Kultura Poznań.pl

Film

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Uwierz w ducha

Rzadko pierwotnie ograniczoną przestrzenią sceny teatralnej opowieść grozy przenosi się na duży ekran. Możliwe jednak, że to właśnie sceniczny rodowód "Przebudzenia dusz" sprawił, iż najnowszy horror Jeremy'ego Dysona i Andy'ego Nymana niesie ze sobą delikatny gatunkowy powiew świeżości.

.
fot. materiały dystrybutora

Profesor Goodman to tropiciel i demaskator wszelkiej maści hochsztaplerów, którzy wmawiają naiwnym, często zrozpaczonym ludziom, że kontakt między żywymi a zmarłymi jest możliwy. Każda rozwiązana sprawa połączona z rzekomymi zjawiskami paranormalnymi ugruntowuje jego sławę pogromcy kłamstw i zabobonów. Pewnego dnia profesor otrzymuje tajemniczy list od Charlesa Camerona - jego dawnego idola, który pod koniec swego żywota prosi go o przyjrzenie się trzem nierozwikłanym przypadkom. W trakcie prowadzonego śledztwa Goodman stopniowo odsłania przerażającą prawdę, która podkopuje jego niezachwianą dotychczas wiarę w rozsądek.

Całość, podobnie jak "Creepshow" George'a Romero czy pełnometrażowa antologia "Strefy mroku", podzielona została na segmenty. Każdy z nich dotyczy mężczyzny zmagającego się z jakimiś traumatycznymi przeżyciami zwieńczonymi spotkaniem z przybyszem z zaświatów - zagubioną duszą, demonem z piekła oraz złośliwym poltergeistem. Każdy z osobna mógłby być dość konwencjonalną opowieścią z dreszczykiem, gdyby nie rozbudowana klamra, w której twórcy dają prawdziwy popis filmowych umiejętności. Dyson i Nyman sprawnie i bez kompleksów lawirują bowiem między quasi-dokumentalnym osadzeniem historii, licznymi odniesieniami do klasyki a kampowo-teatralnymi sztuczkami. I, o dziwo, owo wymieszanie stylów nie tylko nie zaszkodziło filmowi, ale wręcz nadało mu osobliwy rys - nie tracąc na spójności fabuły, udało się w niej zachować silny element nieprzewidywalności.

Liczne zapożyczenia, choćby z kultowych dzieł Sama Raimiego, Alfreda Hitchcocka czy brytyjskiego kina grozy, nie pojawiają się tylko po to, by za ich pomocą mrugnąć do miłośnika gatunku okiem. Przeciwnie, każdy ukłon w stronę klasyki jednocześnie został precyzyjnie i z rozmysłem umieszczony w filmowej układance, stanowi element budujący duszną atmosferę, która jest na tyle dojmująca, że potrafi osadzić się w głowie na dłużej niż czas trwania seansu. Przy czym należy dodać, że wspomniane nawiązania nie zawsze są oczywiste - nieraz zaklęte bywają w charakterystycznym sposobie prowadzenia kamery czy specyficznym montażu.

Choć "Przebudzenie dusz" przede wszystkim atmosferą stoi, to należy też wspomnieć o znakomitych kreacjach aktorskich. Z pewnością brylują na ekranie coraz bardziej popularny w Hollywood Martin Freeman oraz znany z serialowego "End of the F***ing World" Alex Lawther. Ten drugi wciela się zresztą w bohatera najciekawszego segmentu - jego umiejętność ekspresji, w której chłopięcy strach miesza się z nieokiełznanym szaleństwem, bez wątpienia zasługuje na uznanie.

I jeśli w tym wszystkim film gdzieś kuleje, to w potraktowaniu po macoszemu wątku śledczego - próba wyjaśnienia zagadek niespecjalnie wykracza poza przesłuchanie trzech straumatyzowanych osób oraz wyciąganie z ich opowieści momentami nieco zbyt daleko idących wniosków. Choć z drugiej strony, jak mawia kilkakrotnie główny bohater: to, co najistotniejsze, kryje się w ludzkim umyśle. To on stanowi przestrzeń, w której grasują najgroźniejsze demony.

Adam Horowski

  • "Przebudzenie dusz" (2017)
  • reż. Jeremy Dyson i Andy Nyman

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018