Kultura Poznań.pl

Film

opublikowano:

Pięć twarzy Ingmara Bergmana

Z okazji setnej rocznicy urodzin niekwestionowanego mistrza kina artystycznego w lipcu zainaugurowano międzynarodowy projekt "Bergman100". W jego ramach (i poza nim) wiele inicjatyw utrwala pamięć o Mistrzu. W Poznaniu o Bergmanie przypomnimy sobie we wrześniu dzięki przeglądowi filmowemu w Kinie Pałacowym.

.
fot. materiały prasowe

Urodziny szwedzkiego reżysera uczczono w Polsce latem serią wydarzeń kulturalnych w różnych miejscach kraju. Widzowie TVP Kultura otrzymali na małym ekranie kilka odrestaurowanych klasyków, a kinomani na Nowych Horyzontach we Wrocławiu mogli zobaczyć m.in. wystawę "W stylu Bergmana" i interaktywną instalację "Ingmar Bergman 100".

W Poznaniu, w Kinie Pałacowym zobaczymy pięć kanonicznych dzieł reżysera. Z perspektywy czasu, choć trochę znając powikłaną biografię prywatną Bergmana - człowieka absurdalnie wręcz aktywnego w kinie i teatrze - trudno zrozumieć, kiedy znalazł czas i siłę na realizację tak przenikliwych, do dziś fascynujących dzieł. Podróż z Bergmanem rozpoczniemy 9 września pokazem "Fanny i Aleksander". Tym (dosłownie) wielkim filmem kostiumowym Bergman chciał pożegnać się z karierą filmową, która powodowała u niego wiele dolegliwości zdrowotnych (nerwobóle, bezsenność itd.). Miał to być też sposób na rozliczenie się z własną biografią - dlatego marzycielskiego Aleksandra wzorował na sobie, a postać okrutnego ojczyma - biskupa Edvarda - na swoim ojcu Eriku. "Pomysł przyszedł mi do głowy jesienią 1978 roku, gdy byłem pogrążony w najczarniejszej rozpaczy. Ale scenariusz napisałem wiosną, gdy sprawy już się poprawiły. Czułem się nagle wolny. Uważam, że film na tym zyskał. Harmonia nie jest uczuciem, które jest mi totalnie obce. Jeśli pozwolono by mi wieść cichą egzystencję i tworzyć w spokojnym otoczeniu bez udręk, gdzie miałbym jasny osąd swego losu, gdzie mógłbym być dobry i niczego nie potrzebował, w tym i nie spotykał się ciągle z ludźmi, pracowałoby mi się najlepiej. Takie życie przypomina mi pasywny okres mojego dzieciństwa" - wspominał reżyser. I taki właśnie słodko-gorzki, tajemniczy film o dzieciństwie i marzeniach udało mu się stworzyć.

Rozbić poczucie pustki

10 września zmierzymy się z "Personą" - zagadkowym "horrorem" psychologicznym o zawikłanej relacji między pielęgniarką a aktorką sceniczną, która nagle przestała mówić. "Persona" to ulubiony film filozofów i kulturoznawców, którzy uwielbiają produkować wyszukane koncepcje, jak podejść do zagadki milczenia. "Prosta z pozoru fabuła tworzy konstrukcję niezwykle bogatą znaczeniowo, zbudowaną z najwyższym mistrzostwem artystycznym. Milczenie Elisabet interpretować należy przede wszystkim jako reakcję artystki na rzeczywistość, wobec której czuje się bezradna (...)" - proponował Aleksander Kwiatkowski w "Filmie skandynawskim".

Scenariusz Bergman napisał po tym, jak zimą 1962 roku został dyrektorem Królewskiego Teatru Dramatycznego, który zastał w ruinie. Dwa lata później wycieńczony artysta trafił do szpitala i zaczął pisać, aby nie wypaść ze swojego nieustającego rytmu kreatywnego tworzenia. "Konieczne stało się dla mnie napisanie czegoś, co rozbije poczucie pustki, drogi donikąd. Kreatywność artystyczna zawsze manifestowała się we mnie jako głód. Z satysfakcją byłem go świadomy, ale nigdy nie pytałem siebie o to, skąd się bierze i czemu wciąż domaga się zaspokojenia".

Wybitny nieudacznik

11 września będzie okazja odkryć paradoksy filmu "Tam, gdzie rosną poziomki", którego bohater - stary profesor Isak Borg - rozlicza się ze swoim życiem. Co typowe dla reżysera, film został nakręcony szybko, w zaledwie dwa miesiące. Był to okres, gdy separacja z trzecią żoną wciąż była dla Bergmana źródłem cierpień, a relacja z kochanką, aktorką Bibi Andersson, dotąd stanowiąca źródło ciepła i energii twórczych, już zaczynała się rozpadać. Kim był dla niego Isak Borg? "Stworzyłem postać, która na zewnątrz wyglądała jak mój ojciec, ale na wskroś była mną. Miałem wtedy trzydzieści siedem lat i byłem odcięty od relacji z innymi ludźmi. To ja się odciąłem, być może w akcie autoafirmacji. Byłem samotnikiem, nieudacznikiem, ale to zupełnym, choć osiągnąłem sukces. I byłem sprytny. I uporządkowany. I zdyscyplinowany" - pisał.

