Kultura Poznań.pl

Film

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Gorzko! Słodko!

Każdy kinoman wie, że są komedie polskie, czeskie albo francuskie i żadna z nich nigdy nie będzie taka sama. W zasadzie każda nacja może się pochwalić charakterystycznym traktowaniem tego wymagającego gatunku, które znacząco odróżnia ją od pozostałych. W przypadku Francji cechą charakterystyczną będą m.in. lekkie poczucie humoru i wizualne wysmakowanie.

.
fot. materiały dystrybutora

Wszystkie te warunki spełnia Nasze najlepsze wesele. Choć fabuła filmu od początku jest jasna i przejrzysta - obserwujemy bowiem przygotowania do przyjęcia weselnego, organizowanego w XVII-wiecznym zamku. Już samo miejsce sugeruje, że nie będzie to zwyczajne wesele, a impreza, która ma oczarować zaproszonych gości splendorem i szykiem. Nie bez przyczyny kelnerzy muszą podawać przystawki przebrani za lokajów z epoki, a w muzycznym repertuarze mają się znaleźć same poważne utwory. Nie ma tu mowy o zabawie w "gorące krzesła", okrzykach "gorzko, gorzko!" albo wymachiwaniu serwetkami. Max, właściciel firmy organizującej przyjęcia od 30 lat, ewidentnie jest już zmęczony swoją pracą. Z boku jego profesja może sprawiać wrażenie przyjemnej, w końcu przy każdym zleceniu jego zadaniem jest uszczęśliwianie i tak już szczęśliwych ludzi. Jednak już pierwsza scena filmu rozwiewa nasze wątpliwości: młodzi wymagają od organizatorów coraz więcej coraz mniejszym kosztem, zaś główny bohater jest wypalonym zawodowo mężczyzną w kryzysie wieku, który na domiar złego zmaga się właśnie z kryzysem w małżeństwie.

Jak łatwo się domyślić, w dniu ceremonii nic nie idzie tak, jak powinno. W całym pałacu nagle wysiadają korki, w chłodni psuje się mięso przeznaczone na danie główne, nie dojeżdża zamówiony didżej, a w kulminacyjnym punkcie wieczoru pan młody (swoją drogą okropny narcyz, snob i egotyk) odlatuje podwieszony do wielkiego balonu w kształcie Księżyca daleko poza teren imprezy... i tu dopiero zaczyna się prawdziwa zabawa.

Oczywistym jest, że "zepsute" wesele w wykonaniu Francuzów w niczym nie będzie przypominać tytułowego Wesela w wykonaniu choćby Wojciecha Smarzowskiego, dość powiedzieć, że jak na standardy francuskie, dzieje się naprawdę wiele. Nie będę zdradzać co dokładnie, nie to jest bowiem kluczem niewątpliwego uroku tego obrazu. Jego finał - owszem, jest zgrabną puentą w stylu "najlepsze jest to, czego i tak nie mogliśmy zaplanować", jednak nie na tym polega niewytłumaczalna magia Naszego najlepszego wesela. Myślę, że wszystko co najlepsze w tym filmie, wynika z naprawdę dobrego rozrysowania poszczególnych postaci, które nawet jeśli mają wady i własne dziwactwa, jakoś nie dają się nie lubić. Jak Julien - neurotyczny szwagier Maxa, który spodnie od piżamy uważa za standardową część garderoby i jest chorobliwie wyczulony na błędy językowe albo Guy - przemądrzały, a tak naprawdę przeraźliwie samotny fotograf ślubny, którego profesja w dobie wszechobecnych aparatów w telefonach komórkowych i tabletach powoli odchodzi w niepamięć.

Olivierowi Nakache i Ericowi Toledano - twórcom kinowego przeboju Nietykalni z 2011 roku, hojnie obsypanego nagrodami i uwielbianego przez publiczność na całym świecie, trudno teraz zachwycić widzów każdym kolejnym filmem. Ten reżyserski duet poprzeczkę ustawił sobie już tak wysoko, że nie ma pewności, czy kiedyś sam ją przeskoczy. Jeśli nawet się to nie wydarzy, panowie nadal powinni robić filmy w swoim stylu, by nie pozwolić kinu zapomnieć, jak robi się ciepłą, nienachalnie zabawną francuską komedię. Taką, jak Nasze najlepsze wesele.

Anna Solak

  • "Nasze najlepsze wesele"
  • reż. Olivier Nakache, Eric Toledano

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018