Kultura Poznań.pl

Opinie

opublikowano:

Mądre opowieści Mariusza Lubomskiego

Na horyzoncie polskiej muzyki (powiedzmy) popularnej jest zjawiskiem niezwykłym. Nie lubi tanich gestów, przesadnie nie kokietuje, nie stara się za wszelką cenę naśladować modnych wzorców. 

Mariusz Lubomski. Fot. mat. CK Zamek
Mariusz Lubomski. Fot. mat. CK Zamek

Ewidentnie nie zależy mu na tym, aby za wszelką cenę nagrać przebój. Jest naprawdę zjawiskiem odmiennym - i dzięki temu tak bardzo fascynującym. Mariusz Lubomski zaśpiewał w środę (14 sierpnia) na Dziedzińcu poznańskiego Zamku, dowodząc, że jest niekwestionowana artystyczną osobowością.

Niedorozwinięty

Na samo zakończenie środowego koncertu, na bis, zaśpiewał nie nową, ale dość niezwykłą piosenkę z tekstem Sławomira Wolskiego: "Niedorozwinięty jestem / mam tylko jedną twarz dla ludzi / Niedorozwinięty jestem / bo mi przybywa ciągle złudzeń (...) Niedopasowany jestem / jak piasek zgrzytam w każdych trybach / Niedopasowany jestem / mam własną normę, inny wymiar (...) Dziecinnie śmieję się i płaczę / na czole mam klonowy znaczek /
w szuflady żadne się nie mieszczę / a moje skrzydła rosną jeszcze". Raptem wesołość i huczne oklaski, które przewołały go powtórnie na scenę, ustąpiły miejsca zasłuchaniu, głębokiej refleksji. Bo Lubomski opowiada ze sceny swoje prawdy i czasem sprawia to naprawdę piorunujące wrażenie - owa bezpośredniość, może czasem nawet intymność przekazu. I nic nie przeszkadza temu, że chwilę wcześniej spontanicznie bawił się na scenie. A ten liryczny, niemal konfesyjny utwór "Niedorozwinięty" ubrany został jeszcze we wspaniałą minimalistyczną szatę brzmieniową, gdyż wszyscy towarzyszący liderowi instrumentaliści zbudowali tu jedynie rytmiczne tło, stukając w bębny, ale i pudła swoich instrumentów. W połączeniu z tekstem i interpretacją wokalisty - całość pozostawiła niezapomniane wrażenie.

Again

Mariusz Lubomski przyjechał do Poznania promować swoje najnowsze wydawnictwo - znakomity dwupłytowy album "Lubomski w Trójce. Again". Podobnie jak wspomnianą płytę, tak i poznański koncert wypełniły w znaczącej mierze stosunkowo nowe piosenki, które po raz pierwszy usłyszeliśmy na fantastycznej płycie "Ambiwalencja" sprzed pięciu lat. Inna sprawa, że na żywo zyskują one nowy wymiar, o czym za chwilę.

Po rozpoczynającej wieczór piosence "Żeby" artysta postanowił bowiem przypomnieć najpierw swoje znane, sprzed lat, autorskie interpretacje klasyków muzyki rockowej. Popłynęły więc: świetny "Psychobójca" czyli "Psychokiller" zespołu Talking Heads, z polskim tekstem Wolskiego i "Zmoknięte psy" czyli "Rain Dogs" Toma Waitsa w tym samym tłumaczeniu. Co ciekawe, sam Lubomski stwierdził po zaśpiewaniu drugiej z wymienionych piosenek, że śpiewając ją czuje jakby stał obok siebie, nie do końca po latach się z nią utożsamiając. Ciekawe to, bo chyba nikt ze słuchaczy nie miał takiego wrażenia - słuchając natchnionych interpretacji artysty.

Wokalista zresztą jeszcze parę razy prowadził nas w przeszłość, tym razem już zgodnie z programem płyty "W Trójce. Again". Przypomniał więc, pochodzącą z początku lat osiemdziesiątych, nie pozbawioną politycznego kontekstu, piosenkę "Blok" o bloku "z węgla i stali (...) którego nic nie rozwali". Ale zabrzmiało też pochodzące z końcówki wspomnianej dekady "Nogowanie - sztuka marszu pod wiatr".

Dominowały - jako się rzekło - piękne, świetne piosenki z "Ambiwalencji" w słodko-gorzkim klimacie, egzystencjalne utwory o odchodzeniu i wracaniu, o problemach z kobietami i samym sobą. O miłości też. "Ja jestem mąż", "Nie skreślaj mnie", "Krótko o mnie", "Moje miejsce" - to piosenki wybitne.