Profesora zagrał genialny reżyser Victor Sjöström, który wziął scenariusz i nasycił go własnymi doświadczeniami: bólem, mizantropią, okrucieństwem, smutkiem, lękami, samotnością, chłodem, surowością i ennui, czyli doznaniem przytłaczającej nudy. Bergman kręcąc film był pogrążony w głębokiej, dziecinnej nienawiści do rodziców. Ciągle kłócił się z matką - przekonany, że był niechcianym dzieckiem. Bergman przez lata zręcznie unikał powracania do swoich filmów, a traumy związane z "Poziomkami...", jak i sam film, metodycznie wykasował ze wspomnień. Jeśli jednak dziwi nas jego zaskakująca dojrzałość - wystarczy prześledzić zawrotne tempo, z jakim zmieniał żony i kochanki, realizując kolejne filmy i produkcje sceniczne. Ma się wówczas poczucie, że już przy "Poziomkach..." Bergman był mentalnie, na wskroś rozgoryczonym starcem.

Rodzinie się nie przebacza

12 września obejrzymy film niecodzienny jak na Bergmana, a na pewno traktujący o sprawach, którymi raczej się nie zajmował: "Jesienną sonatę". Treatment filmu powstał w zaledwie jedną noc 26 marca 1976 roku, w przeciągu kilku godzin, i to po okresie, kiedy reżyser przeżywał całkowitą blokadę pisarską. Rzecz jest jak zawsze przesiąknięta toksycznymi uczuciami: dotyczy głębokiej nienawiści, którą czują do siebie matka (Ingrid Bergman) i córka (Liv Ullmann). Kobiety nie potrafią sobie przebaczyć.

Swój nowy film chciał nakręcić w Norwegii. W prymitywnym studiu filmowym na przedmieściach Oslo Bergman szybko się zadomowił. Kompleks powstał jeszcze w 1913/14 roku i nie dokonywano w nim przebudowy. W oczach surowego reżysera ekipa filmowa sprawiała wrażenie trochę amatorskiej.

"Filmowanie było wycieńczające. Nie miałem problemu w relacji zawodowej z Ingrid Bergman. Była to raczej bariera językowa, ale w głębokim tego słowa znaczeniu. Gdy w sali prób czytaliśmy wszyscy razem scenariusz odkryłem, że ona już przećwiczyła całą rolę przed lustrem, wliczając w to intonację i gesty. Było jasne, że miała zupełnie inne podejście do zawodu, niż reszta - wciąż żyła w latach 40." - wspominał.

Teraz albo nigdy, Carl Anders!"

Przegląd zakończy 13 września pokaz "Siódmej pieczęci". To metaforyczna, poetycka opowieść o podróży średniowiecznego rycerza po ziemi skażonej plagą Czarnej Śmierci, podczas której spotyka Śmierć i rzuca jej wyzwanie: pojedynek szachowy, którego rozstrzygnięcie zaważy o jego życiu bądź zgonie.

Gdy Bergman przedstawił scenariusz wytwórni Svensk Filmindustri, wszyscy byli przeciwni jego produkcji. Wkrótce potem jednak dopiero co ukończona komedia reżysera "Uśmiech nocy" okazała się sukcesem. Gdy Bergman otrzymał za nią nagrodę na MFF w Cannes, dopadł na festiwalu dyrektora wytwórni, położył mu na kolanach scenariusz "Siódmej pieczęci" i powiedział "Teraz albo nigdy, Carl Anders!". Lekko jednak nie było: na reżyserze wymuszono, że film musi zrealizować szybko i tanio, dlatego zdjęcia trwały zaledwie trzydzieści pięć dni.

"Film jest jednym z najbliższych memu sercu. Nie wiem jednak dlaczego. Na pewno wiele brakuje mu do doskonałości. Musiałem podporządkować się wszelkim szaleństwom i miejscami widać, z jaką prędkością był kręcony. Ale uważam, że jest szczery, mocny i żywy. Poza tym, to właśnie w tym filmie z pasją zrealizowałem mój pomysł w całej jego pełni" - stwierdził z przekonaniem.

* wypowiedzi Ingmara Bergmana pochodzą z jego wspomnień "Obrazy. Moje życie w filmie".

Marek S. Bochniarz

  • "Wrzesień z Bergmanem"
  • CK Zamek, Kino Pałacowe
  • 9-13.09
  • bilety: pojedynczy - 12 zł, karnet na całość - 50 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018