Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

ETHNO PORT. Hipnotyzujący rytm

Rytm soboty i niedzieli na Ethno Port Festival wyznaczyła sztuka Korei Południowej. Na szczęście obyło się bez prostych i naiwnych uniesień orientalizmem. Miast nich trzeba było się zmierzyć z muzyką i kinem w ich wymiarze jak najbardziej komunikatywnym, a przez to pozbawionym naiwnej "egzotyki".

.
Baraji, fot. T. Nowak

Moją uwagę przyciągnęła ankieta, którą przygotowały osoby z Korean Arts Management Service. Z tą organizacją, która od 2006 roku zajmuje się promocją rodzimych sztuk performatywnych poza Koreą Południową, zdecydowali się współpracować organizatorzy Ethno Portu. Pytania dotyczyły tego, czy dane wydarzenie wzbudziło w ankietowanym zainteresowanie kulturą i sztuką Korei Południowej, czy dzięki niemu udało mu się coś z niej wynieść, zrozumieć. Co mogło mieć miejsce podczas koncertów? Być może poszerzanie wiedzy o charakterze intuicyjnym, omijające przekazy tekstowe, lecz może i docierające do samej istoty sztuki.

Uniwersalny przekaz muzyki

W filmie Emmy Franz Intangible Asset No. 82 konfrontujemy się z ideą uniwersalnego języka muzyki, który jest w stanie przekroczyć bariery językowe i kulturowe. Za przykład służy tu australijski perkusista Simon Baker, który nawiązuje porozumienie z szamanem Kimem Seok-Chulem. Bariery są w tym przypadku jedynie natury instytucjonalnej, bo Baker od lat próbuje dotrzeć do starego mistrza, lecz jako obcemu trudno mu tego dokonać. Po zetknięciu się i zachłyśnięciu improwizowaną muzyką szamana (to kontakt, który redefiniuje jego życie), jest to jednak dla niego konieczność. Po sobotnim pokazie tego filmu odbyło się spotkanie z zespołem Baraji, który organizatorzy festiwalu próbowali ściągnąć do Poznania od trzech lat.

Rozumiem ich zapał. Niedzielny koncert zespołu miał wymiar zaiste magiczny, gdyż otwierało go uciszające rozmowy uderzenie w metalową misę (sygnał, że oto zaczyna się sztuka) i scena monologowa o charakterze teatralnym. Gdy Baraji rozkręcał się (Poznań odwiedziła siódemka z dziewięciu artystów tej grupy), trudno nie było popaść w hipnotyzujący rytm i zachwyt wirtuozerią gry muzyków na tradycyjnych instrumentach.

Baraji, jak podaje zespół, oznacza serdeczną opiekę, którą obejmuje się osobę oferując jej bezwarunkowe wsparcie. W koreańskiej tradycji muzycznej określa ono improwizowany śpiew ze wsparciem instrumentów, które tworzą harmonię z wokalem i wzbogacają barwy utworu. Reprezentuje go szamanistyczny rytuał oczyszczający Ssitgim Gut: modlitwa za spokój zmarłego w postaci śpiewu i tańca.

Ten opis podpowiada nam, w jakim kierunku poszedł zespół Baraji, czerpiąc z tradycji muzyki szamanistycznej, jednocześnie przekształcając i nadając jej odpowiedniego "poloru" - nowoczesnego kształtu, w jakim może być ona odebrana, przyjęta, ceniona przez współczesnego odbiorcę. Jej religijny aspekt jest trochę "umniejszony" w czasie występu grupy, która akcentuje aspekt modlitw-życzeń. To "niech ci się wiedzie" było widoczne zwłaszcza na początku, bo jako pierwszy utwór artyści wykonali swoją "sztandarową" pieśń, Beasohn, odwołującą się do tradycji matek modlących się do bogów o dobro swych rodzin, składając jako ofiarę miskę świeżej wody ze słowami: "Niech kwiaty rozkwitają ze śladów stóp naszej cennej rodziny, a ich słowa wydzielają piękne wonie. Bądźmy czyści jak zimna woda i zawsze obierajmy prostą i wąską ścieżkę". Proste i piękne, prawda?