Ludzie

Dla dokonań Lubomskiego ważne są również bliskie, osobiste związki z ludźmi współtworzącymi jego sceniczny przekaz. Co charakterystyczne, w jego twórczości zdarzają się symboliczne powroty. Oto bowiem znakomitą większość tekstów - zamieszczonych na płycie "Ambiwalencja", a więc też głównie wypełniających program środowego koncertu - napisał Sławomir Wolski, ten sam, z którym współpracował od drugiej połowy lat osiemdziesiątych, z którym współtworzył przed laty materiał na swą pierwszą płytę, z kultową "Spacerologią" na czele.

Inny symboliczny powrót zawdzięczamy braciom Bryndalom. Pierwszy z nich, Rafał - dziś znany dziennikarz i satyryk - przed laty współtworzył z Lubomskim zespół I z Poznania i z Torunia. To on jest np. autorem tekstu wspomnianej piosenki "Blok". Dziś na perkusji w zespole Lubomskiego gra znacznie młodszy brat Rafała - Michał Bryndal, na co dzień perkusista Voo Voo (dla dopełnienia anegdoty dodajmy, że jest i trzeci z braci - Jacek - znany z zespołu Kobranocka oraz jako Atrakcyjny Kazimierz).

Nie bez przyczyny wspominam jednak o Michale Bryndalu, bowiem skład muzyków towarzyszących dziś na scenie Lubomskiemu, to pretekst do osobnej opowieści. Wokalista ma bowiem za plecami doskonałych, bardzo doświadczonych i cenionych instrumentalistów. Niewątpliwie ich obecność potwierdza - i jeszcze wzbogaca - muzyczną wartość propozycji Lubomskiego.

Pierwszoplanową postacią jest tu z całą pewnością fantastyczny Jan Smoczyński, czołowy dziś polski muzyk jazzowy, grający na organach Hammonda. Brzmienie tego instrumentu wspaniale buduje strukturę poszczególnych kompozycji. Warstwę rytmiczną współtworzył kontrabasista Wojciech Pulcyn, na gitarze subtelnymi barwami operował Robert Cichy, a na saksofonie tenorowym i klarnecie basowym grał Tomasz Grzegorski. Ci znakomici instrumentaliści mogliby pozwolić sobie na wiele, bo umiejętności mają ogromne. Potrafią jednak w zdyscyplinowany sposób zredukować swoją rolę do pozycji muzyków (jedynie?) towarzyszących wokaliście. Najwyraźniej jednak  niebanalna osobowość Lubomskiego i jego pomysł na sceniczną formułę odpowiada im. Widać bowiem, że gra im się znakomicie, nawet wówczas (a może zwłaszcza wówczas), gdy mogą operować półcieniami, niedopowiedzeniami, szukać brzmień nieoczywistych. To właśnie dzięki nim piosenki znane z "Ambiwalencji" (jak i te inne) rozkwitają, nabierając porywającego brzmienia.

Słowa, słowa...

Najzabawniejszy moment koncertu przeżyliśmy, gdy ze sceny popłynął największy hit artysty, słynna "Spacerologia". Nie chodzi o to, że cała publiczność zakołysała się i chóralnie zaczęła śpiewać refren. Lubomskiemu przydarzyło się to, co zdarza się i innym - zapomniał tekstu. Sam skomentował: "nie spodziewałem się, że może mi się to przytrafić w tej akurat piosence". Próbując rozpocząć trzecią zwrotkę, zatrzymał się przed mikrofonem. I tak trzykrotnie! Wreszcie - ku rozbawieniu publiczności - podszedł do Pulcyna, który najwyraźniej podpowiedział mu brakujące słowo i całość popłynęła ku szczęśliwemu zakończeniu piosenki.

Parę chwil wcześniej wokalista przypomniał dawny utwór Jonasza Kofty "Anastazja", który umieścił już przed laty na swej pierwszej płycie. Śpiewał go jedynie w towarzystwie Smoczyńskiego. Zrobił się liryczny klimat, przygasło oświetlenie i nagle Smoczyński pochylił się nad mikrofonem, mówiąc: "przepraszam, czy mógłbym poprosić o więcej światła, bo nic nie widzę". Liryczny nastrój prysł. Zwłaszcza, że Lubomski dodał: "za to ja nie potrzebuję światła".

Liczne grono słuchaczy bawiło się znakomicie. Nie był to jednak przesadnie zabawny wieczór. Nie o to bowiem w nim chodziło. Chodziło o mądrą opowieść i piękną muzykę - a tych było w środowy wieczór pod dostatkiem.

Tomasz Janas

  • Koncert Mariusza Lubomskiego z zespołem
  • Dziedziniec Zamkowy, Centrum Kultury Zamek
  • 14.08