Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

Filmy spoza kina

- Nie zarabiamy na tym filmie, a nawet jak są bilety w niektórych kinach, to dochód przeznaczamy na organizacje pozarządowe - mówi Piotr Macha, który z duetem Siksa zrealizował musical "Stabat Mater Dolorosa". W poniedziałek będzie można zobaczyć film w Kinie Pałacowym i spotkać się z twórcami.

.
Kadr z filmu "Stabat Mater Dolorosa"

Pamiętasz pierwszy film, który widziałeś w kinie?

To był "Powrót Jedi" w kinie "Nowość" w Będzinie, choć nie jestem fanem sagi Lucasa. Kino zawsze gdzieś u mnie było obecne, ale nie planowałem zostać operatorem albo reżyserem.

Jak wyglądało zatem twoje pierwsze podejście do zajmowania się filmem?

Jestem ze Śląska i zanim poszedłem na ASP, to po maturze chciałem zdawać na Wydział Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Istotnym problemem było jednak to, że nie miałem wtedy kamery. I o ile dzisiaj to żaden problem i jestem otoczony kamerami na różne formaty [siedzimy w pracowni Machy - na półkach  i stołach leży sporo sprzętu], to wtedy nie miałem choćby i VHS, a nawet możliwości, aby go wypożyczyć. Ostatecznie zdałem na malarstwo i przeniosłem się do Poznania na Uniwersytet Artystyczny, kontynuując malarstwo, acz wybierając w większości pracownie intermedialne.

Ostatecznie zdecydowałeś, że sam się będziesz zajmować kinem i dojdziesz do tego samodzielnie?

Nigdy nie było to dla mnie jakimś imperatywem. Myślę że przyspieszenie technologiczne mi to ułatwiło, jak i wielu twórcom, w tym youtuberom. Chciałem robić filmy, ale kino jako fizyczna przestrzeń dla filmu nie było dla mnie istotne. Mam raczej korzenie video-artowo/galeryjne. "Zajmowanie się kinem" referuje do jakiegoś wysokiego miejsca w hierarchii filmu. Te rzeczy mnie absorbowały przy okazji projektu "Krwawe wykopki", taka meta refleksja nad kinem, potrzebą jego robienia.

Opowiesz o nim?

Zmistyfikowałem sytuację kina gatunkowego, które nigdy nie powstało. Sfabrykowałem plakaty, trailer, korespondencję reżysera, książkę, fotosy etc. Stworzyłem sytuację hipotetyczną, która nie mogła zaistnieć w Polsce. "Krwawe wykopki" to karkołomne połączenie estetyki tanich filmów sci-fi klasy B z lat 50. z socrealistycznymi kronikami filmowymi i narracją o stonce w Polsce z czasów Bieruta. Nie było moją intencją, żeby widzowie się na to nabierali, więc mnie zaskoczyło to, że jednak dawali się oszukać i pytali "ale gdzie znalazłeś ten film?".

Skąd zainteresowanie formą teledysku i realizacja klipów do muzyki Roberta Piernikowskiego?

Mam kilka projektów około-dźwiękowych: między innymi przetwarzam instrumenty i robię circuit-bending (działając na zwarciach elektrycznych). W "The books have nothing to say" zamykałem te instrumenty w książkach, starając się to sprężyć z wizualnością, często przy użyciu fotorezystorów. Tak więc miałem już trochę przećwiczone na swoich rzeczach współgranie obrazu i dźwięku.

Robert się do mnie odezwał przy okazji "No Fun", bo mieliśmy już wcześniej jakieś podejście do video dla Synów. Wideoklip jest czymś bardzo dziwnym i mocno moim zdaniem przereklamowanym, jeśli chodzi o formę filmową. Ale jak się okazuje - wciąż niezbędnym w procesie promocyjnym muzyki i to już czwartą dekadę.

A Siksa?

Alex przyjechała do Poznania, aby wystąpić w Teatrze Polskim i przywiozła Robertowi winyle z Gdańska. Wtedy się poznaliśmy. Była między nami fajna energia i zaproponowała, żebyśmy zaczęli wspólnie robić film, a ja na to przystałem. Później poznałem Buriego (drugą połowę Siksy) i tym bardziej się utwierdziłem, że to dobra decyzja.

Dlaczego zdecydowałeś się na współpracę?