Uważam, że właśnie ta szczerość, magiczny wymiar słów, w tym przypadku literalne "dobre słowo", musiały najpierw rezonować wśród wykonawców, mieć na ich spory wpływ, nim życzenia te zwrócili publiczności. Właśnie z tego obiegu dobrych wibracji bierze się akumulacyjny aspekt energii, którą Baraji wydobywają każdym swoim koncertem. Muzycy traktują swoje instrumenty z dużą dozą swobody, co widać zwłaszcza w przekroczeniu prostej rytmiki jing i jang na rzecz skłonności do... noise'u (powiedzmy, że to ekwiwalent rozzuchwalonej sekcji rytmicznej). Gdy w trakcie występu artyści zeszli ze sceny by przez chwilę ochłonąć, ta należała do charyzmatycznego Lee Jae-Hyuka, który demonstrował swoją mistrzowską grę na piri i taepyeongso.

Z koreańskim szamanizmem w jego bardziej wulgarnym wymiarze można było się zetknąć w filmie Lament, który przez weekend przypominano w Kinie Pałacowym. Ten trochę przydługawy obraz w reżyserii Na Hong-Jina, jeśli natkniemy się na niego w sali kinowej, potraktujemy po prostu jako dalekowschodni horror, trochę nam obcy (typowe dla Koreańczyków postacie nierozgarniętych policjantów, pozbawionych manier i obleśnie zajadających przez połowę filmu wszystko, co im się nawinie pod rękę), a trochę niezrozumiały (to poziom wszystkich "okultystycznych rytów", które obserwujemy z pomieszaniem dezorientacji i rozbawienia). Jednak na Ethno Porcie zwracała uwagę wspaniała postać szamana Il-Gwanga, który podczas długiej i pasjonującej sceny rytuału przepoczwarza się w doskonałego muzyka. I nieważne, że sam rytuał ma kogoś innego pozbawić życia.

Na tle tych energetycznych występów osobno wypadł sorikkun (śpiewak ludowy) Lee Hee-Moon, sięgający do tradycji muzyki towarzyszącej niegdyś rolnikom przy pracy. Jego koncerty są zbliżone charakterem do performance'ów, gdyż niepoślednią rolę gra w nich kostium, recytacja, a także grafika/pismo koreańskie.

Obalić punkty kontrolne

Po takich przeżyciach trudno było powrócić do współczesności, w której mocno osadzony był występ arabskiego zespołu 47Soul na Scenie na Trawie. Czterech artystów sięga po repertuar chwytów typowo scenicznych, proponując rytmiczną, elektroniczną, "podwórkową", uliczną muzykę palestyńską. A że ich brzmienie bierze się z tanecznego dabke, z łatwością porywają publiczność do tańca. Z drugiej strony, ich undergroundowa i zbuntowana muzyka ma w sobie i element zaangażowania, gdyż artyści domagają się w piosenkach wolności poruszania się, a także... obalenia granicznych punktów kontrolnych. Pomieszanie kultur Bliskiego Wschodu wyraża się u nich pomieszaniem różnych tradycji, ale i języków - drobne, zaśpiewowe elementy piosenek wykonują zresztą w języku angielskim.

Musiał to być wspaniały występ choćby dla miłośników muzyki Syryjczyka Omara Souleymana, popularnego również w Polsce, a czerpiącego z podobnych, niewyszukanych tradycji muzycznych, którego twórczość też niesie z sobą pacyfistyczny przekaz. Mnie muzycy z 47Soul nie przekonali w sytuacji koncertowej, choć ich albumy Shamstep i Balfron Promise uważam za bardzo wdzięczne i doskonałe do słuchania. Na żywo brakuje im jednak charyzmy Souleymana.

Marek S. Bochniarz

  • Ethno Port - koncert: Baraji, 47Soul
  • CK Zamek, Scena na Trawie, Dziedziniec Zamkowy
  • 10.06

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018