Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

Berowa w żyłach płynie krew

- Kiedyś gospodarze nie wpuszczali berów do chat, ponieważ bali się kradzieży. Jeżeli wpuściłeś bery do chaty, to albo coś ukradli, albo zwyczajnie nabałaganili - o wielkopolskich tradycjach karnawałowych opowiada Izabela Kotlarska* z Instytutu im. Oskara Kolberga.

.
Obchody berów, fot. cyfrowe archiwum im. Józefa Burszty

Wydaje mi się, że zwyczaje z okresu świąteczno-karnawałowego przetrwały do naszych czasów niemalże w niezmienionej formie...

To zależy od regionu, jak również od tego, kto w danej miejscowości czy wsi zajmuje się rozpowszechnianiem wielkopolskich tradycji. Wiele instytucji zgłasza się do Instytutu im. Oskara Kolberga z prośbą o pomoc w poszukiwaniu materiałów dotyczących lokalnych tradycji. W niektórych regionach Wielkopolski zachował się najbardziej wyrazisty i lokalny zwyczaj, czyli podkoziołek wielkopolski. Interesujące są również zwyczaje związane ze Środą Popielcową. Chociaż współcześnie bardziej kojarzymy ją ze świętem kościelnym, kiedyś zwyczajem tego dnia było wieszanie torebek z popiołem za kołnierze czy przypinanie ich szpilką do ubrań. Trzeba było zrobić to na tyle umiejętnie, aby nikt tej torebki nie zauważył.

Karnawał, który znany jest nam dzisiaj, z pewnością różni się od tego za czasów Kolberga. Inaczej myślimy o nim w mieście, a inaczej na wsi?

Musimy zdawać sobie sprawę, że żyjemy w czasach wielkiej konsumpcyjności i często przyjmujemy zwyczaje praktykowane globalnie. Tradycja zaś kojarzy nam się ze starannym i hermetycznym przenoszeniem zwyczajów z pokolenia na pokolenie. Nie jesteśmy jednak w stanie odtworzyć takiego samego dyngusa, powtarzane co roku żarty na prima aprilis stałyby się nudne, a gdyby wnuczki miały wyszywać dokładnie te same wzory co ich babcie, to zanudziłyby się na śmierć i porzuciły hafciarstwo. By nasza kultura była żywa, trzeba ją praktykować, a to oznacza nieuchronne w niej zmiany. Myśląc o kulturze Wielkopolski, trzeba pamiętać, że nie składa się ona wyłącznie z archaizmów kulturowych, ale też z nowszych naleciałości, których nie należy wykluczać.

Kolberg w swoich tomach dotyczących Wielkiego Księstwa Poznańskiego wspomina o kilku charakterystycznych dla Wielkopolski zabawach karnawałowych. Chyba najbardziej znany jest nam podkoziołek.

Podkoziołek miał kilka funkcji. Z jednej strony zapowiadał on koniec karnawału, czyli tak zwane ostatki. Z drugiej strony związany był z symboliczną płodnością, pewnego rodzaju witalnością. Podczas pochodów organizowanych w tym czasie zachowywano się głośno, aby przepędzić złe licho czy zimę.

Jak wyglądał?

Podkoziołek ma silny związek z kalendarzem kościelnym, kiedy kończy się karnawał i zaczyna post. W Wielkopolsce stałym elementem świętowania było przejście przebranej grupy przez wieś oraz kończąca ten pochód zabawa w karczmie. Zwyczaj ten nazywany jest różnie, w zależności od postaci występujących w korowodzie. Można się więc spotkać z nazwą: koza, bery czy siwki. Pierwsza odnosi się do znanego wszystkim zwierzęcia, bery pochodzą od niemieckiego der Bär, czyli niedźwiedzia, natomiast siwki odnoszą się do siwego konia. Oprócz tych tradycji Kolberg wymienia także rożen, na który natykano słoninę i chodzono z nią po wsi. Ta słonina miała swoje znaczenie, bo to właśnie były te mięsopusty, czyli ostatni moment przed postem, kiedy można było najeść się mięsa do syta i po prostu poszaleć. Gdy pytałam podczas badań o tę tradycję, wszyscy podkreślali bardzo przestrzeganego momentu zakończenia zabawy - o północy zaczynała się Środa Popielcowa i wtedy wszyscy musieli się rozejść do domów.   

