Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

Gitarzysta, który łamie zasady

Nie wyobrażam sobie przyszłorocznego festiwalu Polska Akademia Gitary bez Jesse Cooka. Albo jakiegokolwiek innego poznańskiego festiwalu - nieważne. Bo to muzyk bezcenny. Nie możemy go stracić z oczu. 

Jesse Cook zdobędzie każdą publiczność, fot. materiały organizatorów
Jesse Cook zdobędzie każdą publiczność, fot. materiały organizatorów

To był pierwszy koncert kanadyjskiego gitarzysty w Poznaniu i jednocześnie początek międzynarodowej trasy promującej jego najnowszą płytę "The Blue Guitar Sessions". Przez najbliższy rok Jesse Cook wraz z zespołem zjeździ pół świata. Dotrze w więcej miejsc takich jak Poznań - kompletnie mu nieznanych. Ale to nie będzie miało żadnego znaczenia. Zdobędzie każdą widownię, bez względu na długość czy szerokość geograficzną. Jestem tego pewna.

Przez cały piątkowy koncert zastanawiałam się, co jest w nim tak niezwykłego, co sprawia, że nie pozwala o sobie zapomnieć? Na pewno charyzma i doskonały warsztat. Do tego uniwersalność i własny pomysł na muzykę: bezpretensjonalną, niejednoznaczną, wymykającą się jakimkolwiek schematom i kalkom. - Myślę, że nadawanie etykiet muzyce wstrzymuje artystów: umieścili cię gdzieś, określili, co robisz, czego nie... - mówił niedawno w wywiadzie dla Gazety Wyborczej. Sam jak ognia unika szufladkowania: - W mediach określany jestem często jako gitarzysta flamenco, ale nie uważam się za takiego. Sądzę za to, że rolą artysty jest łamać zasady i tworzyć coś nowego - zaznaczył w tej samej rozmowie.

Wychwycisz w jego muzyce elementy jazzu i improwizacji, ale nie takie, jak u Milesa Davisa. Usłyszysz flamenco, ale nie brzmi tak, jak u Paco de Lucii i Tomatito, bo Cook uwielbia krzyżować flamenco z innymi gatunkami. Jest też wyjątkowo szeroko rozumiane world music, którego klimat rozciąga się od Brazylii, przez Egipt, Kubę po Armenię. Są wreszcie inspiracje cygańską muzyką, wynikające z korzeni artysty. Żadne etykiety jednak nie są tu dane raz na zawsze.

I jest jeszcze umiejętność nawiązywania szczerego kontaktu z widownią, zaprzyjaźniania się. Ot tak, po prostu - od pierwszego zdania, od pierwszej muzycznej frazy. Cook chce złamać dystans, wpuścić publiczność do swojego muzycznego świata, wciągnąć do niego na dobre. I to mu się udaje.

Prawdę mówiąc, poznański koncert nie był do końca tylko jego koncertem. Czwórka muzyków, która mu towarzyszyła z całą pewnością zasługuje na osobne potraktowanie - sam Cook zresztą przez większą część wieczoru oddawał głos swoim towarzyszom. A oni solo, w duetach, kwartetach, różnych instrumentalnych układach i konfiguracjach, pokazali kim są i co potrafią.

Był perkusista - muzyk totalny, człowiek-orkiestra, umie wydobyć rytm z wszystkiego: od tradycyjnych bębnów, kotłów i talerzy po egzotyczne "dzbany", "beczki" i "skrzynki". W piątek w Poznaniu żonglował nimi wybitnie, dopasowując do charakteru i klimatu utworów, jednocześnie fantastycznie oswajając z ich dźwiękami publiczność. Był skrzypek - choć właściwie multiinstrumentalista (grał także na klawiszach, akordeonie, flecie, itd.), obdarzony do tego potężnym, mocnym i zaskakującym głosem. Był charyzmatyczny basista i wreszcie gitarzysta - stojący trochę z boku, czasem pozostający w cieniu mistrza, czasem mocniej i bardziej zdecydowanie zaznaczający swą obecność. Ta ekipa naprawdę ma szansę podbić świat, bo w tym co robią, jest ogromna siła.

W pewnym momencie, już pod koniec, zaskoczyli kompletnie: niespodziewanie zeskoczyli ze sceny i powędrowali między fotele widowni. I znów zagrali, zaśpiewali. Blisko, bardzo blisko, właściwie twarzą w twarz z publicznością. Po czym zniknęli - i do teraz trudno jest się z tym pogodzić...

Sylwia Klimek

  • Jesse Cook - koncert
  • 21.09, g. 19
  • Centrum Kongresowo-Dydaktyczne UM