Podobało mi się to, że nie robimy filmu, który jest zbiorem teledysków, ale dajemy kolejne życie utworom ze "Stabat Mater Dolorosa". Związany był z nią też bardzo niekapitalistyczny sposób, jeśli chodzi o wypuszczanie albumu i promocję. Płyta wyszła w wakacje, gdy prawie od roku Siksa nie grała już tego materiału. Teraz, gdy jeździmy z filmem, na którym są utwory, których od dawna nie grają, to bardzo apromocyjna sytuacja. Ponadto nie zarabiamy na tym filmie, a nawet jak są bilety w niektórych kinach, to dochód przeznaczamy na organizacje pozarządowe. Ludzie pewnie spodziewają się, że Siksa jeszcze raz zagra ten album, ale z tego, co wiem, nigdy się to już nie stanie. Po pokazach będą może i sprzedawać płytę, ale nie dadzą już koncertu.

Dlaczego?

Bo grają już inny sezon, ale to chyba też wchodzenie w nowe media i ścieżki. Tak samo było z wydaniem tekstów ze "Stabat Mater Dolorosa" i innych w tomiku  dla Ha-artu. Wokół konceptu-rdzenia tworzą się jego odnogi, interpretacje utworów.

Długo pracowaliście nad tym filmem?

Jak na taki film, gdzie byłem również operatorem, montażystą i kolorystą to bardzo krótko - przez wakacje 2018.

Dla kogoś "lato" może brzmieć tak, że jak mieliście chwilę wolnego, to kręciliście, tak zabawowo.

Tak - miało nas to nie męczyć i robiliśmy to, na co mieliśmy ochotę. Oczywiście mieliśmy ograniczenia, jak to bywa przy DIY, ale staraliśmy się nie żebrać do PISF-u o dofinansowanie, ani o granty od żadnych film commission. Wszystko odbyło się "po znajomości" i dzięki wielkiej uprzejmości performerów występujących w filmie, którzy w nas uwierzyli.

Skąd się wzięła swoista "niespójność" wizualności waszego filmu?

Film jest trochę w nurcie trzeciego kina. Poza tym kręciliśmy ten film na bardzo różnych obiektywach i kamerach - od Iphone'a, po Sony FS-7, chyba na siedmiu różnych.

Jak wyglądało pisanie scenariusza?

Scenariuszem z grubsza jest płyta, jeśli chodzi o sceny, niektóre  były bardzo dokładnie rozpisane, a inne tylko fragmentarycznie. Ten scenariusz nie istniał jednak w książce, a w naszej konwersacji na messengerze. Dużo też rzeczy wydarzyło się na etapie montażu: pewne rzeczy się posklejały, bo okazało się, że do siebie idealnie pasują. Niektóre były improwizowane. Czasem było tak, że mówiliśmy "zróbmy tę scenę, nawet jeśli w nią nie wierzymy". Finalnie nakręciliśmy 30 godzin materiału.

Skąd tak dobrze się znasz na storyboardzie?

Nie wiem czy dobrze, robiąc ten film nie mieliśmy czasu na prewizualizacje. Przez jakiś czas zajmowałem się komiksem/ilustracją, pracowałem również robiąc storyboardy reklam np. środków na wzdęcia czy groszku konserwowego. Storyboard to ten element w procesie produkcji filmowej, o którym mało kto wie, że istnieje. Jest kloaką przemysłu filmowego, więc twoja pozycja jest najbardziej podrzędna, a zarazem istotna na poziomie prymarnej wizualizacji pomysłu. Trzeba podciągać ludziom uśmiechy na rysunkach, żeby klient  był zadowolony. W sumie to całkiem nośna metafora kina.

rozmawiał Marek S. Bochniarz

*Piotr Macha - urodzony w Sosnowcu, aktualnie mieszka w Poznaniu, pracuje w różnych mediach, od filmu analogowego 8/16mm po rysunek i dźwięk. Aktualnie kończy pracę doktorską, w której analizuje zmiany obrazowania współczesnych konfliktów wojennych. Asystent w pracowni malarstwa na UAP, uczy również storyboardu.

  • Pokaz "Stabat Mater Dolorosa" i spotkanie z twórcami
  • Kino Pałacowe
  • 25.02., g. 17.15

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019