Kultura Poznań.pl

Film

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Perfekcyjna niedoskonałość

Jeżeli Daniel Day-Lewis wytrwa w swoim postanowieniu i po "Nici widmie" definitywnie zakończy aktorską karierę, to uczyni to umieszczając na szczycie swego bogatego dorobku wyborną wisienkę. W najnowszym dziele Paula Thomasa Andersona szarżuje bowiem tak brawurowo, że mimo piekielnie mocnej konkurencji w osobach Gary'ego Oldmana ("Czas mroku") i Timothée Chalameta ("Tamte dni, tamte noce") nie zdziwiłbym się, gdyby za rolę ekscentrycznego krawca przygarnął czwartego Oscara.

.
fot. materiały dystrybutora

Londyn, lata 50. Krawiec Reynolds Woodcock na europejskich salonach znany jest nie tylko ze swego nieokiełznanego perfekcjonizmu, ale też z szycia na miarę doskonałych sukni, które każdorazowo stają się niekwestionowanymi dziełami sztuki. Ubierają się u niego najpiękniejsze kobiety i najwytworniejsze damy, a także arystokratyczna śmietanka z belgijską księżniczką na czele. Mimo to Woodcock pozostaje zadeklarowanym kawalerem, który co jakiś czas przygarnia do siebie zakochaną w nim muzę, ale szybko traci nią zainteresowanie, kiedy ta przestaje go inspirować. Wydaje się, że tak samo będzie z Almą - podrzędną kelnerką z przydrożnego hotelu, która - jak sama stwierdza - uwielbia stać nieruchomo, kiedy Reynolds mierzy ją i każe zakładać kolejne kreacje. Kiedy jednak twórcza stymulacja się wyczerpuje, dziewczyna nie daje za wygraną. Rozpoczyna grę, za sprawą której role dominującego i uległej powoli się rozmywają.

Nie pierwszy raz Paul Thomas Anderson czyni bohaterem swego filmu apodyktycznego, nieliczącego się z kobietami perfekcjonistę - Tom Cruise w "Magnolii" (1999) grał hochsztaplera uczącego sfrustrowanych facetów jak uwodzić, porzucać i pozostawać emocjonalnie nietkniętym, Mark Wahlberg w "Boogie Nights" (1997) jako obdarzony gigantycznym przyrodzeniem gwiazdor całym sobą wchodził w przemysł porno, w którym nie ma miejsca na sentymenty, a Day-Lewis w "Aż poleje się krew" (2007), wcielający się w amerykańskiego nafciarza, uczucia tolerował wyłącznie u innych, łatwo można je bowiem potem wykorzystywać do własnych celów.

Jednak dopiero Reynolds Woodcock (znaczące połączenie angielskich słów w nazwisku) trafił na godnego siebie przeciwnika - kobietę, która znalazła sposób na rozmiękczenie jego beznamiętnej manii doskonałości. Jak się bowiem okazuje, nieśmiała Alma doskonale potrafi tkać sieć emocji, a także w odpowiednich miejscach niepostrzeżenie ją rozpruwać, by wywołać kryzys, w którym zimnokrwista osobowość krawca otwiera się na romans, chaos, na swój przewrotny sposób również na uzależnienie i bezgraniczną miłość.

Anderson długo podsuwa tropy psychoanalityczne, wprowadza wątek nieżyjącej matki, którą główny bohater kochał do szaleństwa (wciąż zaszywa w swych garniturach pukle jej włosów), ale nie byłby prawdziwym wizjonerem, gdyby przywiązywał wagę do tak ogranych klisz. Od pewnego momentu zaczyna je więc rozbijać, obnażając ich banalność i bezużyteczność, a w pewnym momencie nawet - podobnie zresztą jak w znakomitym "Aż poleje się krew" - wywołuje narracyjną eksplozję, która otwiera fabułę na nieprzewidywalność. Chwała mu za to, że nie próbuje jej potem wygładzać - opuszczający salę kinową widz zadowolony z tego, że udało mu się zamknąć "Nić widmo" w jednej spójnej interpretacji, byłby dla twórcy "Wady ukrytej" (2014) wstydliwą porażką.

Fantastycznie mierzą się ze sobą Day-Lewis i wcielająca się w niepozorną Almę Vicky Krieps - nie tylko na płaszczyźnie fabuły, w której ostatecznie nie ma miejsca na kompromisy, a bohaterowie używają wszelkich środków do osiągnięcia egoistycznych celów, nawet jeśli nazywają je miłością, ale również aktorsko. Scena przygotowanej przez Almę romantycznej kolacji niespodzianki, w której oboje szarżują bez opamiętania, to czyste szaleństwo. Nie przyznanie Krieps, która ani o krok nie ustępuje Day-Lewisowi, nawet nominacji do Oscara to bez wątpienia jedna z największych tegorocznych pomyłek amerykańskiej Akademii.

Kiedy Reynolds i Alma grają podczas przyjęcia w planszowe tryktraki i dziewczyna doznaje bolesnej porażki, mężczyzna tłumaczy jej, że gra jej się nie podoba, ponieważ nie rozumie reguł gry i dlatego przegrywa. Ta jednak - ku zaskoczeniu zatwardziałego kawalera - okazuje się bardzo wytrawnym graczem na polu emocjonalnych manipulacji. Z kolei wprawnym filmowym graczem okazuje się Paul Thomas Anderson, który "Nicią widmem" utkał sobie jeden z najbardziej wyrafinowanych artystycznych triumfów w swojej dotychczasowej karierze.

Adam Horowski

  • "Nić widmo" (2017)
  • reż. Paul Thomas Anderson

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018