Kto współcześnie bierze udział w berach?

W 2014 i 2015 roku podkoziołek spędziłam pod Międzychodem, w miejscowości Kamionna. Ta tradycja jest tam mocna, a mieszkańcy bardzo dbają o jej przetrwanie, stąd obserwować tam można nie jeden pochód, lecz trzy! Uczestnicy grupują się według wieku. Pierwsza grupa to tak zwane małe bery, są to dzieci ze szkoły podstawowej, które chodzą po wsi w sobotę. Niedziela jest dniem świętym i nikt wtedy w pochodach nie chodzi. W poniedziałek zaczyna swój pochód młodzież reprezentująca średnie bery, a we wtorek odbywa się największa impreza i wtedy chodzą duże bery.

Podstawę całej berowej formacji stanowi niedźwiedź.

W pochodzie mamy przeważnie dwa misie. Bycie tą postacią nie jest wcale takie proste i stanowi pewną nobilitację w grupie. Musi być to ktoś postawny i wytrzymały, ponieważ taka zbroja, zrobiona ze specjalnie skręconego powrósła, może ważyć nawet 70 kg. Dodam też, że technika skręcania powrósła misia jest ściśle tajna, a żeby takie przebranie stworzyć, trzeba zacząć co najmniej miesiąc wcześniej. Przed wyjściem na pochód przygotowania rozpoczynają się od wczesnych godzin porannych i wtedy też następuje ostatnie wyjście misia do toalety, ponieważ później nie ma w zasadzie możliwości, by zdjąć swój strój.

Kto jeszcze pojawia się w pochodzie?

Pisarek lub Pisarczyk, ubrany elegancko i noszący na głowie cylinder, puka do drzwi i zaprasza na podkoziołek. Przyjmuje on także datki od gospodarzy, które stanowią później majątek całej grupy. Istotny jest także Poganiacz, który idzie na końcu całego pochodu i zagania grupę, tak żeby nikt się nie rozpraszał i nie rozleniwiał. Jego atrybutem jest laska, garb i wiadro, w którym ma swoją wybuchową mieszankę: sadzę, popiół, stare kremy do opalania, a nawet jajka. W pochodzie idą również kominiarze w swych przerażających maskach: czarnych kominiarkach z czerwonym, zwisającym nosem. Ich atrybutem są cylindry, wyciory i baty. Mają także rękawice i tą mieszanką noszoną przez Poganiacza wszystkich "murzą", czyli brudzą. W korowodzie idzie również baba z chłopem, a także przebrani na czerwono lub zielono - czerwonki i zielonki. Wykorzystuje się też maski, które można kupić przed 1 listopada we wszystkich supermarketach. Stroje te nie są więc wynikiem jakiegoś dress code'u. Przede wszystkim trzeba wyglądać inaczej, śmiesznie, ale też posiadać niezbędne do rozpoznania danej postaci atrybuty. Robi się to trochę po kosztach, po domowemu.

Dlaczego w pochodzie nie biorą udziału kobiety?

W XIX wieku kobiety odgrywały w tym czasie inną rolę. Chodzono wtedy i "wyłapywano" niezamężne dziewczyny, po to by ściągnąć je do karczmy na tańce, właśnie na podkoziołek. Wydaje się, że jest to święto zaanektowane przez mężczyzn, ale kiedyś tak nie było. W Wielkim Księstwie Poznańskim Oskara Kolberga można znaleźć informację na temat żeńskiej części tego zwyczaju. Kobiety, które podczas ostatniego roku zostały mężatkami, musiały wkupić się do starszych zamężnych, a później bawiły się razem w karczmie. Dzisiaj ten zwyczaj jest raczej u nas zapomniany.

