Kultura Poznań.pl

Film

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Tylko zombiaki przeżyją

Uwielbiam filmy Jarmuscha, lubię też kino spod znaku apokalipsy zombie. Fanem filmu Jarmuscha o apokalipsie zombie jednak nie zostanę.

.
fot. materiały dystrybutora

Nie pierwszy raz Jarmusch czerpie z horroru, chociaż w "Tylko kochankowie przeżyją" wampiryczny sztafaż był zaledwie punktem wyjścia do poetycko-dekadenckiej opowieści o pięknie, sztuce, muzyce i nieśmiertelności. Tym razem amerykański reżyser - pierwszy raz w swojej bogatej karierze - bez wstydu i opamiętania zanurzył się w popkulturze i to momentami w jej dość nikczemnym wydaniu. Bez trudu odnajdziemy tu bowiem nawiązania  nie tylko do "Nocy..." i "Świtu żywych trupów" George'a Romero, ale także do "Planu dziewięć z kosmosu" Eda Wooda. Nie jest to jeszcze oczywiście zarzut, przeciwnie - umiejętna zabawa tradycją filmową jest dziś przecież w cenie.

W małym, sennym miasteczku Centerville zaczynają dziać się dziwne rzeczy - słońce nie zachodzi wtedy, kiedy powinno, zwierzęta zachowują się niestandardowo, a księżyc pokrywa tajemnicza łuna. Pewnego poranka dwóch policjantów, Cliff i Ronnie, zostaje wezwanych do pobliskiego baru, w którym odnajdują ciała pogryzionych pracownic. Ronnie stawia odważną i nieoczekiwaną tezę - w miasteczku pojawiły się wygłodniałe zombie.

Jak nietrudno się domyślić, Ronnie ma rację i już wkrótce bohaterowie staną naprzeciw hordy nieumarłych. Prosty koncept, który w rękach zdolnego reżysera może dać całkiem interesujący efekt? Oczywiście, niestety wszystko wskazuje na to, że kultura w wydaniu pop nie jest tym, w czym Jarmusch czuje się dobrze. Pastiszowa krytyka konsumpcjonizmu, której metaforą są chodzące żywe trupy, szyta jest tak grubymi nićmi, że ani nie sposób jej brać na poważnie, ani nie można się z niej szczerze pośmiać. O niebo lepiej zrobił to półtorej dekady temu Edgar Wright w "Wysypie żywych trupów", o Romero i takim klasyku, jak jego wspomniany "Świt żywych trupów" nie wspominając.

Co zatem daje nam Jarmusch w zamian? Niewiele. Tempo filmu jest iście jarmuschowskie, lekko poetyzujące, które pozostawia też czas na dialogi - już jednak nie tak wyśmienite, jak choćby w "Tylko kochankowie przeżyją" czy "Patersonie". Zabawa z własną twórczością momentami bywa nawet wyborna - szczególnie w przypadku nieumarłego Iggy'ego Popa bez umiaru żłopiącego kawę tuż po skosztowaniu ludzkiego mięsa. Zresztą cała obsada jest tu obłędna: obok Billy'ego Murraya i Adama Drivera wcielających się w głównych bohaterów pojawiają się także Tilda Swinton (jako ekscentryczna właścicielka domu pogrzebowego posługująca się mieczem samurajskim), Tom Waits (pustelnik Bob), Steve Buscemi, Chloe Sevigny, Danny Glover czy Selena Gomez. Trudno pojąć, jak można było dobrze nie wykorzystać takiej ekipy.

Widać zatem Jarmuscha w budowaniu ujęć, widać go w castingowych wyborach, a także w niezmiennej fascynacji muzyką, nie widać go jednak w dialogach, nie widać w fabule, która przecież nigdy nie była mu potrzebna do realizacji znakomitych filmów, a już na pewno nie widać go w przyciężkawym morale na końcu. Twórca "Broken Flowers" ewidentnie nie umie w popkulturę, mam więc nadzieję, że już przy następnym projekcie powróci do kręcenia poetyckiego kina przeznaczonego do delektowania się niczym najwyższej jakości kawą o poranku.

Adam Horowski

  • "Truposze nie umierają"
  • reż. Jim Jarmusch

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019