed wojną producent maszynki do golenia zarabiał, okazuje się, na żyletkach. Wywód felietonisty zahacza o szarżę na środowisko zawodowców i fotografów-artystów, celebrujących naukę sztuki robienia zdjęć pod okiem doświadczonych kolegów. Autor nazywa ich z przekąsem "znawcami" i "specami" i nawołuje do przełamania "psychozy o trudności fotografowania", jaką tamci mają wywoływać. Bo przecież "powołanym" do fotografii "winien być każdy inteligentny obywatel, mający pretensje do przeciętnego standartu życiowego" [pisownia oryginalna].

Nowy analfabetyzm

Felietonista nazywał się Henryk Grudziński, a przedstawiał jako literat-redaktor. Do lipca 1933 roku redagował całe pisemko, będące bezpłatnym, miesięcznym dodatkiem do tygodnika "Drogerzysta". Urodzony w 1890 roku, był w Poznaniu od niedawna. Przeniósł się z Gniezna z początkiem 1930 roku i mimo że miał jakoś wyrobione nazwisko, bo wmontowano je w tytułową winietę "Foto-Amatora", chyba nie bardzo mu się wiodło. Przeprowadzał się średnio co pół roku, nawet po narodzinach syna w 1932 roku. Taki niespełniony inteligent doskonale wpisywał się w profil gazety, jego marzenie o bezpłatnym aparacie było naturalną konsekwencją publikowanych kilka miesięcy wcześniej uwag o nowego rodzaju analfabetyzmie. Mianowicie: "Nie posiadać dziś własnej kamery, oznacza to samo, co dawniej znaczyło nie umieć czytać i pisać". Co więcej: "Z kamerą fotograficzną w ręku przejdziesz dziś przez cały świat łatwiej niż z kapeluszem w ręku, jak przysłowie [sic!] mówi". Brzmi radykalnie i takie naprawdę było, zwłaszcza że pojawiło się w artykuliku pod tytułem Umiejętność fotografowania miernikiem cywilizacji i inteligencji -

Na taki nagłówek nigdy nie zdecydowaliby się publicyści elitarnych czasopism fotograficznych, wydawanych przez członków Towarzystw Miłośników Fotografii TMF, którzy zrzeszali się wszak dla popularyzacji tej nowoczesnej dziedziny i podnoszenia swych w niej umiejętności. Grudziński, puszczając w obieg takie hasła, kierował się czymś innym: poprawiał własną samoocenę i dowartościowywał klientów drogerii, fotografujących bez większego przygotowania i zasobów pieniężnych. Stanowił po prostu ich emanację, przyciągał swój swoich; pasował jak ulał do dodatku wysokonakładowego "Drogerzysty".

Drogerzysta specjalista

"Foto-Amator" dostępny był także osobno, w cenie 1,50 zł, a od 1934 roku - 1 zł za kwartał, czyli za trzy numery. Jego zawartość miała się nijak do treści, jakości i zdjęć, które cechowały organ prasowy poznańskiego TMF - poważny miesięcznik "Polski Przegląd Fotograficzny" w cenie 1 złotego (!), lecz może właśnie ta przeciętność czy bylejakość, ale i zwięzłość bliższe były masom - jak mawiano - "pstrykaczy", fotografujących najtańszymi aparatami i robiących odbitki na najtańszych materiałach. Wydawca ukazującego się w latach 1933-34 "Foto-Amatora" musiał być świadomy, dlaczego czasopismo "Przegląd" upadło w 1930 roku, po sześciu latach edycji.

Dodatek i pismo wiodące "Drogerzysta" były organami Młodych Drogerzystów przy Związku Drogerzystów RP. W latach 30. XX wieku miasto liczyło ponad siedemdziesiąt drogerii. Niezła sieć. Przy tym ogromnie fachowa - drogerzyści vel drogiści w międzywojniu musieli być specjalistami kształconymi w ich szkołach zawodowych. Podobnie jak aptekarze mieli do czynienia z wieloma chemikaliami, a w przeciwieństwie do nich zajmowali się też nowinami technicznymi tej miary co fotografia, film, radio, gramofon, telewizja... Sprzedawali kosmetyki dla kobiet na równi z materiałami fotograficznymi; masowym odbiorcą tych ostatnich była również płeć żeńska właśnie, o czym pisałam już pół roku temu. Głównie dla nich wychodziły też takie pisma Związku Drogerzystów w Poznaniu, jak "Przegląd Perfumeryjny" i "Informator Zielarski", redagowane przez Ksawerego Gadebuscha, syna Jana, który miał drogerię i perfumerię w Bazarze przy Nowej 7. Był to zarazem adres Związku i redakcji "Wiadomości Drogistowskich" (1933-39) - gazety jego doświadczonych członków, z arcyciekawym dodatkiem "Foto-Drogista". Redakcją zajmował się też Ksawery Gadebusch, z rozmachem i otwartą głową. Namówił na współpracę w zakresie fotografii najmocniejsze pióra z grona TMF, o czym w następnym miesiącu.

Pismo młodych drogerzystów nie przetrwało długo - dwa lata, ale spełniło chyba istotną rolę w presji na snobistyczne środowisko TMF, by uznało prawo dostępu do fotografii społeczeństwa en masse i by odeszło od wiary w kosztowne techniki szlachetne jako tych, które czynią zdjęcie wartościowym. Drogerzyści stanęli w poprzek piktorialistycznych westchnień tzw. inteligencji twórczej z TMF, należeli do inteligencji bardziej praktycznej. Wszyscy byli kupcami i handlarzami nastawionymi na zysk. Wydawcą "Foto-Amatora" był Artur Gustowski, który w 1912 roku założył w Poznaniu Stowarzyszenie Kupców. Od 1916 roku miał drukarnię przy Wielkiej 10, gdzie umieścił też Wydawnictwo Gazet Fachowych "KUPIEC", które rozwijał już od 1907 roku. W drugim roku wydawania "Foto-Amatora" przekazał je jednemu z pięciu synów, Leszkowi. Wtedy utrwalono rozmiary tego wydawnictwa - podczas wycieczki czterema autami do Promna, na polanę, gdzie wkrótce stanął pensjonat Związku. Pamiątka z tego wyjazdu - obok.

Monika Piotrowska

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019