Co zatem dzieje się podczas wtorkowych obchodów berów?

Po wczesnych porannych przygotowaniach pochód wychodzi z miejsca zbiórki, np. z garażu czy stodoły, w której się ubierano, i jedzie do odległych miejsc wsi. Misie wchodzą do klatki od świń (jest niższa i wygodniejsza), a reszta wdrapuje się na przyczepę. Dopiero jak już objadą najdalsze części, są wypuszczani i zaczynają pochód. Odwiedzają kolejne gospodarstwa, Pisarek puka do drzwi. Kobiety wciągane są do tańca, a muzykanci grają. Nie obędzie się także bez żartów, np. przestawienia drabiny pod okno, by się wspiąć do gapiów, czy brudzenia smołą, w zależności od relacji pomiędzy gospodarzami a uczestniczącymi w pochodzie.

Wszyscy gospodarze są chętni, aby wpuścić bery do domu?

Zdecydowanie nie. Kiedyś gospodarze nie wpuszczali berów do chat, ponieważ bali się kradzieży. Jeżeli wpuściłeś bery do chaty, to albo coś ukradli, albo zwyczajnie nabałaganili. Przy czym dobre przyjęcie takiego pochodu było wyrazem komitywy z gospodarzem i wróżyło korzystnie na przyszłość.

Bardzo ważnym elementem kultury ludowej jest zawsze muzyka. Co grają i śpiewają podczas berów?

Bez muzyków by się nie obeszło, bo jak tu tańczyć i robić hałas? Nawet jeśli wśród małych berów nie ma muzyków, to ciągną oni taczkę z głośnikami. Muzyka jest w tym całym porządku bardzo istotna. Kiedyś muzykantów było więcej, teraz najczęściej pojawia się akordeonista, trębacz czy bębniarz. Muzykanci inicjują bowiem melodię, do której inni będą się bawić. Mają kilka swoich starszych piosenek, ale śpiewają też współczesne piosenki. Słyszałam, jak przerobili Bałkanicę i śpiewali: "berowa w żyłach płynie krew".

Bezapelacyjnie trzeba wspomnieć także o mięsopustach.

Mięsopust to inna nazwa ostatków, czyli właśnie ostatniego tygodnia karnawału. Nie bez powodu pierwszy dzień rozpoczynający mięsopusty nazywamy Tłustym Czwartkiem. Należy podkreślić, że kiedyś nie było tak prostego dostępu do mięsa i okres mięsopustu, w którym obficie i do syta się jadło, był prawdziwym świętem. Moją ulubioną informacją związaną z mięsopustami jest to, że kiedyś robiono pączki z mięsem, i ja chętnie takiego pączka polukrowanego masłem, cebulką i z mięsnym nadzieniem bym zjadła.

Jakie uczucia i emocje towarzyszą etnologowi podczas udziału w żywej jeszcze tradycji?

Bardzo różne. Zależą one chociażby od tego, jak badacze zostają przyjęci. W czasie moich badań w Kamionnej zostaliśmy przyjęci bardzo dobrze. Włączona do pochodu, czułam nie tylko zimno czy zmęczenie, ale przede wszystkim wielkie podniecenie. Doszukiwałam się tego, co nowe, i konfrontowałam to z innymi źródłami. Ludzie, którzy uczestniczą w berach, są z tego bardzo dumni. Ta żywa tradycja tworzy ich piękną, lokalną tożsamość. Jest więc w zawodzie etnologa pewna odpowiedzialność, która towarzyszy mi podczas zakładania swoich "terenowych gniazd".

rozmawiała Katarzyna Nowicka

* Izabela Kotlarska - absolwentka etnologii oraz doktorantka na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, pracowniczka Instytutu im. Oskara Kolberga w Poznaniu.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018