Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

Genialny Hoffman

Miał 24 lata gdy pisano o nim: "Entuzjasta, talent, obiecujący bardzo dużo na przyszłość. Jeden z tych, którzy nie potrafią na zimno oceniać, co można, a czego nie można, nie obliczają efektu, lecz idą za wizją bez względu na wszystko". Dwa lata później spadł z wysokości. Konrad Hoffman (1909-1935).

.
Fotografie Konrada Hoffmana - skany stron z numeru 12. czasopisma "Tęcza" z 1935 r., fot. Konrad Hoffman/ dzięki uprzejmości Biblioteki Uniwersyteckiej

Syn kelnera, o nieustalonej profesji, zaczął robić zdjęcia podobno jako czternastolatek. Jednak naprawdę poważnie - w jakiejś dziewiętnastej wiośnie życia, gdy podjął decyzję, by w latach 1929-1930 pobyć w Berlinie. Na studiach fotograficznych.

Pochwały i policzki

Terminował w którejś z tamtejszych pierwszorzędnych pracowni lub zahaczył się okresowo w fotoklasie Lette-Verein - tam gdzie pięć lat wcześniej techniki fotograficzne opanowała po wyjeździe z Poznania Ruth Jacobi, siostra słynnej Lotte. Odkąd Hoffman postawił całkiem na fotografię, szedł jak burza. Miał piękne wejście na scenę - Teką toruńską. "Trzy lata studiów nad architekturą Torunia - podał przy okazji swej wystawy indywidualnej w 1932 roku - dały mi kilkaset zdjęć". Już w styczniu 1930 roku opublikował jedno z nich - Modlitwę - w prestiżowym "Polskim Przeglądzie Fotograficznym" ("PPF"). Teka zawierała kilkadziesiąt fotografii na kartonach w bardzo malarskiej technice przetłoku bromolejowego. "Starałem się pokazać cuda starego Torunia". O pracach pisali najlepsi recenzenci. Na przykład Tadeusz Cyprian o Modlitwie, widoku klęczącej pod krucyfiksem kobieciny - że technika dodatnio wpłynęła na usunięcie szczegółów i "obraz odznacza się doskonałą tonacją, za wyjątkiem może zbyt skleksowanej osoby wieśniaczki". Klemens Składanek podkreślał wielką trudność techniki barwnych przetłoków i znów doskonałość ich wykonania, pojawiła się jednak uwaga, że kolor "nie spotęgował tego wrażenia, o jakie chodziło autorowi". Za pochwałą szedł policzek.

Chybiony guru

Hoffman urodził się w Gnieźnie. Czy wychował? Jeden z nekrologów podaje, że tam właśnie skończył gimnazjum. Ale ojca miał z Poznania i tu urodziła się w 1912 roku jego siostra Aleksandra. Jeśli dojrzewał w Poznaniu, to jasne się staje, że jego pierwszą "szkołą" fotografii  - co podkreślał - był wydawany w Poznaniu "PPF". Nie dziwi też, że Teka wpisywała się w lansowaną przez to pismo, żywą w Polsce do początku lat 30. XX wieku, tendencję, by windować fotografię do rangi sztuki przez upodabnianie jej do malarstwa. Tematem Teki rządził przypadek: w Toruniu mieszkała Aleksandra, nim w marcu 1931 roku wróciła do miasta urodzenia. Styl Teki przypadkiem nie był. Przesądził o nim bliski kontakt z poznańskim środowiskiem artystów fotografów. Hoffman wrócił do Poznania razem z Aleksandrą. To adres jej męża: willa "Ala", ul. Ostroroga 2 m 1, podawał od 1933 roku. Wtedy już od dwóch lat za guru miał Bolesława Gardulskiego, słynnego piktorialistę i prezesa poznańskiego Towarzystwa Miłośników Fotografii. Nie brakowało mu pokory: "Kilka nagród, dyplomów w kraju i zagranicą, wysokie wyróżnienie za studium fantastyczne na wystawie Tokijskiej w Japonii, to wszystko, z czego zdaję sobie na razie sprawę".

Wolta

"Fotografik o malarskim spojrzeniu na świat i ludzi to pierwsza połowa rozdwojenia myśli i poglądów na istotę sztuki fotograficznej" - te słowa wyrąbuje w Almanachu fotografiki polskiej z 1934 roku niczym Przybyszewski Chopina na fortepianie. Jan Bułhak pozwala mu na publikację "tezy", która "odchyla się dość wyraźnie od wytycznych" inicjowanego przez niego wydawnictwa, ale nie bez komentarza. Hoffman jest jednak już po zupełnie innej stronie - w ciągu roku wykonuje niezwykłą woltę. Zyskuje szeroką perspektywę, ocenia niezależnie, szuka nowych dróg. Bezlitośnie punktuje także amatorów łatwej techniki. "Sto zdjęć na jednej taśmie miniaturowej kamerki to zbyt kusząca przyjemność. Nie pozwala myśleć twórczo". To bezmyślność, przypadkowość. "Do fotografiki przekrada się efekciarstwo amerykańskiej reklamy prasowej. Fotografowanie spostrzeżeń staje się rozrywką bez głębszego znaczenia". Podczas pobytu Hoffmana w Berlinie, późną jesienią 1929 roku, pokazano tam legendarną, międzynarodową wystawę Film i Foto - dwustu autorów, jak Man Ray czy Aleksander Rodczenko, dających przegląd starych i nowych technik i zastosowań filmu i fotografii. Sztuka, reklama, propaganda, prasa. Słowem - rewolucja. Hoffman musiał ją widzieć. Jakim cudem dotąd od niej uciekał?

Ale nie w 1933 roku. Przestawia się na prostotę i zajmuje kadrem. Efekt - fantastyczny. Robi zdjęcia dynamiczne jak Rodczenko, wchodzi pod nogi maszerującym, portretuje z żabiej perspektywy, fotografuje pod światło i po skosie, robi zdjęcia minimalistyczne. I rozwija wartką, szeroko zakrojoną publicystykę we wszelakich pismach fotograficznych. Współpracuje z prasą ilustrowaną. Zaczyna kręcić propagandowe filmy. Zostaje jednym z dwóch polskich korespondentów miesięcznika austriackiego "Die Galerie". Zarabia na fotografii! Gdy w 1934 roku w Warszawie pokazywana jest Wystawa Fotografiki Sowieckiej, Hoffman może czuć się członkiem międzynarodowej awangardy dwudziestolecia, jak autorzy wystawianych tam prac. W 1935 roku jest "zdobywcą całego szeregu nagród, medali i dyplomów - m.in. na wystawie fotografiki w Londynie, San Francisco", jest lokowany pośród najlepszych artystów, a nawet pedagogów fotografii. Umiera "na posterunku", poda prasa 28 lipca tego roku; spada z "wysokiego miejsca" na Półwyspie Helskim, które wyda mu się świetne do robienia zdjęć "dla filmu krótkometrażowego". Upadek wywołuje krwotok wewnętrzny. Nie daje się go zatamować nawet w szpitalu. Hoffman cierpi na hemofilię.

Monika Piotrowska

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019